http://adstat.4u.pl/s4u.gif

  

powrót do strony głównej

alfabetyczny spis treści

działy

            Andrzej Wilowski

 

Etno muzyką przyszłości

 

„Świat stanie się jedną wielką,  globalną wioską” – prorokował Malcolm MacLuhan>[i]. To proroctwo spełniło się, jeśli pomyślimy o mediach, zwłaszcza o internecie. Wszyscy mogą się spotkać w jednym miejscu, nawiązać kontakt, dowiedzieć się czegoś o sobie nawzajem, ale wirtualnie. Nikt jednak nie mógł przewidzieć tego, że ludzkość zapragnie kontaktów realnych, tego, że nastąpią zbliżenia odległych kultur, zdaje się niekiedy endemicznych i wreszcie tego, że nowe rozwiązania będą sprzyjać poszukiwaniu źródeł.

 

Każdego roku w czerwcu w starym korycie rzeki Warty w Poznaniu przez trzy dni powstaje taka globalna wioska, ale całkiem realna. Przybywają przedstawiciele ludów ze wszystkich stron świata, aby zaprezentować swoje kultury muzyczne, tradycje, obyczaje, instrumentarium. Artystyczne życie wioski wzbogacają projekcje filmowe, wykłady i warsztaty. Dawnymi czasy, kiedy spiker zapowiadał w radio „Kwadrans z muzyką ludową”, natychmiast z obrzydzeniem przekręcałem gałkę radioodbiornika. Natomiast z uwagą śledziłem w gazetach ramówki „jedynki”, aby nie przegapić reportaży z egzotycznych krajów. Pojawiały się audycje z nagraniami z „czarnego lądu” i Ameryki Południowej, prezentujące egzotyczne obyczaje dzikich plemion, bogato ilustrowane autentyczną muzyką.  Jak mógłbym wyjaśnić moją niechęć do folkloru rodzimego, przy jednoczesnym zainteresowaniu muzyką etniczną, tak odległą, w przestrzeni i tradycji?

 

W okresie powojennym młodzież była zafascynowana muzyką taneczną z za oceanu. Na parkietach królował swing do czasu, kiedy to władze postanowiły rozprawić się z tą „kapitalistyczną zgnilizną”, propagując zdrowy folklor rodzimy. Importowane tańce zastąpiły rodzime kujawiaki, mazurki, oberki i polki, choć ten ostatni taniec akurat jest czeski. W poszukiwaniu repertuaru muzycy sięgali do bogatego zbioru Oskara Kolberga>[ii]. Niestety nie znajdowali tam nic, co nadawałoby się do bezpośredniego wykorzystania. Pojawił się nowy termin opracowania, które w gruncie rzeczy nie miały nic wspólnego z folklorem, były jedynie mniej, lub bardziej udanym naśladownictwem, stylizacją na ludowe własnych pomysłów, odpowiadających zapotrzebowaniu propagandowemu. Nie było też mowy o zastosowaniu oryginalnego instrumentarium. Z końcem epoki socrealizmu muzycy powrócili do normalnego, modnego repertuaru rozrywkowego, a etnografowie wyruszyli na wieś w poszukiwaniu autentyków. W tych poszukiwaniach mieli aprobatę władz , dzięki czemu powstało sporo zespołów folklorystycznych, które starały się pod okiem instruktorów pielęgnować regionalne tradycje.

 

Nieszczęściem było to, że uczyli się folkloru od zawodowców, a nie muzykantów pamiętających jeszcze dawne praktyki wykonawcze, nie przejmowali od nich starych instrumentów ludowych. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych zespoły folklorystyczne prezentowały się i rywalizowały na licznych przeglądach i konkursach, jednak przy kompletnym braku zainteresowania ze strony  publiczności. Ucieczka ze wsi do miasta była miarą awansu społecznego, więc nawet ci, co na wsi pozostawali nie tęsknili za ludowością, tylko nowoczesnością. W epoce bigbitowej lansowano hasło „polska młodzież śpiewa polskie piosenki”, które szybko zreinterpretowano jako postulat poszukiwania własnego oryginalnego repertuaru. Niektóre zespoły miały ambicje sięgania do folkloru. Do bardziej udanych należały dokonania „Skaldów”, którzy jednak szukali inspiracji nie tylko w folklorze góralskim, ale i w muzyce klasycznej. Swoistym dziwolągiem, który powstał na tej fali była grupa „No To Co”, stylistycznie nawiązująca do angielskich zespołów skifflowych, prezentująca nieistniejący folklor rodzimy, przystrojona w pseudoludowe serdaczki. Ta „Cepelia” bardziej śmieszyła, niż bawiła. Twórczymi okazały się inspiracje folklorem w jazzie. Album Zbigniewa Namysłowskiego „Kujawiak goes funky ”był entuzjastycznie przyjęty przez miłośników gatunku. Za oceanem swoimi kujawiakami zaskoczył i zachwycił publiczność Michał Urbaniak.

