Andrzej Wilowski
Herodot nie żyje
23 stycznia 2007
Urodził się w 1932 roku w Pińsku. Jego dzieciństwo przypadło na
czas wojny. Wtedy nie myślał jeszcze o tym, że zostanie kronikarzem małych i
wielkich zdarzeń. Z perspektywy głodnego dziecka było ważniejsze, co uda mu się
zjeść za dwie godziny i czy jeszcze tego dnia znajdzie jakieś buty.
Perspektywa, w której horyzont wyznaczała krawędź pełnego, a częściej pustego
talerza, utrwaliła u niego na lata przekonanie o ważności rzeczy małych i
wielkich.
Przyszedł czas wyboru zawodu. Rozpoczął studia na wydziale
historycznym Uniwersytetu Warszawskiego, ale czy można zrozumieć świat badając
przeszłość? Został reporterem, kronikarzem dziejów współczesnych.
Kiedy w Rzymie w
2006 roku otwierano „Bibliotekę Europejską”, zastanawiano się nad tym, który ze
współczesnych pisarzy kontynentu będzie najbardziej reprezentatywnym świadkiem
epoki, badacze literatury, dziennikarze i poeci, zgodnie orzekli; Ryszard
Kapuściński.
Nim ruszył w świat, opublikował zbiór reportaży „Busz po polsku”.
Wcale tego nie planował, redakcja „Sztandaru Młodych” wysłała go do Indii, miał
napisać cykl reportaży przybliżających ten egzotyczny kraj. Przed podróżą nic o
nim nie wiedział. Ruszył w świat wyposażony w maszynę do pisania, aparat
fotograficzny i „Dzieje” Herodota.
Ponieważ
był człowiekiem nieśmiałym, wolał patrzeć rozmówcom w oczy, niż stawiać ich
przed obiektywem, więc aparatu używał dla utrwalenia tego, czego nie dało się
zapisać. Maszyna do pisania była podstawowym narzędziem pracy, ale dość nie
poręcznym w podróży, zupełnie też nie przydatna do robienia notatek w czasie
Rozmów. Zresztą prawie nie ronił notatek w czasie rozmów, polegał na pamięci, a
czynność zapisu mogłaby rozpraszać rozmówcę, lub wzmagać jego czujność, co
zakłócałoby sondę dialogu. Przydatny był Herodot, bo on nauczył go metod pracy
reportera. Szczególnie przyswoił sobie dwie; poznawanie świata przez podróże i
rozmowa, jako podstawowe źródło informacji.
Cóż za anachronizm w dobie masmediów i Internetu. Toniemy w potoku
kompletnie bezużytecznych informacji, bo przetworzonych i z drugiej ręki.
Kapuściński pisząc o Afryce, starał się żyć jak jej mieszkańcy, bohaterowie
jego reportaży. Ich relacje opatrywał głęboką refleksją, poszarzając tym samym
nasze horyzonty wiedzy o świecie.
Pierwszą książką, jaką przeczytałem Kapuścińskiego był „Cesarz”.
Przyznam, że absolutnie nie odebrałem jej, jako reportaż, a jako literaturę
najwyższej próby. Odsłonił mechanizmy władzy autokratycznej, tak wyraziście, że
wydawało mi się, że to parabola do „epoki Gierkowskiej”, czasu, kiedy książkę
tą czytałem. Przyszła kolej na następne lektury: „Wojna futbolowa”, „Chrystus z
karabinem na ramieniu”, „Heban”, „Imperium”, „Moje podróże z Herodotem”,
„Lapidaria”. Nie będę robił tu sprawozdania z tych lektur, trzeba je po prostu
przeczytać, by cos zrozumieć.
Pisarstwo Kapuścińskiego wykracza poza ramy reportażu prasowego i
to nie tylko dlatego, że pisał wiersze (tom „Notes”), czy szkice o charakterze
filozoficznym jak w „Lapidariach”, czy eseistyce w „Moich podróżach z
Herodotem”. Był on ostatnim pisarzem, który w reportażu uprawiał sztukę
dialogu, tak jak Melchior Wańkowicz, Xawery Prószyński, Jerzy Stempowski,
Stanisław Vincent. Dialogu z tradycją, dialogu z czytelnikiem, dialogu z
bohaterem, dialogu ze światem…
Zabierałem się do pracy nad innym tekstem, gdy usłyszałem w radiu:
„Ryszard Kapuściński nie żyje.”
Z
powrotem | ARTWAKAT pierwsza
strona | spis treści