czyli moja diagnoza współczesnej Wiosny Ludów
Podobnie jak z wynikami wyborów establishment nie jest w stanie
zdiagnozować sytuacji. Przyczyna tego jest dość oczywista, właśnie od tego się
zaczęło, że politycy stracili kontakt z rzeczywistością i nie są w stanie pojąć
tego, że już nie reprezentują nikogo, poza własnymi grupami interesów.
Dla polityków byłoby to bardzo wygodne, aby byli jacyś liderzy,
bo wtedy można by z nimi negocjować, przekupić, albo zastraszyć. Teraz nie
wiadomo z kim gadać i jak ten ferment się skończy. W opinii polityków i
medialnych celebrytów, Palikot brzmi jak inwektywa, wszyscy z lewa i prawa się
go boją. Niezależnie od tego, jakie poglądy prezentuje, na koalicjanta się nie
nadaje, dlatego chcą go zneutralizować, bo układ był czytelny, a on go tylko
psuje.
Zauważ, że zadyma tym razem była w Rzymie. Jestem niemal pewien,
że za tym stoi sam Berlusconi, albo jego promotorzy z mafii. Udana prowokacja
mogła dać swobodę policji w pacyfikacji, ale i efekt zastraszenia. Angole nie
byli tacy głupi i jednak potrafili wyciągnąć wnioski i odróżnili zadymy,
frustratów, bandytów, od kontestatorów i szukają odpowiedzi, rzetelnej
diagnozy. Nie zadowalają się publicystycznym bełkotem.

Od dawna twierdze, że "GW" przekształciła się w
politbiuro i zwłaszcza dla inteligencji jest wyrocznią, nikt sam głową nie
ruszy, bez wskazówek z "Wyborczej". Na ile są one trafne, na ile nie,
to nie istotne, najgorsze, że są tendencyjne i demagogiczne. PO i
"Wyborcza" pragnie spokoju i po wyborach już uznali, że nad wszystkim
panują, a tu niespodzianka. Pomniejszanie protestów to zła taktyka. Nie biorą
też pod uwagę tego, że nie wszyscy nie zadowoleni dali głos, czy wyszli
demonstrować.
Moja diagnoza jest taka, że obecny system wchodzi w fazę
schyłkową, bowiem poprzez inercje, globalizm, stracił zdolność reagowania na
zmiany i aspiracje społeczne. Nie jest prawdą, że na tej samej licencji da się rozwiązać
problemy afrykańskie, europejskie i amerykańskie, choć symptomy choroby
wyglądają podobnie. Na przykład w Ameryce buntują się nie tylko kolorowi i
młodzi, ale i tak zwana klasa średnia, która spada coraz niżej w sensie roli
ekonomicznej, a to jest związane z globalizacją.
Dziś nie ma szans na własny biznes zaczynany od garażu. Nawet
budki z hot dogami są w sieciach w ramach tak zwanego frendaizingu. Nie możesz
działać samodzielnie poza korporacją a cały ten patent to ściema, bo musisz
dzielić sie dochodem, tylko za szyld. Dziś absolwent nawet najlepszej uczelni w
Ameryce nie dostanie kredytu na dyplom, co było powszechne dwadzieścia lat
temu. Do tego dochodzi demoralizacja polegająca na tym, że prezesi
bankrutujących korporacji dostają gigantyczne odprawy, a rady nadzorcze banków
niemieckich i belgijskich, które utopiły masę oszczędności w bezwartościowych
greckich obligacjach, dostają wysokie premie.
Kiedy grupa G20 obradowała o kryzysie, to postanowiła
dekapitalizować banki, czyli rzekoma pomoc Grecji, do Grecji nigdy nie dojdzie,
tylko pokryje straty niemieckich banków, a te znowu w ramach pomocy będą
pożyczać pieniądze rządowi. Pamiętam czasy kiedy to powołano tak zwany
"Klub paryski", czyli konsorcjum bankowe, dla zorganizowania pożyczek
i kredytów dla krajów komunistycznych, korzystał z tych pieniędzy Gierek, ale i
Węgrzy, zdaje się, ze jedynie Rumunia nie pożyczała. Oczywiście nikt z
bankierów nie wierzył, że kiedykolwiek te pieniądze oddadzą, ale gwarantowały
te pożyczki rządy, więc spali spokojnie.