 

To właśnie w środowisku jazzowym pod koniec lat siedemdziesiątych zrodziła się idea wydania serii płyt z muzyką etniczną. Oficyna PSJ>[iii] wydała albumy z muzyką łemkowską, łotewską, żydowską i australijskich aborygenów. Mnie jazzmani przekonali do folkloru i odkryli przede mną muzykę etniczną. Badacze i wykonawcy muzyki folklorystycznej starają się udokumentować i przekazać dawne, tradycyjne melodie, pieśni, tańce, związane z kulturą ludową, w możliwie najwierniejszy sposób. W badaniach etnograficznych poszukuje się  korzeni rozmaitych kultur. W praktyce wykonawczej muzycy związani z nurtem etnicznym w dawnych formach muzycznych, technikach gry i instrumentarium, szukają inspiracji dla swoich jak najbardziej współczesnych utworów. Nawet najbardziej staranna rekonstrukcja nigdy nie będzie wierną reprodukcją.

 

Można przyjąć z pewnym prawdopodobieństwem, że gdyby była zachowana ciągłość w uprawianiu sztuki ludowej, to dokonania „Kapeli ze wsi Warszawa” moglibyśmy potraktować jako jak najbardziej współczesną muzykę rozrywkową, wyrastającą z tradycji rodzimego folkloru, a nie jako żywą archeologię. Radiowy popularyzator muzyki etnicznie inspirowanej Wojciech Ossowski, zjawisko to określił mianem „nowej tradycji”. Termin przyjął się i pod tym hasłem odbywają się coroczne konkursy na fonogram z muzyką inspirowaną folklorem polskim i mniejszości narodowych, zamieszkujących historycznie rozumiane tereny Polski. Takich dylematów nie mają muzycy z odległych, dla nas egzotycznych, krajów; techniki wokalne, skale, schematy rytmiczne jakimi się posługują są dla nich czymś naturalnym i jak najbardziej współczesnym. Generalnie jestem za. Uważam, że to ożywia muzykę popularną. W końcu „etno” nie jest tak nudne jak „techno”.

 

To, co recenzenci podkreślają to; "szczerość wypowiedzi". W tym przypadku tak, ale nie w przypadku Joanny Słowińskiej, podobno artystki szczerej i spontanicznej. Z łatwością wykonuje repertuar typowo estradowy, co wcale nie znaczy nie ciekawy, jak i folkowy z modnym obecnie bałkańskim. I tu mam wątpliwość, co do tej "szczerości", chyba, że ma jakieś bałkańskie korzenie i tam spędziła młodość. Trochę mam wątpliwości, co do artystów, którzy z łatwością przerzucają się z repertuaru krakowskiego na żydowski, a za chwilę wędrują w Karpaty, albo Bałkany. Sukces Bregovica narobił sporo zamieszania, a on sam mieszał niemiłosiernie, ale jego rodzinne strony słynęły z tego, że tam mieszały się kultury i języki, więc w pewnym sensie było to naturalne a w dodatku pozwalał na pozostawanie we własnej stylistyce artystom z odległych kultur, z którymi współpracował.

 

Konkluzja, podobnie jak w rocku: nie lubię imitatorów, a Joanna Słowińska taką zręczną imitatorką jest. Znam to z nagrań i nie czułem potrzeby słuchania na koncercie. Z Divanem Asparyanem, wirtuozem gry na duduku mam też kłopot. Z nim jest tak, jak z George Zamfirem, wirtuozem "fletni Pana", instrumentu znanego już wśród starożytnych Greków. Ze swej sztuki zrobił "szkołę muzyki popularnej", pozostała wirtuozeria, ale korzenie gdzieś zostały odcięte. Folklor Kaukazu jest fascynujący, ale ciągle czeka na odkrycie, jednak Gaspar jest reprezentantem "szkolnej sztuki" ormiańskiej, powiedzielibyśmy klasycznej. My już zespoły w rodzaju "Mazowsze" i "Śląsk" mamy na szczęście za sobą, bo zarżnęły one sztukę ludową. Tu mała dygresja, Grzegorz Ciechowski potrafił twórczo przetworzyć polski folklor w rocku, choć to już mocno od rocka odstawało, co robił w ostatnim okresie. Wracam do uproszczeń, to, że ktoś gra na gitarze elektrycznej, to nie znaczy, że jest rockmanem. Na tej samej zasadzie nie przekonują mnie Ślązacy, którzy usiłują udawać Irlandczyków, tylko dlatego, że używają wyspiarskiego instrumentarium. Na fali niechęci do cepeliowskiego rodzimego folkloru wyrósł swego czasu poznański Kwartet Jorgi „” proponując rzekomo „folk celtycki”, a tak naprawdę etno z nikąd, z nieistniejącej tradycji, wydumanej. Sukces odniosła „Kapela ze wsi Warszawa”, która operuje współczesnym językiem muzycznym, ale głęboko zakorzenionym w polskiej tradycji muzyki ludowej. Tą naturalność i szczerość ekspresji potrafi dostrzec i docenić nie tylko rodzima publiczność .

