Nakłady książek systematycznie spadają, a liczba
tytułów rośnie. Wydawcy ponoszą coraz większe koszty, mimo iż technologia
poligrafii stale się rozwija. Dzięki komputerom i nowym technologią druku skład
publikacji staje się nie tylko coraz bardziej wyrafinowany, ale i łatwiejszy.
Tylko od inwencji grafika i typografa zależy ostateczny wygląd książki.
Książka, jako przedmiot zyskuje nowe walory estetyczne, ma wabić czytelnika, a
jeśli już zdecyduje się na jej posiadanie, to obcowanie z nią ma sprawiać mu przyjemność.
Lekturze mają towarzyszyć nowe doznania zmysłowe. Jednak nie wszyscy czytelnicy
są bibliofilami, nad to przeżywają rozterki, stając przed wyborem nowych lektur
i wolą mniej wyrafinowaną w formie, ale tańszą książkę.
W katalogach wydawnictw w opisie nowości widnieją
terminy opisujące dostępną formę książki; „hard cover” (twarda oprawa), „pocket
book” (wydanie broszurowe), „audio book” (książka do słuchania). Oczywistym
jest, dla kogo są przeznaczone te dwie pierwsze kategorie druków, ale co się kryje
pod terminem „książka do słuchania”?
Belfer powie, że, że lektury w postaci audycji są
przeznaczone dla leni, którzy nie lubią czytać książek. Psycholog postawi
diagnozę, wszak w szkołach panuje istna epidemia „dysleksji” i „dysgrafii”, a
od dawna znana jest wśród młodzieży alergia na słowo drukowane, więc słuchanie,
a nie czytanie jest jedyną metodą przyswojenia sobie kanonu światowej
literatury. Wydawcy prasy kolorowej przyznają, że większość czytelników przede
wszystkim ją ogląda i woli krótkie teksty. Wydawcy, którzy decydują się na taką
formę publikacji twierdzą, że w ten sposób odpowiadają na zapotrzebowanie
rynku.
Łatwo pomylić się w diagnozie, bowiem nie ma
dowodów na to, że uczniowie wolą słuchać niż czytać. Jeśli mieliby wybierać, to
interesowałaby ich „trzecia opcja”, czyli „bryk”. Rynek książek „mówionych”,
choć rozwija się szybko, to nie jest tak wielki, aby można było go
systematycznie badać, ustalać tendencje, preferencje, prognozy. Mimo wszystko
jest to zjawisko nowe. Wiadomo jednak, że jest kilka grup czytelników, a może
lepiej powiedzieć słuchaczy zainteresowanych tą formą lektury, jaką jest
nagranie audio. Celowo używam terminu „nagranie audio”, co się wyjaśni w
dalszej części, ponieważ formy tych nagrań też są zróżnicowane. Wcale młodzież
nie należy do największej grupy odbiorców tej książki, a jeśli już, to
poprzestaje na lekturach szkolnych i dalej się tym nie interesuje.
Po nagrania sięgają ludzie starsi. Wielu z
spośród nich wychowało się na radiu, oni też oczekują formy zbliżonej do
słuchowiska radiowego, czy teatru radiowego. Dodatkowym powodem jest trudność w
oddawaniu się tradycyjnej lekturze, wytrwanie w pozycji siedzącej przez wiele
godzin, szybko męczy się wzrok, trudności z koncentracją. Tradycyjnie grupą
skazaną na taką formę lektury są ludzie cierpiący na rozmaite choroby, które w
znacznym stopniu ograniczają możliwość czytania, dla nich jednak kontakt z tą
formą jest okazjonalny, w trakcie choroby. Zawsze z „książek mówionych”
korzystali niewidomi i słabo widzący, wśród nich przeważająca większość woli
formę „lektorską” takiej książki, stąd termin „książka mówiona”. Istotną cechą
takich nagrań jest ograniczenie się osoby czytającej do poprawnego przekazania
tekstu, ograniczając wszelkie aktorskie interpretacje. Miłośnicy tradycyjnej
książki nie stronią od formy audio, jest jednak ona dla nich atrakcyjna, jeśli
czyta sam autor, lub wybitny aktor. Nie trzeba wyjaśniać, w jakich
okolicznościach słuchają; w podróży, podczas jazdy samochodem, w czasie pracy.