Teraz jest podobnie, obawiając się rewolty, nie mogą powiedzieć
wprost, że wyrzucą publiczne pieniądze, aby zasypać dziurę w systemie, więc się
to nazywa pomoc Grecji, czy Portugalii. Współczesny globalizm, to nowy
totalitaryzm. Zwyczajnie nie ma już co wymieniać Faktyczna pomoc polegałaby
na tym, gdyby korporacje kupowały towary właśnie w Grecji, czy Portugalii, a
nie w Chinach, bo przepływy towarów i kapitałów są jednokierunkowe.
Wielką fikcją jest też współczesny system giełdowy. Pamiętam, kiedy jeszcze parałem się
publicystyką gospodarczą, jak wchodzące na giełdę spółki z dnia na dzień
drożały o kilkaset procent. Nie mogłem tego zrozumieć, bo to polegało wyłącznie
na euforii, jak się pojawiło coś nowego, znanego, to natychmiast wszyscy chcieli
te spółki kupić. Przykład z Universalem, za komuny jedynym przedsiębiorstwem w
branży handel zagraniczny. Na debiucie akcje kosztowały 20 zł. a tak zwani
inwestorzy płacili każdą kwotę, po pierwszym bilansie okazało się, że nawet za
6 zł. od akcji nie można było jej sprzedać, więc transakcje wstrzymano. Zasada
jest dość prosta, jeśli ktoś szuka na giełdzie kapitału, to liczy się relacja
między wartością majątku spółki, a jego produktywnością i potencjalny zysk
wynika z tej relacji, jeśli jest ona kiepska, to nawet jak się zwiększy kapitał
akcyjny, to obroty spółki nie wzrosną, nie mówiąc o zyskach.
Prawda jest taka, ze dziś wszystkie spółki giełdowe są
przeszacowane, mają zawyżoną wartość, ogromną wartość księgową, ale przynoszą
coraz mniejsze zyski. Przeinwestowano swego czasu firmy komputerowe w Ameryce,
bo zakładano, że sektor ten będzie rozwijał się w nieskończoność. Elektronikę
czeka nowa rewolucja technologiczna i branża to ciężko odchoruje. Zresztą mam
nadzieje. Podobnie jest z przemysłem samochodowym. Każdego roku odbywają się
swoiste olimpiady konstruktorów w dziedzinie pojazdów, czy lotnictwa. Na tych
imprezach nie ma przedstawicieli przemysłu. Interesują się jedynie nowymi
gadżetami. Dziś nowe rozwiązania są w stanie zmniejszyć wagę przeciętnego
samochodu z jednej tony, do 480 kg i to wcale nie żadne cudo, rzekłbym w
dziedzinie samochodów studyjnych norma. Większość wynalazków spala poniżej 4
litra benzyny na sto kilometrów.
Przemysł nadal woli produkować ciężkie pojazdy ze stali, palące masę
benzyny, choć wyposażane w coraz bardziej wyrafinowaną elektronikę. Kolejny przykład, z powodu
nieracjonalności w świecie Zachodu rocznie marnuje się ponad miliard ton
żarcia. Ta nieracjonalność polega na tym, że wielkie organizacje handlowe
obracają wielką masą towaru, znaczna jego część traci przydatność przed
dotarciem do sklepów. Niszczona jest w transporcie, z powodu złego
magazynowania. To jednak drobiazgi; w Niemczech, Szwecji opłaca się palić
zbożem w elektrociepłowniach, ponieważ nie ma zbytu na tak dużą produkcje, a na
rolników nie działa prawo podaży i popytu, bo dostają dopłaty towarowe, więc
jest im to obojętne, czy to zboże trafi do młyna, czy do pieca.
Inny przykład absurdu. W sklepie sportowym chciałem kupić polar
ocieplający do kurtki. Zaoferowano mi go za 120 zł. Na uszycie czegoś takiego
potrzeba około 1,5 metra bieżącego materiału, w hurcie kosztuje on dokładnie 6
zł.za metr. Tak, polar robi się z odpadów, włókno powstaje z przetworzonego
tworzywa używanego również do produkcji opakowań do wody mineralnej, czyli
dokładnie te same butelki mogą stanowić surowiec do produkcji właśnie polarów.