 

Nie cenią krytycy "Żywiołaka", a ja wręcz przeciwnie. Połączenie jest o tyle udane, że kojarzy "zgrzebny i szorstki" folk słowiański z drapieżnością późnych nurtów rocka, od "metalu" po "punk". Zamiast tandetnej mistyki gitarowej w wydaniu tak zwanej awangardy rockowej, w sposób naturalny sięgają do tradycji pogańskich. Może się to nie podobać, ale do rocka wprowadza element właśnie tak ważny, jak "szczerość" i nowa ekspresja. Trzecia polska kapela stylistycznie całkowicie inna, ale też poszukująca i prawdopodobnie wkrótce podbiją scenę folkową. Karpaccy górale z Taraf de Haidouks, którzy od Romów wiele zapożyczyli, dali ognisty popis. Podziwiam senioraherszta tej "zbójeckiej gromadki", osiemdziesięciolatka, który ponoć w antraktach gorzałkę szklaneczkami przyjmował. Zwykły śmiertelnik by tego nie przeżył. Nawiasem mówiąc, nasi Górale też mają karpackie korzenie, bo wymieszali się z Wołochami, których sprowadził jeszcze Kazimierz Wielki, żeby miejscowych nauczyli wypasu owiec i zasiedlali niedostępne góry.

 

Malijczycy (Habib Koité z zespołem) mają też organiczne poczucie rytmu i ekspresji, ale w odróżnieniu od Górali grają "równo na, dwa”, czyli parzyste rytmy. Mam taką prywatną teorie, że im bliżej równika tym bicie w bębny równiejsze, harmonia prostsza i fraza krótka, a śpiewna. Może taki artysta przez kwadrans śpiewać o paleniu papierosa, a i tak publiczność pląsa i się nie nudzi. Oczywiście w tym wydaniu była już to propozycja całkiem zawodowa i estradowa, dla Europejczyka gotowa.

 

Mnie najbardziej zafascynowali inni Afrykańczycy, tym razem Berberysi (Houria Aeichi mówiąca dialektem Shawiya z zespołem). Mieszkają we Francji, ale pielęgnują swoją sztukę. To, co zaproponowali to prawdziwy muzyczny spektakl. Nie wiele zrozumiałem, bo ich języka nie znam, a komentarze pieśniarka wygłaszała w języku francuskim. Z tego, co zrozumiałem, to w ich tradycji ważne są konie i kobiety, wiadomo jak na lud koczowniczy, rządzą nimi te same namiętności, co u wszystkich ludów, czyli miłość i przywiązanie do wolności. Podobnie, jak Sami z dalekiej północy, Berberysi żyją w pewnej izolacji, jest ich już niewielu, koczują na pustyni, wolna przestrzeń, jak kręgu polarnego, tam śnieg, tu piasek, ale gdzie niegdzie przebijają się skały. Berberysi tym razem bazowali na swoim tradycyjnym instrumentarium. Z tego, co zdołałem się zorientować, to nie tylko przedstawili tradycyjne pieśni, ale też własne kompozycje utrzymane w tej tradycji. Brzmienia instrumentów niezwykłe i rytmy złożone. Pieśniarka też niezwykła. Technika śpiewu w tradycji berberyjskiej także wymagałaby odrębnego omówienia, bo sporo tu ciekawych zjawisk. Domyślam się tylko, że niektóre sposoby artykulacji związane są ściśle z językiem, a nie techniką wokalną, ale musiałbym problem zgłębić. W każdym razie przeżycie równie "transowe".

 

Publiczność czasem usiłowała się włączać w rytm z oklaskami, ale tylko usiłowała. Kłopot tylko w tym, że te rytmy, choć porywające, wcale nie są takie "równikowe", a do tego rodacy nie mają kompletnie poczucia rytmu. Przypuszczam, że to nie tyle bariera kulturowa, co brak umuzykalnienia, w końcu rytm jest najbardziej organicznym, niemal biologicznym składnikiem muzyki, wszelka organizacja dźwięków w jakieś estetyczne struktury od rytmu się zaczyna. Wypadałoby dodać jeszcze słów kilka o sonorystyce, w każdym razie grali takie dźwięki, których na "klawiaturze" nie znajdziesz. Wyobraź sobie taki dziwny bębenek, który nie ma stałego stroju, to znaczy z każdym uderzeniem można zmienić wysokość dźwięku i barwę. Europejskie patenty tu się nie sprawdzają, choć artyści prawdopodobnie są już bardziej Europejczykami niż Afrykańczykami.

 

Kompletnie nie przekonał mnie polski ”Alamut” i brytyjski „Transglobal Underground”. W pierwszym przypadku były to tylko wirtuozowskie popisy na orientalnych instrumentach. W drugim elektroniczna muzyka klubowa z orientalną przyprawą i nic więcej. Pierwsi „The Beatles” wprowadzili do swojego instrumentarium sitar, który uatrakcyjniał brzmieniowo muzykę pop. Pamiętam ten instrument brzmiący w piosence „Norweski las”. Wróćmy do Norwegii. Mari Boine dopuszcza w akompaniamencie gitarę elektryczną, ale jako instrument dziś już niemal klasyczny, mogący brzmieniowo dostosować się do jej śpiewu, podnieść dynamikę i ekspresje, ale jestem pewien, że sitar nie mieściłby się w konwencji tej muzyki. W poszukiwaniach i mieszaniu rozmaitych tradycji trzeba unikać rzeczy, które w żaden sposób nie dadzą się połączyć. Publiczność odkryje fałszywą nutę.