Wśród miłośników „audio book’ów” jest mi znany malarz, który łączy malowanie z
lekturą, kierowca tira, dla którego lektura wymaga skupienia i nie osłabia
czujności jak radio, czy muzyka, architekt twierdzi, że wpływa to stymulująco
na jego inwencje, kiedy kreśli przyszłe konstrukcje.
Nie przypadkiem nazywano kiedyś radiowe audycje
literackie „teatrem wyobraźni”. Krytycy filmowi ekranizacje szkolnych lektur
często nazywali „celuloidowymi brykami”. Określenie to jest trafne w tym
sensie, że literatura obrazkowa jest konkretna, pozbawiona „miejsc
nieokreślonych”, czas percepcji takiego dzieła jest narzucony, nie ma miejsca
na dygresje, monologi wewnętrzne i wiele innych rzeczy, do postaci literackiej
„przyklejony” jest wizerunek aktora i nawet, jeśli ktoś później sięgnie po pierwowzór,
to trudno mu się od tych narzuconych wyobrażeń uwolnić. Paradoksalnie lektura
czytana nie ma tych wad, a wręcz zyskuje nowe walory, jeśli jest trafnie
zinterpretowana.
Żyjemy w epoce „multimediów”. Nasze zmysły ze
wszystkich stron atakują media „audio”, „video”, „Internet”. Nie pisze wprost;
„dźwięki”, „obrazy” i „publikacje elektroniczne”, bo dzięki nowym cyfrowym
technologiom mamy do czynienia z zupełnie nową, jakością. Dźwięk odtwarzany
przez wyrafinowane urządzenia elektroniczne stwarza iluzje realności. Możemy
przymknąć powieki i wyobrazić sobie, że w naszym pokoju siedzi aktor, czy nawet
sam autor i czyta specjalnie dla nas.
Trudno się oprzeć takiej pokusie. Nowe
technologie zbliżają autora do czytelnika, w epoce „rzeczywistości wirtualnych”,
nagranie może stać się „wirtualnym wieczorem autorskim”. Do tomiku Wisławy
Szymborskiej dołączono płytę z czytanymi przez autorkę wierszami. Michał
Witkowski występuje na scenie, czytając swoją prozę. Wielu autorów czyta
fragmenty, a nawet całe teksty na antenie radiowej, z nadzieją, że w ten sposób
zachęcą do lektury. Marcin Świetlicki przeczytał na antenie swoją powieść „12”,
a po zakończeniu prezentacji w rozmowie z redaktorką Barbarą Marcinik, wyznał,
że „słuchanie” jest dla niego najważniejsze, słowo mówione dostarcza więcej
wrażeń, niż pisane.
Inżynier, który w ramach rządowego kontraktu
pojechał do Afryki wykładać zasady sztuki inżynierskiej na nowopowstałej
politechnice, wspominał swoje profesorskie doświadczenia z miejscowymi
studentami. Pierwsze wykłady wzbudziły jego wątpliwości w sens tej pracy.
Słuchacze siedzieli nieporuszeni, niczego nie notowali, tylko wpatrywali się
czujnie w wykładowcę. Nabrał podejrzenia, że nie rozumieją, co do nich mówi,
czy to z powodu bariery językowej, czy trudnej do przyswojenia wiedzy, wszak w
ich kraju nieznane były nowoczesne konstrukcje mostów, budynków mieszkalnych,
czy obiektów przemysłowych, bo niby skąd mieli wiedzieć, jak wyglądają
europejskie miasta, może jedynie z fotografii, ale czy z lektury literatury
fachowej? Skoro nic nie notują, to może mają trudności i z pisaniem? W końcu
nie wytrzymał i zapytał, czy rozumieją wykład? Może bez przekonania, odparli,
że tak. Zapytał, czy w takim razie mogą przypomnieć treść dopiero, co
wygłoszonego wykładu? Wskazany student bez zająknięcia powtórzył ostatnie słowa
wykładowcy, potrafił też odtworzyć pojawiające się na tablicy w trakcie wykładu
rysunki i schematy. Trudności językowych nie było.