To jeden z przykładów chciwości korporacji handlowych, niczym nie
uzasadnionych.
Jaki jest najgorszy skutek globalizacji? Nie opłaca się niczego
produkować, nawet pracować, największy dochód dają kapitały i tytuły własności. Większość dochodów kapitałowych nie
jest opodatkowana, depozyty, dywidendy na giełdzie, transakcje międzybankowe.
Baksik z Gąsiorowskim siedzieli za to, co legalnie do dziś robią wielkie
korporacje. Moja renta średnio trzy dni wędruje z ZUS na konto bankowe, co w
skali roku daje ponad miesiąc, kiedy te drobne kilkaset złotych jest do
dyspozycji banku. Banki zarabiają na transferach, pobierając z tego tytułu
wysokie prowizje. Najlepszym interesem są przewalutowania kredytów. Rzecz
jasna trzeba wiedzieć, że to zwykły hazard, ale przestaje to być hazardem,
kiedy jedni mają dostęp do wiedzy, a inni nie, czyli można do pewnego stopnia
sterować zachowaniami giełdy walutowej.
Właśnie dzięki globalizacji jest to wyjątkowo łatwe. Mniejsze
banki zastrzegają się, że większe wypłaty gotówki muszą być wcześniej
zgłaszane. Przerabiałem taki problem, kiedy jednego dnia sprzedawałem
mieszkanie i kupowałem nowe. Okazało się, że jedynym sposobem była transakcja
gotówkowa, ale wcześniej z bankiem uzgodniona, inaczej byłyby to tradycyjnie
trzy dni w każdą stronę. Korporacje ustalają reguły, a nie żaden „rynek”.
Tak jak w słynnym dowcipie, że
Forda T można kupić w każdym ulubionym kolorze, pod warunkiem, że jest on
czarny. Przykładem demoralizacji niech będzie chociażby przykład z odchodzącymi
z sejmu posłami, na koniec roku przeciętnie dostaną 30 tys. zł. odprawy, czyli
równowartość trzech ostatnich diet. W sejmie ubiegłej kadencji jak się okazało,
najwięcej wydało biuro poselskie posłanki Julii Pitery, ponoć walczącej z
korupcją. Walka z korupcją jest droga, podobnie jak sprawiedliwy podział nędzy.
Nie sprawdził się model neoliberalny, bo nie ma czegoś
takiego, jak niewidzialna ręka rynku, za każdą decyzją stoją ludzie i ich
ambicje, chciwość i ograniczenia. Wymyśla się dla kamuflażu procedury, które i
tak nie działają. Przegrał model państwa socjalnego, bowiem doprowadził on
jedynie do rozrostu biurokracji, a tego socjalu nadal nie widać. Nabijaliśmy
się za komuny z nieusuwalnych posłów i członków KC PZPR, rządziła
gerontokracja. Dzisiejsi politycy już pobili tamte rekordy,
podstawowy skład sejmu liczy sobie 20 lat.
Pierwszy z brzegu przykład posła Niesiołowskiego, który zmienił partie
czterokrotnie i odbył długą drogę, od ZChN, do PO. Z zawodu jest profesorem biologiem,
przed dwudziestu laty badał muszki owocówki. Dziś jego studenci są już też
profesorami, ale obawiam się, że jego obecne kompetencje zawodowe pozwoliłyby
mu obecnie na objęcie co najwyżej stanowiska laboranta. Nie ma czegoś takiego,
jak zawodowi politycy. Nie tylko tracą kontakt z realnością, uwikłani w
salonowe rozgrywki partyjne, ale w sensie rozwoju intelektualnego przeżywają
regres i większość z nich nie ma szans na powrót do zawodu po tak długiej
przerwie, a że ich ani umiejętności, ani kompetencje nie rosną, to pożytek z
nich coraz mniejszy. Jestem za kadencyjnością na wszystkich stanowiskach i
funkcjach publicznych. Należy też skończyć z tą ochronką podatkową najbogatszych.
