Andrzej Wilowski
Granice wolności w sztuce
Coraz częściej powraca pytanie o granice
swobody wypowiedzi w sztuce. Ostatnim wydarzeniem, które wywołało medialną
polemikę, był wyrok gdańskiego sądu w sprawie pracy „Pasja” Doroty
Nieznalskiej. Praca przedstawiała ukrzyżowane genitalia. Czy takie
przedstawienie męskich organów płciowych może obrażać uczucia religijne? Jak
rozumieć symbolikę dzieła? Czy mamy w ogóle do czynienia z dziełem sztuki, a
może ze zwykłą prowokacją? Wyjaśnić jednak trzeba, że to kontrowersyjne
przedstawienie jest tylko fragmentem, a nie tematem pracy. Można się też
zastanawiać, czy pomysł nie jest wtórny, bowiem pewien artysta węgierski w
latach 60-tych przedstawił rzeźbę z identycznym motywem - genitalia na krzyżu i
jakoś nie wywołało to wielkiego skandalu. Zawsze odwołania do symboliki
chrześcijańskiej są mocne w swym wyrazie, zawsze poruszają, lub bulwersują
obyczajowo, politycznie, światopoglądowo, czy wręcz budzą emocje religijne.
W latach siedemdziesiątych (nie było jeszcze wtedy Ligi
Polskich Rodzin, choć społeczeństwo nie kryło swej religijności) Get
Stankiewicz wykorzystał motyw ukrzyżowania w plakacie dla teatru STU do spektaklu
„Spadanie”. Plakat miał awers i rewers, po jednej stronie na krzyżu złożonym z
prostokątnych kadrów rozpięte było ciało kobiece, zwrócone twarzą do krzyża, a
po drugiej w identycznej pozie męskie. To dopiero obrazoburczość! Żadnej
dosłowności, a jednak mocne w wyrazie; akt miłosny na krzyżu, czy zbliżenie
przez krzyż bez osłony, bez ubrań, niczym naga prawda, nagość aktorów, którzy
zbliżają się do siebie w spektaklu, pokazując niewinność w nagości i cierpienie
zbliżenia bez wstydu. W połowie lat
siedemdziesiątych pewien emigracyjny teatr chilijski przedstawiał na swoim
plakacie ukrzyżowanego Ch. Gevara`e. Chrystus w berecie z czerwoną gwiazdą
bulwersował publiczność w komunistycznej Polsce pełnej katolików. Rewolucja
została ukrzyżowana przez katolika Augusto Pinocheta, za co Marek Jurek zawiózł
mu do Londynu ryngraf w podzięce. Bywa i tak, że katolików bardziej obrażają
czyny, niż przedstawienia. Cóż - symbole łatwiej znajdują obrońców, niż ofiary.
Symbole chrześcijańskie są powszechnym dobrem dziedzictwa kultury europejskiej
i każdy ma prawo się na nie powoływać, ja jedynie proszę ze swej strony, aby
robić to mądrze.
Sąd wydał wyrok 6 miesięcy prac społecznych na rzecz
Caritasu, ale czy rozwinie to talent Doroty Nieznalskiej?
W „Polityce” z 6 sierpnia ukazał się rysunek
Andrzeja Mleczki, będący komentarzem do powyższego wyroku; w pracowni
renesansowego malarza, pracy artysty przygląda się biskup, a za jego plecami
łucznik mierzący w mistrza pędzla. Całą sytuacje w „chmurce” purpurat komentuje
tak „Wyluzuj się, będzie dobrze, byle byś nie obraził uczuć religijnych!” Nie
wiem na ile Mleczko świadomie nawiązał do epoki renesansu, ale od tego czasu
trwa nieprzerwanie spór o kanon w sztuce religijnej. Problem nie istniał, do
czasu, gdy artysta precyzyjnie wypełniał dyrektywy kościelne, od renesansu
zaczynają się kłopoty. Postacie biblijne przedstawiano realistycznie we
współczesnym kostiumie. Rysy epoki i szaty „modne”, a nie „historyczne” miała
Matka Boska, co bulwersowało ojców kościoła. Toczono poważne spory, czy
Chrystus może mieć brudne nogi, czego wymagał realizm, a jednocześnie
sprzeciwiał się przedstawieniowy idealizm poprzedniej epoki. Powie ktoś,
analogia zbyt odległa, a „obraza”, „obrazie” nie równa. Można replikować, że
swobody zarówno religijne, jak i obyczajowe przez te pięćset lat zwiększyły się
i być może stoimy przed kolejnym wyzwaniem, ustaleniem nowych granic w
swobodzie twórczej. Oczywiście mówienie o „swobodzie” i „granicach”
jednocześnie jest nieporozumieniem.