 

To paradoks "etno-globalizacji", miliony fascynują się śpiewem szamańskim w języku, którym włada mniej niż trzy tysiące ludzi. Teraz kilka słów o Kaszubach. Zespół powstał w 2006 roku jako Bubliczki Cashubian Klezmer Band. Jego założycielem jest Mateusz Czarnowski, który namówił do wspólnego grania przyjaciół z Kaszubskiego Zespołu Folklorystycznego Krëbane. Formacja – laureat m.in. I nagrody oraz nagrody publiczności na Festiwalu Folkowym Polskiego Radia Nowa Tradycja 2009  – prezentuje niecodzienne połączenie tradycyjnej muzyki kaszubskiej z muzyką cygańską, bałkańską i żydowską. W styczniu 2010 roku ukazała się debiutancka płyta Opaa!, wydana już pod skróconą nazwą Bubliczki.

 

Staff Benda Bilili to jedna z największych sensacji na światowej scenie world music. Laureaci Artist Award na targach Womex 2009, po których w kolejce ustawiają się wielkie międzynarodowe festiwale, jeszcze do niedawna byli nieznanymi nikomu niepełnosprawnymi muzykami żyjącymi na ulicach Kinszasy. Trzonem zespołu jest pięciu gitarzystów i wokalistów, którzy w dzieciństwie chorowali na polio i dziś wskutek powikłań poruszają się na specjalnie przystosowanych trójkołowych wózkach lub o kulach. Wspiera ich sekcja rytmiczna składająca się z byłych sheges – porzuconych dzieci ulicy, którymi zaopiekowali się starsi członkowie zespołu. Jeden z nich gra gitarowe partie solowe na jednostrunowej lutni, którą sam zaprojektował i zbudował z blaszanej puszki.

 

Zespół usłyszeli w 2005 roku francuscy  filmowcy. To oni skontaktowali Staff Benda Bilili z producentem Vincentem Kenisem z Crammed Discs, który w 2009 roku wyprodukował ich debiutancki album Tres Tres Fort. Niewiarygodną historię zespołu filmowcy pokazali w dokumencie Benda Bilili, którego premiera odbyła się 13 maja 2010 roku na Międzynarodowym Festiwalu w Cannes. Muzyka Staff Benda Bilili radosna, hipnotyzująca i niezwykle energetyczna – to mieszanka rumby, salsy, rhythm and bluesa i afro. Grupa doskonale sprawdza się na koncertach. Na całej scenie panuje ruch: wózki w piruetach i kule w silnych ramionach używane do obrotu. Hawańska knajpa, slumsy Kinszasy, psychodeliczny klub lub londyńskie centrum sztuki – ta wyborowa załoga zmiotłaby każdą scenę i publiczność.

 

Eva Quartet. Powstałą w 1995 roku grupę tworzą cztery solistki ze znanego na całym świecie żeńskiego chóru folkowego Le Mystere des Voix Bulgares. Ich perfekcyjnie wyszkolone głosy łączą się podczas śpiewu w jeden, wielopoziomowy głos, zdają  się być jednym brzmiącym organizmem. Repertuar kwartetu obejmuje zarówno oryginalne bułgarskie pieśni ludowe, hymny kościelne, jaki i muzykę współczesną. Zespół występuje również z muzykami jazzowymi, eksperymentuje z różnymi gatunkami muzycznymi (drum'n'bass, ambient).

 

Mosaic powstał w 2006 roku. Zespół funkcjonuje na pograniczu muzyki dawnej i tradycyjnej. W repertuarze grupy znajdują się autorskie aranżacje utworów sefardyjskich, greckich i węgierskich; szczególnie chętnie zespół sięga po archaiczne motywy z tradycji polskiej. Muzycy grają na zrekonstruowanych – na podstawie ikonografii – instrumentach dawnych (fidel i flety proste średniowieczne) oraz instrumentach tradycyjnych z różnych zakątków świata (dudy galicyjskie, lutnia arabska, orientalne instrumenty perkusyjne). Mosaic w 2008 roku został zwycięzcą Festiwalu Muzyki Ludowej Mikołajki Folkowe oraz laureatem 3 nagrody na XI Festiwalu Muzyki Folkowej Polskiego Radia Nowa Tradycja.