Większość krajów afrykańskich odziedziczyło po
systemie kolonialnym system edukacyjny, ale dzięki temu są w stanie się
porozumiewać, oprócz języków plemiennych ograniczonych terytorialnie, znają ze
szkół angielski i francuski. Jednak pewna tradycja przetrwała. Od wieków
literaturę plemienną tworzą Griotowie, którzy w swych pieśniach przekazywanych
z pokolenia na pokolenie opisują dzieje plemion. Cała literatura mieszkańców
tego kontynentu przechowywana jest w tradycji ustnej. Podstawową umiejętnością
wykształconego Afrykanina jest pamięć.
Homer, jak podaje to tradycja, był ślepym
Ojdokiem, wędrownym pieśniarzem, który trudnił się melorecytacją swoich dzieł.
Upłynęło wiele lat od jego śmierci, kiedy „Iliada” i „Odyseja” zostały spisane.
W Polsce nagrane audycje literackie pojawiły się
już na początku lat sześćdziesiątych. Dzięki wynalezieniu płyty drobno
rowkowej, długogrającej, można było na jednej płycie zarejestrować 45 minut
audycji. Oczywiście było to kosztowne, w związku z tym takie wydawnictwa
traktowano, jako pomoc dydaktyczną do nauki języka polskiego. Ogromnym
przedsięwzięciem tego rodzaju było wydanie na kilkunastu krążkach „Pana
Tadeusza”, czytanego przez Czesława Wołejkę. Rejestrowano też głosy poetów, na
przykład Władysława Broniewskiego, który czytał poemat „Niobe”. Oczywiście były
też specjalnie przygotowane dla szkół słuchowiska. Pierwszym w pewnym sensie
komercyjnym przedsięwzięciem tego rodzaju była seria wytłoczona na małych
płytkach, tak zwanych „singlach” przez „Muzę” z wierszami dla dzieci.
Dzieciom należy czytać, by wyrobić w nich nawyk
obcowania z literaturą, nim opanują sztukę czytania druku. Popularną serie
„Poczytaj mi mamo”, uzupełniały płytki z wierszami. O ile mamy bez większych
trudności mogły radzić sobie z „bajkami”, to w lekturze wierszy wyręczali je
aktorzy. Winylowe krążki nie były zbyt trwałe, wyeksploatowane w praktyce
szkolnej, zdarte płyty, wędrowały do szaf, ale pojawiła się taśma
magnetofonowa, łatwiejsza w użyciu. Z tej nowej techniki skorzystał Polski
Związek Niewidomych, który w swoim Zakładzie Wydawnictw i Nagrań zwiększył
liczbę tytułów „książki mówionej”. Na początku lat siedemdziesiątych zaczęto
zastępować taśmy szpulowe, kasetami.
„Książka audio” na rynku księgarskim była
zjawiskiem nieznanym i pozostaje tak do dziś. Trudno w księgarniach znaleźć
regały z „audio-book’ami”. Pewną efemerydą była seria kaset w latach
siedemdziesiątych wydanych przez „Polskie Nagrania”. Znalazły się w niej między
innymi: „Treny”, „Kwiaty polskie”, wybór poezji romantycznej i liryki miłosnej
Mickiewicza. Kiedy pojawiły się na rynku polskiej produkcji samochodowe
odtwarzacze kasetowe, PWN przygotował kilka tytułów na kasetach. Jednak były to
adaptacje literatury popularnej. Z konieczności musiały być to skróty, tak, aby
całość mieściła się na nie więcej jak sześciu godzinnych kasetach. Podobnie
postępowało wydawnictwo „RTW” w latach dziewięćdziesiątych, jako pierwsze
wprowadzające na rynek książkę, której towarzyszyły kasety. Płyta kompaktowa
była nośnikiem o znacznie większej, jakości i wygodzie, zwłaszcza w czasie podróży
samochodem. Prawdziwą rewolucje w tej dziedzinie wprowadziła jednak technologia
MP3. Teraz na jednym kompakcie można zmieścić nawet do kilkanaście godzin
audycji. Oczywiście format MP3, zyskujący coraz większą popularność, nie jest
jedyną formą dostępną książki audio.
Wydawnictwo „RTW” wyróżnia na rynku edytorstwo.