Prawdopodobnie w tematyce religijnej tolerancja dla artystów
od czasu włoskich mistrzów jest niewielka. „Instalacja” autorstwa Catellana od
kilku lat bulwersowała Europę, a gdy trafiła do Polski, napotkała sprzeciwy
najznaczniejszych polityków z prawicy. Dzieło przedstawiające papieża
przygniecionego głazem trudno uznać za obraźliwe dla kogokolwiek. Może chodziło
o realizm postaci, co mogło sugerować aluzyjność pracy; Jana Pawła II
przygniata ciężar pontyfikatu, to znaczy, że sobie nie radzi z obowiązkami na
piotrowym tronie. Wymowa pracy nie jest jednoznaczna i obok takiej uprawnione
są skrajnie przeciwne oceny. Wieloznaczność jest immanentną cechą sztuki
współczesnej. Rzecz w tym, że Katolików może zadowolić sztuka o tematyce
religijnej, mająca charakter ilustracyjny, a nie poszukujący. Z takim
stanowiskiem można się zgadzać, lub je odrzucać, ale przyjąć do wiadomości
trzeba, natomiast sędzia sądu powszechnego w roli egzegety jest groźniejszy niż
Święta Inkwizycja, bowiem ta ostatnia przynajmniej deklaratywnie, poszukiwała
dowodów występków przeciw wierze, a nie opierała się na przekonaniach.
Bywa i tak, że artysta otwarcie występuje
przeciw religii, lub kwestionuje pewne praktyki w ramach kościoła. Do tej
pierwszej grupy zaliczyć można choćby obrazy Bacona z motywem odwróconego
krzyża, co odbierano jako popieranie satanizmu. Wystawa „Irreligia” miała
szeroki wydźwięk w kościele, ale nie została przezeń odrzucona, w myśl
założenia, że czasem trzeba szokować, aby pobudzić do refleksji. Coraz częściej
wartością w sztuce, stawianą ponad walory estetyczne, jest pobudzanie do
refleksji i stawianie pytań. Prowokacja staje się środkiem artystycznego
wyrazu. Ojciec kubizmu George Braque w swoim manifeście zawarł postulat wobec
sztuki XX wieku: „Sztuka ma prowokować, a nauka powinna uspokajać.” Rolą sztuki
jest odkrywanie nowych problemów jakie stają przed ludzkością, a nauka ciągle
poszukuje odpowiedzi na podstawowe pytania. Odpowiedź jest tym trudniejsza, im
bardziej komplikuje się rzeczywistość. Praktycznie kolejne odkrycia nauki
więcej przynoszą pytań, niż odpowiedzi. Czy taki stan rzeczy może uspokajać?
Artysta dawno zrezygnował z poszukiwania odpowiedzi na
jakiekolwiek pytania, wie, że może jedynie pokazywać rzeczywistość w taki
sposób, jaki wcześniej nie został „wynaleziony”, zwłaszcza, że efekt szoku
poznawczego jest krótkotrwały. Próba pokazywania struktur przedmiotów i
traktowanie postaci, jako przedmioty, które można „rozkręcić” na czynniki
pierwsze przez kubistów po stu latach przestała szokować, ale pytanie
podstawowe pozostaje bez odpowiedzi; jak daleko można posunąć się w
poszukiwaniach artystycznych? Czym różni się poznanie artystyczne od naukowego?
Wszyscy doskonale pamiętamy obraz Rembrandta „Lekcja anatomii doktora Tulpa ”.