 

Hanggai to mongolskie słowo określające wyidealizowany krajobraz stepu, gór, rzek, drzew i niebieskiego nieba. W Mongolii właśnie i jej tradycji muzycznej tkwią korzenie zespołu, ale dla członków grupy równie ważną inspiracją są: Pink Floyd, Radiohead czy Rage Against the Machine, a w ich twórczości mamy do czynienia nie z wyidealizowaną wizją Mongolii, ale ze złożonymi problemami migracji i realiów życia Mongołów we współczesnych Chinach. Hanggai tworzą młodzi artyści z Pekinu i z chińskiej prowincji Mongolii Wewnętrznej. Pochodzą z odmiennych środowisk muzycznych – ta różnorodność doświadczeń sprawia, że zespół uzyskał unikalne brzmienie, w którym mongolska muzyka ludowa łączy się np. z punk rockiem. Na wyjątkowość brzmienia wpływa także używanie, obok gitar elektrycznych, tradycyjnych instrumentów: morin khuur (skrzypce ze strunami z końskiego włosia) oraz tobshuur (szarpana, dwustrunowa lutnia). Adaptacje tradycyjnych pieśni wykonywane są często przy użyciu hoomei, techniki śpiewu gardłowego, wydobywającego alikwoty, przekazywanego z pokolenia na pokolenie.

 

Nawal – pierwsza komoryjska śpiewaczka występująca publicznie – jest multiinstrumentalistką grającą m.in. na gambusi (instrument przypominając banjo), dafie (irański bęben ramowy) i gitarze. Artystka śpiewa po komoryjsku, arabsku, francusku i angielsku. Jej twórczość usytuowana pomiędzy tradycją a współczesnością to dialog kultur. Muzyka indo-arabsko-perska styka się tutaj z polifoniami Bantu, synkopowanymi rytmami i sufickim transem Oceanu Indyjskiego. Nawal, afrykańska muzułmanka, potomkini wielkiego rodu religijnych przywódców, nie zawsze przestrzega tradycyjnych zasad społecznych i religijnych. Pozostaje jednak wierna wynikającej z sufickiej odmiany islamu filozofii, opartej na miłości, szacunku i pokoju. W swoich utworach opowiada się za szczęściem wszystkich ludzi, szerzeniem wiedzy i jednością. Jak piszą recenzenci utwory napisane i śpiewane przez Nawal to transowe kompozycje łagodzące niepokoje świata, pieśni pełne uroku i siły, obdarzone duchowym pięknem, zniewalające rytmem i zachwycające liryką, a jej głos to lekcja medytacji.

 

Andrew Cronshaw (Wielka Brytania)  & Svetlana Spajic (Serbia), Tigran Aleksanyan (Armenia) Andrew Cronshaw, wielka, barwna indywidualność współczesnej cyganerii folkowej,  to multiinstrumentalista: gra na 74-strunnej cytrze, a także na fujarze słowackiej, rozmaitych fletach, a wśród nich ulubionym chińskim ba-wu. Jest także dziennikarzem; jednym z autorów kompendium „The Rough Guide to World Music”, producentem muzycznym, reżyserem dźwięku. Andrew Cronshaw występuje solo, ale jest również otwarty na współpracę z innymi artystami (wśród których byli także muzycy z Polski – zespół Trebunie Tutki). Na Etno Porcie Andrew Cronshaw  wystąpił ze Svetlaną Spacji, która przez  kilkanaście lat zgłębiała wielowiekową tradycję wokalną, szczególnie serbskiego i bałkańskiego śpiewu a capella oraz z Tigranem Aleksanyanem – armeńskim mistrzem gry na duduku.

 

Fanfara Transilvania powstała w miejscowości Cugir w Rumunii. W twórczości grupy usłyszeć można echa wielowiekowej tradycji muzycznej Mołdawii i Transylwanii („hore” lub „doine”), o silnych cygańskich korzeniach. Wprowadzają one słuchacza w świat, w którym łączą się różne tła kulturowe – starodawnej rumuńskiej wioski i współczesnych przedmieść, gdzie żyją cygańskie społeczności „gaje” i „lautar”. Fanafara występowała na wielu festiwalach, m.in.: Proetnica Festival w Sighisoarze, Narodowym Festiwalu Folkloru w Ogrodach Cismigiu w Bukareszcie, Fesitwalu Folkloru Goritizia w Włoszech (gdzie zdobyła Nagrodę za Interpretację), Festiwal Orkiestr Dętych i Tarafów, Muzeum Wsi w Bukareszcie, w Gannat, na festiwalach w Trutnovie i Litomyślu w Czechach, Festiwalu Orkiestr Dętych w Sybinie (Sibiu).

 

