strona główna

spis treści

artwakat

annales

 

Andrzej Wilowski

Literatura contra oratura

 

Nakłady książek systematycznie spadają, a liczba tytułów rośnie. Wydawcy ponoszą coraz większe koszty, mimo iż technologia poligrafii stale się rozwija. Dzięki komputerom i nowym technologią druku skład publikacji staje się nie tylko coraz bardziej wyrafinowany, ale i łatwiejszy. Tylko od inwencji grafika i typografa zależy ostateczny wygląd książki. Książka, jako przedmiot zyskuje nowe walory estetyczne, ma wabić czytelnika, a jeśli już zdecyduje się na jej posiadanie, to obcowanie z nią ma sprawiać mu przyjemność. Lekturze mają towarzyszyć nowe doznania zmysłowe. Jednak nie wszyscy czytelnicy są bibliofilami, nad to przeżywają rozterki, stając przed wyborem nowych lektur i wolą mniej wyrafinowaną w formie, ale tańszą książkę.

 

W katalogach wydawnictw w opisie nowości widnieją terminy opisujące dostępną formę książki; „hard cover” (twarda oprawa), „pocket book” (wydanie broszurowe), „audio book” (książka do słuchania). Oczywistym jest, dla kogo są przeznaczone te dwie pierwsze kategorie druków, ale co się kryje pod terminem „książka do słuchania”?

 

Belfer powie, że, że lektury w postaci audycji są przeznaczone dla leni, którzy nie lubią czytać książek. Psycholog postawi diagnozę, wszak w szkołach panuje istna epidemia „dysleksji” i „dysgrafii”, a od dawna znana jest wśród młodzieży alergia na słowo drukowane, więc słuchanie, a nie czytanie jest jedyną metodą przyswojenia sobie kanonu światowej literatury. Wydawcy prasy kolorowej przyznają, że większość czytelników przede wszystkim ją ogląda i woli krótkie teksty. Wydawcy, którzy decydują się na taką formę publikacji twierdzą, że w ten sposób odpowiadają na zapotrzebowanie rynku.

 

Łatwo pomylić się w diagnozie, bowiem nie ma dowodów na to, że uczniowie wolą słuchać niż czytać. Jeśli mieliby wybierać, to interesowałaby ich „trzecia opcja”, czyli „bryk”. Rynek książek „mówionych”, choć rozwija się szybko, to nie jest tak wielki, aby można było go systematycznie badać, ustalać tendencje, preferencje, prognozy. Mimo wszystko jest to zjawisko nowe. Wiadomo jednak, że jest kilka grup czytelników, a może lepiej powiedzieć słuchaczy zainteresowanych tą formą lektury, jaką jest nagranie audio. Celowo używam terminu „nagranie audio”, co się wyjaśni w dalszej części, ponieważ formy tych nagrań też są zróżnicowane. Wcale młodzież nie należy do największej grupy odbiorców tej książki, a jeśli już, to poprzestaje na lekturach szkolnych i dalej się tym nie interesuje.

 

Po nagrania sięgają ludzie starsi. Wielu z spośród nich wychowało się na radiu, oni też oczekują formy zbliżonej do słuchowiska radiowego, czy teatru radiowego. Dodatkowym powodem jest trudność w oddawaniu się tradycyjnej lekturze, wytrwanie w pozycji siedzącej przez wiele godzin, szybko męczy się wzrok, trudności z koncentracją. Tradycyjnie grupą skazaną na taką formę lektury są ludzie cierpiący na rozmaite choroby, które w znacznym stopniu ograniczają możliwość czytania, dla nich jednak kontakt z tą formą jest okazjonalny, w trakcie choroby. Zawsze z „książek mówionych” korzystali niewidomi i słabo widzący, wśród nich przeważająca większość woli formę „lektorską” takiej książki, stąd termin „książka mówiona”. Istotną cechą takich nagrań jest ograniczenie się osoby czytającej do poprawnego przekazania tekstu, ograniczając wszelkie aktorskie interpretacje. Miłośnicy tradycyjnej książki nie stronią od formy audio, jest jednak ona dla nich atrakcyjna, jeśli czyta sam autor, lub wybitny aktor. Nie trzeba wyjaśniać, w jakich okolicznościach słuchają; w podróży, podczas jazdy samochodem, w czasie pracy. Wśród miłośników „audio book’ów” jest mi znany malarz, który łączy malowanie z lekturą, kierowca tira, dla którego lektura wymaga skupienia i nie osłabia czujności jak radio, czy muzyka, architekt twierdzi, że wpływa to stymulująco na jego inwencje, kiedy kreśli przyszłe konstrukcje.