Do książki audio nie podchodzą jak do zwykłego lektorskiego nagrania, opierają
się na doświadczeniach „Teatru Polskiego Radia”, to znaczy są to słuchowiska,
lub teatr radiowy. Jedną z pierwszych wydanych przez to wydawnictwo pozycji był
„Makbet”. Do książkowego wydania dołączono kasety z adaptacją radiową, nie było
to dosłowne zarejestrowanie spektaklu teatralnego, tylko adaptacja radiowa. W
latach siedemdziesiątych wydano na płytach dwie rejestracje spektakli z „Teatru
Starego” w Krakowie „Dziady reżyserii Konrada Swinarskiego i „Noc listopadową”
w scenicznej interpretacji Andrzeja Wajdy. Wydawnictwa te miały charakter
dokumentalny, spektakle tak ważne dla kultury narodowej, przeniesiono z desek
sceny na winylowe krążki.
Kolejne pozycje wydane przez „RTW” na kasetach i
płytach powieści popularnych; „zaklinacz koni”, „Angielski pacjent”,
„Negocjator”, przyniosły sukces na rynku. Zachęciło to inne wydawnictwa do
podjęcia podobnych prób. Wydaniu powieści Janusza L. Wiśniewskiego „Samotność w
sieci”, towarzyszyła audycja, nagrana na płycie w formacie MP3. Polskie wydanie
ostatniej części „Harrego Pottera”, mimo zawrotnego, jak na nasz rynek
wydawniczy, nakładu 630 tysięcy egzemplarzy, równolegle wydano w wersji
„książki mówionej”. Czy powyższe przykłady świadczą o dynamicznym rozwoju,
przynajmniej w Polsce, rynku książki audio?
Jeśli chodzi o serie wydaną przez
"Wyborczą", a ściślej źródła z archiwum "Polskiego Radia",
to wcale nie są żadne skróty, ani bryki itp. Kiedyś Polskie Radio nadawało
serie pod hasłem "Powieść w odcinkach". Były to czytania przez
aktorów całego tekstu, podzielone na 20 minutowe odcinki. Jest tego sporo. To,
co wydała "wyborcza" na antenę nie trafiło, choć miało. Z wielu
powodów zaniechano nadawania takich audycji. Po pierwsze w latach
dziewięćdziesiątych nowe władze w publicznych mediach, uznały, że to nie jest
interesująca propozycja. Jednak, kiedy powrócono do pomysłu, okazało się, że
radia nie stać na Emisje. Przyczyna banalna, "ZAIKS" takie czytania
traktował i traktuje nadal, jako występy publiczne aktora i domaga się tantiem
za każde odtworzenie. Dodatkowo powstał problem wysokich honorariów dla
czytających.
Niestety, chociaż z inicjatywy
"Gazety". Należy się cieszyć, jednak prawda jest smutna. Ukazanie się
tej serii powstrzymało Innych wydawców od tego rodzaju inicjatyw, na przykład
"Prószyński" zrezygnował z kontynuacji swojej serii
"audio", bo koszty są znacznie większe niż w przypadku tradycyjnych
wydań książkowych. Współcześni autorzy odnoszą się do tej formy nie chętnie. Na
przykład Michał Witkowski, praktycznie zarabia na życie wieczorami autorskimi,
a raczej publicznymi czytaniami swojej prozy, więc jakby się zgodził na wydanie
tego na płycie, to straciłby możliwość występów. Wracając do serii, otóż nikt
nie jest w stanie wydawać nagrań w takiej cenie jak "Agora". Zabawa
staje się opłacalna przy nakładach powyżej 10 000 egzemplarzy, książka
drukowana osiąga średni nakład 3000 egzemplarzy. Skąd te koszty? Chodzi o
tantiemy, w przypadku druku sprawa jest prosta, honorarium i premia nakładowa
od sprzedaży.
W przypadku książki czytanej, dochodzą do tego
tantiemy dla Wykonawcy. Pewien autor skarżył się, że tantiemy za wykonanie dla
aktora były większe Od jego honorarium. Do tego dochodzi jeszcze podatek VAT,
który jest preferencyjny Dla książek drukowanych, a w przypadku płyt 22%.
Postulowano, aby podatek w takiej Wysokości obejmował jedynie nośnik i druk, a
nie cały "produkt".