Motion Trio wybrało sobie instrument obecny swego czasu w każdej wiejskiej kapeli i może dlatego mający złą sławę, przez muzyków nazywany; „cyją”, „kaloryferem”, „zmarszczką”, przywrócony do łask przez jazzmanów, nazywany przez nich pieszczotliwie „syntetyzatorem marszczonym”. Zespół, trio akordeonowe założone w 1996 roku przez Janusza Wojtarowicza, wirtuoza i autora większości kompozycji – jest ewenementem na europejskim i światowym rynku muzycznym. Zespół współpracował m.in. z Krzysztofem Pendereckim, Bobbym McFerrinem, Wojciechem Kilarem, Michałem Urbaniakiem, Tomaszem Stańko, Deutsches Filmorchester Babelsberg, Rio de Janeiro Orquestrą do Teatro Municipal, Orkiestrą Filharmonii Łódzkiej, Hanseatica Chamber Orchestra. Ich koncerty to muzyczne spektakle. Nawet bez towarzyszącego zespołu i tak brzmieliby jak orkiestra. Potrafią wydobyć z instrumentów niebywałe bogactwo muzyki – zapraszają do zmysłowego tanga, przenoszą słuchacza w świat Orientu albo w grę komputerową. Muzycy nagrali sześć płyt, latem 2010 roku wydali album z interpretacjami muzyki Chopina zarejestrowany podczas festiwalu La Folle Journee w Nantes styczniu 2010 roku. Artyści koncertowali na sześciu kontynentach, w 31 krajach. W styczniu 2008 roku zadebiutowali w nowojorskiej Carnegie Hall. Mają na koncie wiele nagród: Grand Prix Polskiego Przemysłu Muzycznego, Best Polish Recording 2000 oraz Deutsche Shallplatten Kritik za płytę Pictures, Gus Viseur w kategorii Muzyczne Odkrycie Roku we Francji, Grand Prix IV Międzynarodowego Konkursu Współczesnej Muzyki Kameralnej im. K. Pendereckiego (2000). Speed Caravan to zespół, który łączy tradycyjną muzykę algierską (chaâbi) z elementami rocka i elektroniki. Grupę założył w 2005 roku Mehdi Haddab, grający na arabskiej lutni oud niczym Jimmy Hendrix na gitarze. Swój debiutancki album Kalashnik Love muzycy wydali w 2008 roku w Real World Records Petera Gabriela, który powiedział: to jedna z najbardziej interesujących hybryd muzycznych, jakie słyszałem.

 

„Koniec z muzyką świata postrzeganą jako zestaw finezyjnych kołysanek” – czytam w recenzji. Speed Caravan nie brzmi ani ciepło, ani organicznie. To debiut eklektyczny i wywrotowy, zbrojny w świetny warsztat oraz jeszcze lepsze pomysły (…). Słychać, że ta karawana wędrowała przez wiele godzin improwizacji, znakomicie klejąc do siebie to, co pasować nie może. Zespół zagrał na tak prestiżowych imprezach, jak Glastonbury, Timitar Festival czy OllinKan w Meksyku, a także na World Stage podczas Heinken Open’er 2009. Zrobili światową karierę, ale obawiam się, że takie połączenie tradycji z nowoczesnością nie zyskałoby aprobaty w krajach islamskich.

 

Mari Boine Persen Urodziła się i wychowała na północy Norwegii w plemieniu Sami. Mylonym często z Lapończykami. Prowincja, z której Mari pochodzi nazywa się Finnmark, niby brzmi podobnie jak Finlandia, gdzie na północy mieszkają Lapończycy. To tak jakby pomylić Fina z Węgrem, bo obie nacje wywodzą się z grupy Ugrofińskiej, gdzieś w okresie praindoeuropejskim. Co do techniki śpiewu "jojki" to też, ogromne uproszczenie, co przy sposobności mogę wyjaśnić. Niemniej poznała i w pewnym sensie kultywuje szamański śpiew Sami. Pytanie, czy to "w porządku" z tej magicznej formy przekazu robić "rozrywkę"? Sami nie pytałem, co o tym sądzą, ale śpiew rzeczywiście jest "transowy". Pewno potrafiłbym go opisać, ale czy poznać i zrozumieć to wystarczy? Kiedy w połowie lat osiemdziesiątych zdecydowała się zaprezentować swoją sztukę z akompaniamentem współczesnego instrumentarium, charakterystycznego bardziej dla rocka, niż folku, stała się światową gwiazdą. Przełomowa w jej karierze była płyta nagrana w duecie z Janem Garbarkiem. Transowe wokalizy połączone z saksofonowymi improwizacjami dały zupełnie nową jakość we współczesnej muzyce improwizowanej. Od tej pory każdy jej występ jest magicznym spektaklem, nie inaczej było w Poznaniu.

 

Podobną ścieżką podąża Wimme Saari wielka folkowa postać z Finlandii, dokładniej z północnozachodniej części fińskiej Laponii również z plemienia Saami. Artysta obywa się bez akompaniamentu lub z delikatnym towarzyszeniem instrumentów perkusyjnych. Wimme Saari uprawia muzykę, która bywa określana jako free joik lub trans joik. Tym, co go wyróżnia jest łączenie śpiewu joik z nowoczesną muzyką elektroniczną, brzmieniem gitary, bandżo, ukulele czy mandoliny. Wyraziste, kontemplacyjne i głęboko emocjonalne wokalizy artysty odcinają się efektownym kontrastem od pastelowych pejzaży syntezatorów. Wimme Saari zadebiutował w 1997 płytą z jego nazwiskiem w tytule. Na początku 2010 roku ukazała się długo oczekiwana płyta Mun. Muzyka na tym albumie wykracza dość daleko poza tradycyjnie pojęty folk. Jest bardzo emocjonalna – to zderzenie szamana z nowoczesną elektroniką, kameralną muzyką (w tym piosenką francuską), improwizacją i eksperymentem. (…) Ta muzyka sama tworzy piękne krajobrazy. Artysta współpracował m.in. z. z Hectorem Zazou, Hedningarną, Nits i RinneRadio a także z włoskim kompozytorem Aldo Brizzim. Koncertował również z kanadyjską śpiewaczką eskimoską Tanyą Tagaq oraz kałmuckim śpiewakiem gardłowym Okna Tsahan Zam w ramach projektu zatytułowanego Shaman Voices. Śpiew joik, porównywany jest często do szamańskich śpiewów Indian Ameryki Północnej. Dwoje artystów  z plemienia, czy jak współcześnie wolimy mówić "narodu" liczącego sobie niespełna 3000, zainicjowało nurt muzyczny o światowym zasięgu.