 

Nie przypadkiem nazywano kiedyś radiowe audycje literackie „teatrem wyobraźni”. Krytycy filmowi ekranizacje szkolnych lektur często nazywali „celuloidowymi brykami”. Określenie to jest trafne w tym sensie, że literatura obrazkowa jest konkretna, pozbawiona „miejsc nieokreślonych”, czas percepcji takiego dzieła jest narzucony, nie ma miejsca na dygresje, monologi wewnętrzne i wiele innych rzeczy, do postaci literackiej „przyklejony” jest wizerunek aktora i nawet, jeśli ktoś później sięgnie po pierwowzór, to trudno mu się od tych narzuconych wyobrażeń uwolnić. Paradoksalnie lektura czytana nie ma tych wad, a wręcz zyskuje nowe walory, jeśli jest trafnie zinterpretowana.

 

Żyjemy w epoce „multimediów”. Nasze zmysły ze wszystkich stron atakują media „audio”, „video”, „Internet”. Nie pisze wprost; „dźwięki”, „obrazy” i „publikacje elektroniczne”, bo dzięki nowym cyfrowym technologiom mamy do czynienia z zupełnie nową, jakością. Dźwięk odtwarzany przez wyrafinowane urządzenia elektroniczne stwarza iluzje realności. Możemy przymknąć powieki i wyobrazić sobie, że w naszym pokoju siedzi aktor, czy nawet sam autor i czyta specjalnie dla nas.

 

Trudno się oprzeć takiej pokusie. Nowe technologie zbliżają autora do czytelnika, w epoce „rzeczywistości wirtualnych”, nagranie może stać się „wirtualnym wieczorem autorskim”. Do tomiku Wisławy Szymborskiej dołączono płytę z czytanymi przez autorkę wierszami. Michał Witkowski występuje na scenie, czytając swoją prozę. Wielu autorów czyta fragmenty, a nawet całe teksty na antenie radiowej, z nadzieją, że w ten sposób zachęcą do lektury. Marcin Świetlicki przeczytał na antenie swoją powieść „12”, a po zakończeniu prezentacji w rozmowie z redaktorką Barbarą Marcinik, wyznał, że „słuchanie” jest dla niego najważniejsze, słowo mówione dostarcza więcej wrażeń, niż pisane.

 

Inżynier, który w ramach rządowego kontraktu pojechał do Afryki wykładać zasady sztuki inżynierskiej na nowopowstałej politechnice, wspominał swoje profesorskie doświadczenia z miejscowymi studentami. Pierwsze wykłady wzbudziły jego wątpliwości w sens tej pracy. Słuchacze siedzieli nieporuszeni, niczego nie notowali, tylko wpatrywali się czujnie w wykładowcę. Nabrał podejrzenia, że nie rozumieją, co do nich mówi, czy to z powodu bariery językowej, czy trudnej do przyswojenia wiedzy, wszak w ich kraju nieznane były nowoczesne konstrukcje mostów, budynków mieszkalnych, czy obiektów przemysłowych, bo niby skąd mieli wiedzieć, jak wyglądają europejskie miasta, może jedynie z fotografii, ale czy z lektury literatury fachowej? Skoro nic nie notują, to może mają trudności i z pisaniem? W końcu nie wytrzymał i zapytał, czy rozumieją wykład? Może bez przekonania, odparli, że tak. Zapytał, czy w takim razie mogą przypomnieć treść dopiero, co wygłoszonego wykładu? Wskazany student bez zająknięcia powtórzył ostatnie słowa wykładowcy, potrafił też odtworzyć pojawiające się na tablicy w trakcie wykładu rysunki i schematy. Trudności językowych nie było.