Do renesansu studia anatomiczne były oficjalnie zakazane, jak podają niektórzy
historycy sztuki Leonardo da Vinci był pierwszym artystą, który zainteresował
się metodycznie poznawaniem ciała człowieka i tym samym antycypował kierunki
poszukiwań nauki. Faktem są jego zainteresowania anatomiczne, ale nieco przeceniane,
mimo wszystko anegdota ta doskonale ilustruje problem. Często ze względów
światopoglądowych nauka nie penetruje pewnych obszarów, a przynajmniej nie robi
tego otwarcie. Dziś równe kontrowersje jak kilkaset lat temu sekcje zwłok,
budzą prace genetyków. Oczywiście aparatura badawcza genetyków jest tak
skomplikowana, że nie dostępna artystą, sama wiedza też stanowi skuteczną
barierę, aby artyści zaangażowali się w „genetyczne manipulacje”. Nie ma jednak
przeszkód, aby zająć się problemem „konceptualnie” i stawiać prowokacyjne
pytania, mam tu na myśli niektóre eksperymenty z dziedziny „body art.”, mające
na celu sprawdzenie jak dalece można ingerować i modyfikować ciało.
Poszukiwania takie budzą stanowczy sprzeciw nie tylko estetyków, ale i etyków.
Wróćmy jednak do przykładów historycznych.
Sporo mówi się o odkryciu Kopernika, tymczasem tego samego roku co „De
Revolucionibus Orbitam Celestim” 1543 roku ukazało się dzieło Andreasa
Vesaliusa „De Homini Corpus”, które teologów oburzało bardziej niż przewrót
kopernikowski. Przyczyna była zasadnicza, prace anatoma o funkcjonowaniu ciała
człowieka poprzedziły liczne eksperymenty i sekcje zwłok, tym samym uczony
naruszył podstawowe tabu chrześcijaństwa - tabu śmierci, zwłoki były
nietykalne. Dziś już nikogo to nie oburza, a sam kościół nie zgłasza
zastrzeżeń, nawet wobec praktyki pobierania narządów do przeszczepów. Z tej
perspektywy dziwić może twórczość Klamana, której tworzywem są preparaty
anatomiczne. „Sztuka prosektoryjna” dziś nie ma żadnego sensu, nadto jako
eksperyment bezcelowy dobitnie narusza tabu śmierci. Mimo śmiałych i
prowokacyjnych przedsięwzięć na polu sztuki w naszej cywilizacji
śródziemnomorskiej tabu śmierci ciągle pozostaje nienaruszalne. Okazuje się, że
i na polu nauki też pewne rygory obowiązują. W ubiegłym roku po raz pierwszy
odbył się publiczny pokaz sekcji zwłok w wykonaniu pewnego londyńskiego
anatomopatologa. Tego rodzaju przedstawienie spotkało się z protestami świata
medycznego i nie pomogły tłumaczenia, że pokaz miał charakter popularnonaukowy.
Obraz Rembrandta przywołany wcześniej, nie pojawił się z przypadku, w jego
czasach „teatrum anatomicum” było formą popularną. Jedni chodzili z ciekawości
na pokazy sekcji zwłok i kupowali bilety jak do teatru, inni przełamywali opór
przed naruszaniem tabu z pobudek poznawczych.
W szczególny sposób Europejczycy odnoszą się do obrazów
zagłady. Śmierć w wymiarze jednostkowym jest łatwiejsza do przyswojenia, niż
wizje zagłady całych narodów, czy masowe mordy. Do dziś trudno nam uwierzyć, że
naród kochający Beethovena, który wydał najwybitniejszych nowożytnych
filozofów, mógł wymyślić fabryki śmierci. Kilka lat temu sporo protestów
wywołał film Beniniego „Życie jest piękne”, ponieważ nikt nie mógł pojąć, jak
akcje komedii można umieścić w obozie koncentracyjnym, mimo to przesłanie filmu
obroniło włoskiego reżysera przed potępieniem, a dziś film wszedł do kanonu
kina, zdobywając wiele nagród na festiwalach. Czy jednak intencja artysty
zawsze obroni jego przedsięwzięcie przed potępieniem?
W małym holenderskim miasteczku Dembosch w galerii-botique Agata
Siwek przedstawiła kolekcje artystycznych przedmiotów pod hasłem „Pamiątki z
Oświęcimia”. Można kupić breloczki z inskrypcją „Arbeit nach frei!”, torebki z
płótna w biało-niebieskie pasy, odpowiednio w tym samym stylu czapeczki, bluzy,
wszystko zaopatrzone w odpowiednie napisy i symbole obozowe, zaś dla dzieci
lalki w obozowych pasiakach, oczywiście odpowiednio odchudzone i wynędzniałe,
tak aby nie było wątpliwości skąd pochodzą. Mieszkańcy, choć z natury
tolerancyjni, nie kryli oburzenia. Mogliby zaakceptować kontrowersyjną wystawę,
Holandia słynie z tolerancji, ale sprzedaż kontrowersyjnych pamiątek uznali za
przesadę. Ci, którzy przeżyli obozy koncentracyjne nie pragną takich pamiątek,
trudno też wymagać od turystów chęci zachowania w pamięci wspomnień z takich
miejsc. Cała ludzkość robi wszystko, aby zapomnieć, a tu trzydziestoletnia
artystka próbuje ich oswoić z przeszłością i wmówić, że warto przypominać sobie
o takich miejscach.