 

DJ Zhao urodził się i wychował w Pekinie, w Chinach. Od 2000 roku działa jako DJ i kurator dźwiękowy w Stanach Zjednoczonych, gdzie zorganizował uznane przez krytykę długofalowe wydarzenia, obejmujące improwizacje, sound art czy experimental techno. Po przeprowadzce do Berlina, założeniu kolektywu Ngoma i rozpoczęciu serii imprez Global Bass, Zhao występuje regularnie w klubach i na festiwalach w całej Europie. DJ Zhao łączy w jedno współczesną i klasyczną muzykę taneczną ze wszystkich pięciu kontynentów, z naciskiem na brzmienia Afryki. To „ambasador dudnienia, który rozpala żarem niesionym ze wszystkich zakątków świata, łączącym rytmy przodków z hiper-nowoczesnym brzmieniem”.

 

Fanfara algiersko-francuska orkiestra dęta rozpoczęła ostatnią edycje Etno Portu od koncertu ulicznego. Ten rodzaj muzyki można usłyszeć na ulicach wielu miast świata. Oczywiście za każdym razem to inna tradycja. Tym razem afrykańska żywiołowość połączona z europejską harmonią i arabską nutą ożywiły nawet przypadkową publiczność. Klasyczna hinduska raga wydaje nam się formą swobodną, niemal improwizowaną, tymczasem podlega bardzo ścisłym regułom. Stosownie do pory dnia i rodzaju mantry muzyk posługuje się odpowiednią skalą, figurami rytmicznymi, frazami, wszystko to buduje rodzaj muzycznego słownika, z którego zasobu słów musi korzystać muzyk przemawiający do słuchacza. Ten słownik budują figury rytmiczne złożone z od 5 do 13 dźwięków wybijanych na tabli, które mogą być zwokalizowane. Ostatecznie należy umieścić je w odpowiedniej skali, stosownie do rodzaju mantry. Tym razem w projekcie Desert Slides potkali się wirtuoz muzyki tradycyjnej z muzykami z pustynnych plemion Pendżabu. Muzyka ludowa w odróżnieniu od klasycznej dopuszcza swobodę wykonawczą, a nawet improwizacje. Publiczność europejska znakomicie bawiła się na tym koncercie.

 

Formacja R.U.T.A. zaprezentowała program „Gore Pieśni Buntu i Niewoli XV-XIX w.”, punk w stylu retro. Współcześni punkowcy nie mieli świadomości, jak głęboko sięgają korzenie pieśni buntu. Słuchacz, który spodziewałby się bluesa w jakimś klezmerskim wydaniu, zasugerowany nazwą formacji Yemen Blues musiał być zaskoczony. Zderzenie amerykańskiego jazzu z tradycją blisko-wschodnią dało zupełnie inną jakość, choć równie jak blues frapującą. Gdyby rock narodził się w Afryce, a nie w Anglii, to prawdopodobnie brzmiałby tak, jak zagrał  JUJU Justin Adams & Juldeh Camara.

 

Kiedyś Jack Bruce usiłował uczyć Afrykamnów rocka i nic z tego nie wyszło. Czym innym jest naśladowanie, a czym innym wzajemne uczenie się. Justin Adams twierdzi, że naturą każdego muzyka jest ciekawość i otwartość i chętnie przejmuje coś od innych, jeśli uzna, ze to go wzbogaca. Naturalną konsekwencją tego, że wielu muzyków ruszyło w świat z bagażem rodzimej tradycji, napotykając na swej drodze nowości, ten bagaż uzupełniając o obce elementy. Nie są to zwyczajne pamiątki z podróży, a raczej doświadczenia i fascynacje odmiennością.

 

Koncert finałowy warsztatów: „Maria Pomianowska i przyjaciele” był rezultatem jednego z wielu projektów, jakie w ciągu ostatnich lat przeprowadziła artystka. Zakres jej aktywności i zainteresowań jest rozległy; począwszy od muzycznej archeologii, polegającej na pracy nad rekonstrukcją dawnych etnicznych instrumentów, poprzez warsztaty zgłębiające tajniki dawnych technik gry, po badania etnograficzne innych kultur. Zadziwiające jest w tym wszystkim to, że potrafi odnaleźć miejsca wspólne dla odległych kultur. Efektem takich poszukiwań był projekt „Chopin poprzez kontynenty”, utrwalony na płycie. Założenie było takie; inspiracją dla Chopina była muzyka ludowa i weszła do kanonu klasycznej literatury muzycznej, ale jakie byłyby rezultaty, kiedy zaproponować odczytanie tych muzycznych tekstów muzykom wywodzącym się z rozmaitych tradycji? Podpowiem, że rezultat jest intrygujący, ale i fascynujący, uważam to za nowatorskie podejście do muzyki w ogóle, nie tylko do tradycji wykonawczej klasyki. 