 

Większość krajów afrykańskich odziedziczyło po systemie kolonialnym system edukacyjny, ale dzięki temu są w stanie się porozumiewać, oprócz języków plemiennych ograniczonych terytorialnie, znają ze szkół angielski i francuski. Jednak pewna tradycja przetrwała. Od wieków literaturę plemienną tworzą Griotowie, którzy w swych pieśniach przekazywanych z pokolenia na pokolenie opisują dzieje plemion. Cała literatura mieszkańców tego kontynentu przechowywana jest w tradycji ustnej. Podstawową umiejętnością wykształconego Afrykanina jest pamięć.

Homer, jak podaje to tradycja, był ślepym Ojdokiem, wędrownym pieśniarzem, który trudnił się melorecytacją swoich dzieł. Upłynęło wiele lat od jego śmierci, kiedy „Iliada” i „Odyseja” zostały spisane.

 

W Polsce nagrane audycje literackie pojawiły się już na początku lat sześćdziesiątych. Dzięki wynalezieniu płyty drobno rowkowej, długogrającej, można było na jednej płycie zarejestrować 45 minut audycji. Oczywiście było to kosztowne, w związku z tym takie wydawnictwa traktowano, jako pomoc dydaktyczną do nauki języka polskiego. Ogromnym przedsięwzięciem tego rodzaju było wydanie na kilkunastu krążkach „Pana Tadeusza”, czytanego przez Czesława Wołejkę. Rejestrowano też głosy poetów, na przykład Władysława Broniewskiego, który czytał poemat „Niobe”. Oczywiście były też specjalnie przygotowane dla szkół słuchowiska. Pierwszym w pewnym sensie komercyjnym przedsięwzięciem tego rodzaju była seria wytłoczona na małych płytkach, tak zwanych „singlach” przez „Muzę” z wierszami dla dzieci.

 

Dzieciom należy czytać, by wyrobić w nich nawyk obcowania z literaturą, nim opanują sztukę czytania druku. Popularną serie „Poczytaj mi mamo”, uzupełniały płytki z wierszami. O ile mamy bez większych trudności mogły radzić sobie z „bajkami”, to w lekturze wierszy wyręczali je aktorzy. Winylowe krążki nie były zbyt trwałe, wyeksploatowane w praktyce szkolnej, zdarte płyty, wędrowały do szaf, ale pojawiła się taśma magnetofonowa, łatwiejsza w użyciu. Z tej nowej techniki skorzystał Polski Związek Niewidomych, który w swoim Zakładzie Wydawnictw i Nagrań zwiększył liczbę tytułów „książki mówionej”. Na początku lat siedemdziesiątych zaczęto zastępować taśmy szpulowe, kasetami.

 

„Książka audio” na rynku księgarskim była zjawiskiem nieznanym i pozostaje tak do dziś. Trudno w księgarniach znaleźć regały z „audio-book’ami”. Pewną efemerydą była seria kaset w latach siedemdziesiątych wydanych przez „Polskie Nagrania”. Znalazły się w niej między innymi: „Treny”, „Kwiaty polskie”, wybór poezji romantycznej i liryki miłosnej Mickiewicza. Kiedy pojawiły się na rynku polskiej produkcji samochodowe odtwarzacze kasetowe, PWN przygotował kilka tytułów na kasetach. Jednak były to adaptacje literatury popularnej. Z konieczności musiały być to skróty, tak, aby całość mieściła się na nie więcej jak sześciu godzinnych kasetach. Podobnie postępowało wydawnictwo „RTW” w latach dziewięćdziesiątych, jako pierwsze wprowadzające na rynek książkę, której towarzyszyły kasety. Płyta kompaktowa była nośnikiem o znacznie większej, jakości i wygodzie, zwłaszcza w czasie podróży samochodem. Prawdziwą rewolucje w tej dziedzinie wprowadziła jednak technologia MP3. Teraz na jednym kompakcie można zmieścić nawet do kilkanaście godzin audycji. Oczywiście format MP3, zyskujący coraz większą popularność, nie jest jedyną formą dostępną książki audio.