W Polsce obowiązuje preferencyjna stawka podatku
VAT„zerowa” na książki, ale na ten sam „utwór literacki” wydany w postaci
nagrania na płycie, obejmuje już stawka 22%. Znowelizowane prawo autorskie
jasno określa, co jest utworem literackim nie zależnie od rodzaju nośnika i
przekazu, natomiast z punktu widzenia ustawy podatkowej, istotne jest, to, czy
coś jest książką, czy nie, czyli przedmiotem, zbiorem zadrukowanych kartek.
Podobne anachroniczne podejście reprezentuje „eurobiurokracja” w Brukseli i
komisja zajmująca się podatkami narzuciła ujednolicenie stawek podatku VAT w
krajach członkowskich. Gwałtownie zaprotestowała Szwecja, gdzie obowiązuje 6%
VAT na książki, a zasadnicza stawka podatku „od wartości dodanej” wynosi 25%.
„Audio-book’i” są niezwykle popularne w Szwecji i
co druga książka, która ukazuje się drukiem, ma też edycje „dźwiękową”, ale
drakońsko opodatkowaną. Szwedzcy wydawcy prowadzili kilka lat batalie,
angażując różne organizacje autorów i wydawców w całej Europie, aż uzyskali
satysfakcjonującą decyzje Brukseli i mogą objąć preferencyjną stawką tego
podatku każdą postać książki. Miejmy nadzieje, że ten precedens stanie się
zasadą obowiązującą w całej Unii Europejskiej.
Przeszkodą jest anachroniczna definicja
"publikacji" i chciwość agencji w rodzaju "ZAIKS". Sami
muzycy się buntują i coraz więcej zleca ochronę "copy write" i pobór
tantiem innym organizacjom, nawet zagranicznym, które są tańsze. Jeszcze jedno,
"Agora" w odróżnieniu od innych wydawców nie zadała sobie trudu
opracowania, nagrania itp., w przeciwieństwie do innych wydawców, tylko wzięła
z półek "gotowy towar" do powielenia. Przywołany tu
"Prószyński" prowadził całą produkcje od początku, do końca, co ich
więcej kosztowało. Swego czasu PWN podpisał kontrakt z "Agorą" na
wydanie encyklopedii z "Gazetą". Skończyło się to utratą posady przez
prezesa, bowiem w rzeczywistości wydawnictwo na tym straciło, upadł projekt
kolejnego wydania dużej encyklopedii. Dlaczego? Rynek się "nasycił",
a opłacalność takich wydawnictw jest dopiero przy nakładzie 150 000 egzemplarzy.
Zwyczajnie musi nad tym pracować spory zespół
autorów, redaktorów, typografów itp. Na wiele materiałów ilustracyjnych trzeba
zakupić prawa do reprodukcji. Kiedyś związek filmowców i producentów audio i
video protestował przeciw filmom w gazetach za 5 zł. bo to zwyczajny
"dumping". W rzeczywistości "Wyborcza" prowadzi działalność
pasożytniczą i w dłuższej perspektywie, demoluje rynek multimediów, a nie
rozwija go. Podejrzewam, że inni wydawcy wezmą się za książki audio za kilka
lat, bo chwilowo to się zwyczajnie przestało opłacać. Jest na rynku trochę
lektur szkolnych.
Rzecz dziwna, bo choć na półkach w
"EMPIKU", to są to często wydania pirackie, to znaczy wydawcy nikomu
nic nie płacą, wydają i znikają. Jest też nowe zjawisko piractwa książkowego,
zdarza się, że książka wychodzi z drukarni tylnymi drzwiami przed oficjalną
premierą, jeśli ktoś zwietrzy w tym interes. Wydawaniem adaptacji radiowych i
słuchowisk zajmowało się wydawnictwo "RTV". Współpracowali z
"Teatrem Polskiego Radia", ale wydawali nie tylko rzeczy archiwalne,
przygotowali też sami wiele tytułów. Czym się różni książka czytana od
adaptacji, czy słuchowiska? Słuchowisko jest rejestracją spektaklu radiowego,
Każda z tych form ma zupełnie inne przesłanie i
jest kierowana do innego odbiorcy. Wielokrotnie spotykałem się w
"środowisku" z krytyką adaptacji i słuchowisk, a podstawowym zarzutem
było to, że są skróty i przeszkadza aktorska interpretacja. Krytyki te wynikają
z niezrozumienia, to tak, jakby zakazać grania sztuk w teatrach, czy adaptacji
filmowych literatury. Wszystkie te formy są twórcze i rozwijające. Oczywiście
każdy ma jakieś preferencje, ja wole książkę tradycyjną, a jeśli chodzi o
książkę czytaną, to zdecydowanie wole adaptacje, czy słuchowiska. Wynika to
jeszcze z jednego, nie każdy aktor jest dobrym lektorem, a od czasu, kiedy
zawód "spikera", czyli "lektora" zanikł w radiu, coraz
trudniej o dobrych lektorów, a jeśli już tacy się zdarzają, to mają masę roboty
w telewizji. Na czym polega ta robota, to już osobna kwestia.