 

Paralele istnieją między wieloma muzykami, choć ich twórczość jest niezależna i wyjątkowa, a jednak –  hinduski projekt Deser Slide zestawić można z pakistańską tradycją qawwali prezentowaną przez Faiz Ali Faiz, palestyńskie Trio Joubrain z izraelsko-amerykańskim zespołem Yemen Bluse, a na wskroś afrykańskie 3MA z Christine Salem z wyspy Reunion. Na kolejnych edycjach „Etno Portu” można było  usłyszeć twórców, którzy swoje tradycyjne rodzime rytmy i melodie mieszają z tak odmiennymi gatunkami, jak jazz, rock, muzyka klezmerska, elektroniczna, klubowa a nawet klasyczna. Ten kierunek poszukiwań tylko zaciera granice między gatunkami współczesnej muzyki, ale łączy je w jeden wspólny nurt muzyki przyszłości. Współczesny rock stał się schematyczny i przewidywalny, a inne gatunki muzyki rozrywkowej podpierają się technologią i wypróbowanymi procedurami produkcyjnymi, wszystko wzbogacane jest wyrafinowanymi efektami wizualnymi. Niestety nie dostarczają nowych wzruszeń i emocji.

 

Jaki jest, więc patent na "etno"? Zjawiska "nurtu środka" wymieszają się w ramach globalizacji w jednym tyglu tworząc nową muzykę rozrywkową; bałkańsko-góralsko-cygańską. Zjawisko nie nowe, dwieście lat temu tak powstawała żydowska muzyka klezmerska, poprzez dodawanie do żydowskiej nuty wszelkich zapożyczeń, ale nurt sefardyjski i aszkenazyjski pozostały "surowe". Pozostaną też twórcze przetworzenia, polegające na poszukiwaniu własnego języka i ekspresji. Publiczność zaskakiwana jest odkryciami nowych estetycznych zjawisk w nurcie etnicznym. Dlatego od kilku lat trzy pokolenia melomanów, od pięćdziesięciolatków, po nastolatki, tłumnie zaludniają globalną wioskę w starym korycie Warty. 

 

strona główna

spis treści

sztuka – wydarzenia

annales

brzmienia

artyści

dialogi

 

ANNALES - teksty Andrzeja Wilowskiego

 

10 lat Blue Note

Andrzej Wilowski – „Galeria”

Akcja – Powstanie Sztuki

Amnezja

Bezdomny we własnym domu

Bloom's Day

Bluesman absolutnie

Bluesowo i standardowo

Chemiczny Ali
Coltrane pod Pretekstem

Czy jest jeszcze w Polakach homo sovieticus?

Czy mnie jeszcze pamiętasz?

E – book conta druk

Dialogi, czyli pisane od końca...

Dziwny jest ten świat – nadal aktualne

Dylematy wyborcze

Finansowanie produkcji filmowej

„Galeria” – tekst i obraz

Granice wolności w sztuce

Herodot nie żyje

JP2
Kino Palladium

Kowalczyk niechciany geniusz

Limeryk o kuratorach

Lirycysta

Literatura contra oratura

Marzyciel

Mefisto

Megalomania kulturalnego Poznania

Merda d'artista

Młodzi śpiewają i Kaczmarskiego pamiętają

Mury

Niemen artysta osobny

Nurt jazzu 2005

Opera w Sydney

OPOZYCJA (część pierwsza)

Ostatni Nadrealista (O Zbigniewie Beksińskim)
Pamiątka z Auschwitz
Pinter nas nie lubi

Pamiętamy o Nalepie

Pieniądze i Sztuka

Po prostu poeta

Polowanie na krytyka

Procedury twórcze i odtwórcze

Punkowa rewolta

Religijność sztuki
Satelita miłości

Serduszko z czekolady

Standaryzacja po polsku

STONSI

Szczury polują na jaszczury

Szepty i krzyki

Telewizja
Trzecia szansa

Winylowe przesądy

"Wojtula"

WŁODEK

Wolę etno niż techno

Woodstock

Zapraszamy do trójki

Za co płacimy w  sieci?

 

 

http://adstat.4u.pl/s4u.gif

 

 

powrót do strony głównej

działy

alfabetyczny spis treści

 



[i] Malcolm MacLuhan, „Understanding media”,

[ii] Oskar Kolberg prekursor polskiej etnografii spisał wiele podań i pieśni, które do dziś stanowią kanon rodzimego folkloru.

[iii] Płyty wytwórni Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego, „Pol Jazz” nie były dostępne w otwartym obiegu.