 

Wydawnictwo „RTW” wyróżnia na rynku edytorstwo. Do książki audio nie podchodzą jak do zwykłego lektorskiego nagrania, opierają się na doświadczeniach „Teatru Polskiego Radia”, to znaczy są to słuchowiska, lub teatr radiowy. Jedną z pierwszych wydanych przez to wydawnictwo pozycji był „Makbet”. Do książkowego wydania dołączono kasety z adaptacją radiową, nie było to dosłowne zarejestrowanie spektaklu teatralnego, tylko adaptacja radiowa. W latach siedemdziesiątych wydano na płytach dwie rejestracje spektakli z „Teatru Starego” w Krakowie „Dziady reżyserii Konrada Swinarskiego i „Noc listopadową” w scenicznej interpretacji Andrzeja Wajdy. Wydawnictwa te miały charakter dokumentalny, spektakle tak ważne dla kultury narodowej, przeniesiono z desek sceny na winylowe krążki.

 

Kolejne pozycje wydane przez „RTW” na kasetach i płytach powieści popularnych; „zaklinacz koni”, „Angielski pacjent”, „Negocjator”, przyniosły sukces na rynku. Zachęciło to inne wydawnictwa do podjęcia podobnych prób. Wydaniu powieści Janusza L. Wiśniewskiego „Samotność w sieci”, towarzyszyła audycja, nagrana na płycie w formacie MP3. Polskie wydanie ostatniej części „Harrego Pottera”, mimo zawrotnego, jak na nasz rynek wydawniczy, nakładu 630 tysięcy egzemplarzy, równolegle wydano w wersji „książki mówionej”. Czy powyższe przykłady świadczą o dynamicznym rozwoju, przynajmniej w Polsce, rynku książki audio?

 

Jeśli chodzi o serie wydaną przez "Wyborczą", a ściślej źródła z archiwum "Polskiego Radia", to wcale nie są żadne skróty, ani bryki itp. Kiedyś Polskie Radio nadawało serie pod hasłem "Powieść w odcinkach". Były to czytania przez aktorów całego tekstu, podzielone na 20 minutowe odcinki. Jest tego sporo. To, co wydała "wyborcza" na antenę nie trafiło, choć miało. Z wielu powodów zaniechano nadawania takich audycji. Po pierwsze w latach dziewięćdziesiątych nowe władze w publicznych mediach, uznały, że to nie jest interesująca propozycja. Jednak, kiedy powrócono do pomysłu, okazało się, że radia nie stać na Emisje. Przyczyna banalna, "ZAIKS" takie czytania traktował i traktuje nadal, jako występy publiczne aktora i domaga się tantiem za każde odtworzenie. Dodatkowo powstał problem wysokich honorariów dla czytających.

 

Niestety, chociaż z inicjatywy "Gazety". Należy się cieszyć, jednak prawda jest smutna. Ukazanie się tej serii powstrzymało Innych wydawców od tego rodzaju inicjatyw, na przykład "Prószyński" zrezygnował z kontynuacji swojej serii "audio", bo koszty są znacznie większe niż w przypadku tradycyjnych wydań książkowych. Współcześni autorzy odnoszą się do tej formy nie chętnie. Na przykład Michał Witkowski, praktycznie zarabia na życie wieczorami autorskimi, a raczej publicznymi czytaniami swojej prozy, więc jakby się zgodził na wydanie tego na płycie, to straciłby możliwość występów. Wracając do serii, otóż nikt nie jest w stanie wydawać nagrań w takiej cenie jak "Agora". Zabawa staje się opłacalna przy nakładach powyżej 10 000 egzemplarzy, książka drukowana osiąga średni nakład 3000 egzemplarzy. Skąd te koszty? Chodzi o tantiemy, w przypadku druku sprawa jest prosta, honorarium i premia nakładowa od sprzedaży.

 

W przypadku książki czytanej, dochodzą do tego tantiemy dla Wykonawcy. Pewien autor skarżył się, że tantiemy za wykonanie dla aktora były większe Od jego honorarium. Do tego dochodzi jeszcze podatek VAT, który jest preferencyjny Dla książek drukowanych, a w przypadku płyt 22%. Postulowano, aby podatek w takiej Wysokości obejmował jedynie nośnik i druk, a nie cały "produkt".