Agata Siwek studiowała sztuki plastyczne w Glasgow i
Amsterdamie, pamięć Polki o Holokauście i artystyczne doświadczenia Zachodu
dały efekt dość nieoczekiwany. Śmiały pomysł, będący artystyczną prowokacją,
zmultiplikowany do gadgetu i wystawiony na sprzedaż, staje się głupi i cyniczny.
Artystka z Holandii nie wymyśliła nic nowego.
Swego czasu Krzysztof Libera przedstawił kontrowersyjną zabawkę edukacyjną w
postaci kompletu klocków Lego do zbudowania makiety oświęcimskiego obozu koncentracyjnego.
Pomysł uznano za kontrowersyjny i duńska firma nie odważyła się projektu
wprowadzić do masowej produkcji. Jakby to wyglądało; masowa produkcja klocków z
obozem masowej zagłady. Jedynie krytyka artystyczna życzliwie odnotowała fakt
śmiałego pomysłu. Dziwny zbieg okoliczności, polscy artyści celują w
prowokacyjnych projektach na temat zagłady Żydów. Przewrażliwieni w tej materii
liderzy żydowskiej diaspory żywo reagują na takie prowokacje i starają się ten
zbieg okoliczności przedstawić, jako charakterystyczną tendencję dla Polaków,
którzy w ich opinii nie należycie dbają o pamięć o tamtych wydarzeniach i mają
dwuznaczny stosunek do Holocaustu. W połowie lat dziewięćdziesiątych trafiła do
moich rąk gra edukacyjna wyprodukowana w Ameryce, pod nazwą „Mouseschwitz”.
Planszą tej gry komputerowej był teren obozu w Oświęcimiu. Uwięzione w obozie
myszy miały jedno zadanie - przeżyć nieustanne polowania kotów, które odgrywały
role esesmanów. Gra, jak każde multimedialne wydawnictwo, była zaopatrzona w
bogatą dokumentację historyczną, która pozwalała drobiazgowo poznać realia
obozowe. Ku mojemu zdziwieniu Rabin Weiss nie ruszył z krucjatą przeciw tym, co
nie szanują pamięci o ofiarach hitlerowskiego przemysłu śmierci. Wszystko dla
mnie stało się jasne, gdy sprawdziłem, kto jest producentem tego wydawnictwa, a
była nim pewna fundacja zajmująca się w USA propagowaniem wiedzy o żydowskiej
zagładzie i edukacją żydowskiej młodzieży amerykańskiej.
Muszę też przyznać, że gra nie znalazła uznania w szkołach
prowadzonych w Stanach Zjednoczonych przez gminy żydowskie. W tradycji
amerykańskiej komiks jest tak utrwalony, jako narzędzie edukacyjne jak dla
Europejczyka książka, więc twórcy tego wydawnictwa nie mieli oporów natury
etycznej, czy stosowne jest przedstawianie tak tragicznych losów narodu
żydowskiego w tak rozrywkowej, żeby nie rzec nie poważnej formie, jaką jest
komiks, papierowy, czy komputerowy. Z zestawienia ostatnich przykładów,
dotyczących Holokaustu można wyciągnąć wniosek, że w „sztuce wysokiej” swobodniej
można przekraczać granice, zwłaszcza dotyczące form przedstawieniowych i
konwencji, natomiast dla kultury masowej nie tylko swobody są ograniczone
normami obyczajowymi, ale i istnieją tematy zakazane. Oczywiście wyraźnie
trzeba powiedzieć, że są inne standardy amerykańskie i europejskie, może
dlatego, że w tym pierwszym przypadku granica między „niskim”, a „wysokim”
obiegiem nie jest tak ostra.
Jean DuBuffett powiedział: „Dla sztuki nie są
groźni podpalacze, lecz strażacy.”