Nowe technologie oferują nie tylko rozwiązania
polegające na dużej „kompresji” plików audio, jak popularny format MP3.
Teoretycznie wszystko wskazuje na to, że opracowane przez firmę „Dolphlin
Systems” rozwiązanie, znane, jako „DAISY” powinno znaleźć spore
zainteresowanie. Firma pracowała nad formatem książki audio dla niewidomych i
słabo widzących. Dla tej pierwszej grupy potrzebna była książka czytana, która
jednak pozwalałaby korzystać z niej w analogiczny sposób jak z drukowanej.
Osoby słabo widzące korzystają zarówno z lektur nagranych, jak i z tradycyjnych
książek, jednak w tym przypadku posługują się powiększającymi przyrządami
optycznymi, oraz powiększalnikami elektronicznymi. Rezultatem tych poszukiwań
stał się właśnie format DAISY. Nagranej ścieżce dźwiękowej towarzyszy tekst.
Użytkownik programowego odtwarzacza w komputerze,
słuchając lektury, może jednocześnie śledzić tekst na ekranie, rzecz jasna
stosownie powiększony, znacznik w okienku, w którym przewija się tekst, wędruje
za głosem lektora, czyli umiejscowiony jest w miejscu aktualnie czytanym. Dla
niewidomych to rozwiązanie pozwala jednocześnie słuchać i czytać tekst na
linijce brajlowskiej. Program zapewnia też techniki pracy z tekstem znane
każdemu czytelnikowi, począwszy od płynnej regulacji tempa lektury, można
przyspieszyć, lub zwolnić tempo czytania.
Umieszczone w nagraniu i tekście
odpowiednie znaczniki wskazują poszczególne rozdziały, strony i akapity, dzięki
temu można się poruszać po nagraniu tak jak po zwykłej książce, czyli odnajdować
odpowiednią partie tekstu i nagrania, oraz wstawiać zakładki. Istnieją też
urządzenia pozwalające nagrywać tą techniką własne audycje (rzecz jasna bez
tekstu) i osobiste odtwarzacze, obsługujące równolegle inne formaty audio.
Możemy sobie wyobrazić, że takie rozwiązanie byłoby idealne na przykład w
edukacji. Osoba ucząca się języka obcego mogłaby przyspieszyć proces nauki
czytając i słuchając jednocześnie literatury w poznając „wzorcową” wymowę. Dla
podróżujących i nie tylko podręczniki do nauki w formie audycji z możliwością
„wertowania”, wydawałyby się rozwiązaniem idealnym. Skąd moje wątpliwości?
Niestety format DAISY nie jest dostatecznie rozpropagowany, a popularne
urządzenia odtwarzające różnego rodzaju audycje nie obsługują tego formatu.
Producenci sprzętu nie widzą takiej potrzeby. Wśród wydawców zainteresowanie
tym „wynalazkiem” jest znikome, bowiem proces przygotowania takiej publikacji w
pełnym formacie, to znaczy audycja z tekstem równoległym jest pracochłonny.
Technologia znalazła kompromis „literatura et oratura”, ale czy zaakceptują go
czytelnicy i pogodzą się z tym wydawcy?
Czytelnicy coraz chętniej będą się zmieniali w
słuchaczy, wszak słowo wypowiadane, przekaz ustny, poprzedza słowo drukowane,
książkę, nie będzie to, więc coś „wbrew naturze”, a wydawcom nie pozostanie nic
innego, jak odpowiedzieć na to zapotrzebowanie.