 

W Polsce obowiązuje preferencyjna stawka podatku VAT„zerowa” na książki, ale na ten sam „utwór literacki” wydany w postaci nagrania na płycie, obejmuje już stawka 22%. Znowelizowane prawo autorskie jasno określa, co jest utworem literackim nie zależnie od rodzaju nośnika i przekazu, natomiast z punktu widzenia ustawy podatkowej, istotne jest, to, czy coś jest książką, czy nie, czyli przedmiotem, zbiorem zadrukowanych kartek. Podobne anachroniczne podejście reprezentuje „eurobiurokracja” w Brukseli i komisja zajmująca się podatkami narzuciła ujednolicenie stawek podatku VAT w krajach członkowskich. Gwałtownie zaprotestowała Szwecja, gdzie obowiązuje 6% VAT na książki, a zasadnicza stawka podatku „od wartości dodanej” wynosi 25%.

 

„Audio-book’i” są niezwykle popularne w Szwecji i co druga książka, która ukazuje się drukiem, ma też edycje „dźwiękową”, ale drakońsko opodatkowaną. Szwedzcy wydawcy prowadzili kilka lat batalie, angażując różne organizacje autorów i wydawców w całej Europie, aż uzyskali satysfakcjonującą decyzje Brukseli i mogą objąć preferencyjną stawką tego podatku każdą postać książki. Miejmy nadzieje, że ten precedens stanie się zasadą obowiązującą w całej Unii Europejskiej.

 

Przeszkodą jest anachroniczna definicja "publikacji" i chciwość agencji w rodzaju "ZAIKS". Sami muzycy się buntują i coraz więcej zleca ochronę "copy write" i pobór tantiem innym organizacjom, nawet zagranicznym, które są tańsze. Jeszcze jedno, "Agora" w odróżnieniu od innych wydawców nie zadała sobie trudu opracowania, nagrania itp., w przeciwieństwie do innych wydawców, tylko wzięła z półek "gotowy towar" do powielenia. Przywołany tu "Prószyński" prowadził całą produkcje od początku, do końca, co ich więcej kosztowało. Swego czasu PWN podpisał kontrakt z "Agorą" na wydanie encyklopedii z "Gazetą". Skończyło się to utratą posady przez prezesa, bowiem w rzeczywistości wydawnictwo na tym straciło, upadł projekt kolejnego wydania dużej encyklopedii. Dlaczego? Rynek się "nasycił", a opłacalność takich wydawnictw jest dopiero przy nakładzie 150 000 egzemplarzy.

 

Zwyczajnie musi nad tym pracować spory zespół autorów, redaktorów, typografów itp. Na wiele materiałów ilustracyjnych trzeba zakupić prawa do reprodukcji. Kiedyś związek filmowców i producentów audio i video protestował przeciw filmom w gazetach za 5 zł. bo to zwyczajny "dumping". W rzeczywistości "Wyborcza" prowadzi działalność pasożytniczą i w dłuższej perspektywie, demoluje rynek multimediów, a nie rozwija go. Podejrzewam, że inni wydawcy wezmą się za książki audio za kilka lat, bo chwilowo to się zwyczajnie przestało opłacać. Jest na rynku trochę lektur szkolnych.

 

Rzecz dziwna, bo choć na półkach w "EMPIKU", to są to często wydania pirackie, to znaczy wydawcy nikomu nic nie płacą, wydają i znikają. Jest też nowe zjawisko piractwa książkowego, zdarza się, że książka wychodzi z drukarni tylnymi drzwiami przed oficjalną premierą, jeśli ktoś zwietrzy w tym interes. Wydawaniem adaptacji radiowych i słuchowisk zajmowało się wydawnictwo "RTV". Współpracowali z "Teatrem Polskiego Radia", ale wydawali nie tylko rzeczy archiwalne, przygotowali też sami wiele tytułów. Czym się różni książka czytana od adaptacji, czy słuchowiska? Słuchowisko jest rejestracją spektaklu radiowego,

 