Nie widzę też powodu, dla którego mielibyśmy utrzymywać partyjne
nomenklatury, cały aparat partyjnych struktur. Zakrawa to na żart, ale poseł
SLD, czołowy obrońca ludu, jeździ najdroższym samochodem. Ma teraz kłopot, bo
nie wszędzie może się tym gadżetem popisywać. Amerykańskie pismo
"Forbs" podało dane zdumiewające, okazało się ,że w korporacjach
wynagrodzenie kierownictwa rośnie 30 razy szybciej, niż szeregowych
pracowników. Obecny model ekonomiczny prowadzi jedynie do coraz większego
rozwarstwienia, co odbiera nadzieje ludziom, że kiedykolwiek dzięki pracy są w
stanie dołączyć do klasy średniej. Jeszcze nie tak dawno w Ameryce
wykształcenie było postrzegane jako inwestycja w przyszłość. Dziś przeciętny
absolwent uczelni zarabia nie wiele więcej od przysłowiowego mechanika
samochodowego. Perspektywa awansu społecznego i ekonomicznego oddala się i
pozostali w domach, już ją straciło.
Obserwuje poczynania na prowincji rozmaitych lokalnych
społeczności. Tam, gdzie pojawi się jakiś lider, potrafi czasem z niczego
stworzyć miejsca pracy i przede wszystkim cel dla ludzi teoretycznie
przegranych. Niestety w większości przypadków nawet ambitni samorządowcy są
klientami polityków. Pasożyty zadomowiły się wszędzie tam, gdzie jest władza i
pieniądze, zwłaszcza w sejmikach wojewódzkich, tam, gdzie jeszcze sięga
partyjna nomenklatura. Sołtysami i wójtami się nie interesują, bo tam nie ma
profitów. Wydaje mi się, że zadaniem najpilniejszym jest odciąć partyjne
nomenklatury od zasilania w gotówkę i możliwości zamiany decyzji na gotówkę.
Wreszcie system jest nie wydolny i z tego powodu, że samorządy dostają coraz
więcej zadań, a coraz mniej pieniędzy.
W tej chwili biedniejsze gminy stoją przed bankructwem, bo na
przykład muszą podnieść pensje nauczycielom, a nie mają na to pieniędzy. Skoro
mają budżety celowe, to powinni też mieć możliwości negocjowania stawek i
organizacji pracy. Powiem rzecz mało popularną, ale skandalem jest wyjątkowo
niski poziom godzin w tak zwanym pensum. Z drugiej strony nauczyciel obarczony
jest nieprawdopodobną biurokracją, więc więcej czasu traci na obowiązki poza
dydaktyką.
Powiem tak, podobnie jak trzydzieści lat temu, powinna ruszyć
samoorganizacja społeczna. Konieczny jest powrót do doświadczeń Solidarności.
Miał pomysł Jacek Kuroń na Kluby Samorządnej RP. Zarzucony z przyczyn
ideologicznych, ale ja twierdzę, ze lokalni liderzy, nie politycy, wiedzą
najlepiej co się da, a co nie da w danej społeczności zrobić, byle im nie
przeszkadzać, to sobie poradzą.
A w kulturze, podobnie jak z artystami, Zdrojewski zachowuje się
jak generał, roztacza szerokie kosztowne kampanie, toczy wielkie bitwy z
udziałem ogromnej techniki, a wojsko chodzi w dziurawych butach i gryzie
spleśniałe suchary. Teoretycznie efekty są, ale pirotechniczne, bo większość
armii grzęźnie w błocie. Chętnie widziałbym go w resorcie obrony, wszak tu
brakuje sukcesów i samolotów, jak go znam, na pewno by je znalazł, albo
wymyślił.
Powiało pesymizmem, ale w gruncie rzeczy jestem optymistą i
wierze, ze ludzkość w swej masie nie zwariowała i zmiany przyjdą i tak, czy się
to politykom podoba, czy nie. Im dłużej będzie trwała recydywa.
ANNALES
- teksty Andrzeja Wilowskiego
Chemiczny Ali
Coltrane pod Pretekstem
Czy jest jeszcze w
Polakach homo sovieticus?
Dialogi, czyli pisane od końca...
Dziwny jest ten
świat – nadal aktualne
Finansowanie produkcji filmowej
Megalomania
kulturalnego Poznania
Młodzi śpiewają i
Kaczmarskiego pamiętają
Ostatni Nadrealista (O Zbigniewie Beksińskim)
Pamiątka z
Auschwitz
Pinter nas nie lubi
Religijność sztuki
Satelita miłości