Każda z tych form ma zupełnie inne przesłanie i jest kierowana do innego odbiorcy. Wielokrotnie spotykałem się w "środowisku" z krytyką adaptacji i słuchowisk, a podstawowym zarzutem było to, że są skróty i przeszkadza aktorska interpretacja. Krytyki te wynikają z niezrozumienia, to tak, jakby zakazać grania sztuk w teatrach, czy adaptacji filmowych literatury. Wszystkie te formy są twórcze i rozwijające. Oczywiście każdy ma jakieś preferencje, ja wole książkę tradycyjną, a jeśli chodzi o książkę czytaną, to zdecydowanie wole adaptacje, czy słuchowiska. Wynika to jeszcze z jednego, nie każdy aktor jest dobrym lektorem, a od czasu, kiedy zawód "spikera", czyli "lektora" zanikł w radiu, coraz trudniej o dobrych lektorów, a jeśli już tacy się zdarzają, to mają masę roboty w telewizji. Na czym polega ta robota, to już osobna kwestia.

 

Nowe technologie oferują nie tylko rozwiązania polegające na dużej „kompresji” plików audio, jak popularny format MP3. Teoretycznie wszystko wskazuje na to, że opracowane przez firmę „Dolphlin Systems” rozwiązanie, znane, jako „DAISY” powinno znaleźć spore zainteresowanie. Firma pracowała nad formatem książki audio dla niewidomych i słabo widzących. Dla tej pierwszej grupy potrzebna była książka czytana, która jednak pozwalałaby korzystać z niej w analogiczny sposób jak z drukowanej. Osoby słabo widzące korzystają zarówno z lektur nagranych, jak i z tradycyjnych książek, jednak w tym przypadku posługują się powiększającymi przyrządami optycznymi, oraz powiększalnikami elektronicznymi. Rezultatem tych poszukiwań stał się właśnie format DAISY. Nagranej ścieżce dźwiękowej towarzyszy tekst.

 

Użytkownik programowego odtwarzacza w komputerze, słuchając lektury, może jednocześnie śledzić tekst na ekranie, rzecz jasna stosownie powiększony, znacznik w okienku, w którym przewija się tekst, wędruje za głosem lektora, czyli umiejscowiony jest w miejscu aktualnie czytanym. Dla niewidomych to rozwiązanie pozwala jednocześnie słuchać i czytać tekst na linijce brajlowskiej. Program zapewnia też techniki pracy z tekstem znane każdemu czytelnikowi, począwszy od płynnej regulacji tempa lektury, można przyspieszyć, lub zwolnić tempo czytania.

 

Umieszczone w nagraniu i tekście odpowiednie znaczniki wskazują poszczególne rozdziały, strony i akapity, dzięki temu można się poruszać po nagraniu tak jak po zwykłej książce, czyli odnajdować odpowiednią partie tekstu i nagrania, oraz wstawiać zakładki. Istnieją też urządzenia pozwalające nagrywać tą techniką własne audycje (rzecz jasna bez tekstu) i osobiste odtwarzacze, obsługujące równolegle inne formaty audio. Możemy sobie wyobrazić, że takie rozwiązanie byłoby idealne na przykład w edukacji. Osoba ucząca się języka obcego mogłaby przyspieszyć proces nauki czytając i słuchając jednocześnie literatury w poznając „wzorcową” wymowę. Dla podróżujących i nie tylko podręczniki do nauki w formie audycji z możliwością „wertowania”, wydawałyby się rozwiązaniem idealnym. Skąd moje wątpliwości? Niestety format DAISY nie jest dostatecznie rozpropagowany, a popularne urządzenia odtwarzające różnego rodzaju audycje nie obsługują tego formatu. Producenci sprzętu nie widzą takiej potrzeby. Wśród wydawców zainteresowanie tym „wynalazkiem” jest znikome, bowiem proces przygotowania takiej publikacji w pełnym formacie, to znaczy audycja z tekstem równoległym jest pracochłonny. Technologia znalazła kompromis „literatura et oratura”, ale czy zaakceptują go czytelnicy i pogodzą się z tym wydawcy?

 

Czytelnicy coraz chętniej będą się zmieniali w słuchaczy, wszak słowo wypowiadane, przekaz ustny, poprzedza słowo drukowane, książkę, nie będzie to, więc coś „wbrew naturze”, a wydawcom nie pozostanie nic innego, jak odpowiedzieć na to zapotrzebowanie.

 

strona główna

spis treści

artwakat

annales