Andrzej Wilowski – Jacek Kasprzycki
(Dialogi o historii, sztuczkach, rocku, jazzie, i nie tylko)
c.d. 02.
25 kwietnia 2009 03:57
Witam!
Byłem na koncercie.
Spotkałem Babczyszyna, Ranusa i Hendrykowskiego.
Rozmawiałem z Dionizym. Był też Lech Raczak. Od laurek zaczęła się cała
impreza. Szczerze mówiąc to trochę nie w porządku, jak na płatnej imprezie,
bądź co bądź komercyjnej, załatwia się propagandę i interesy. Nie ten czas i
nie to miejsce, bo to był "Czas Komedy".
Personel wykonawczy; Krzesimir Dębski, orkiestracja,
aranżacja, dyrygentura i skrzypeczki. Zapomniałbym oczywiście konferansjerka,
czyli "człowiek orkiestra". Filharmonicy poznańscy, sekcja rytmiczna;
Krzysztof Przybyłowicz, Adam Skrzypek (kontrabas), Urszula Dudziak, Tomasz
Stańko, Leszek Możdzer - soliści.
Pierwsza część to kompozycje mniej znane, muzyka do filmu "Wyrok",
Sophie Tune", "Komeda Circus". Muzyka filmowa, ballada
napisana z dedykacją jak tytuł wskazuje żonie, ilustracja muzyczna do wiersza
Adama Ważyka. To przy okazji będzie trzeba rozwinąć, skąd się to wzięło i co to
za pomysł. W części drugiej pierwszy temat to też zapomniana kompozycja do
poezji, a dalej standardy; kołysanka z filmu "Dziecko Rosemary",
ballada z filmu "Prawo i pięść", oraz temat "Kattorna"
i tu miał nastąpić finał, ale jeszcze bis kołysanka i do domu.
Jak publiczność przeciągała bisy, to Krzesimir zauważywszy,
że obsługa już otwiera drzwi i zapala światła, powiedział "Oni wiedzą
kiedy skończyć, pracownicy filharmonii, w końcu w swoim życiu się nasłuchali
więcej niż wy"(wy, czyli publiczność). Min personelu nie widziałem, ale
publiczność śmiała się.
W pierwszej części trochę się nie kleiło, każdy grał swoje,
więc orkiestra nawet starała się za bardzo nie przeszkadzać. Powiem szczerze,
że na co dzień nie grają z jazzmanami i było słychać, że trochę nie łapią na
czym to polega i kulturalnie uważają, że jak ktoś coś zmienia, to należy mu nie
przeszkadzać. Tymczasem jak gość improwizuje, to trzeba robić swoje, czyli
nadążać za nim i grać to co się ma w papierach i nie przejmować, bo inaczej się
wszystko rozjedzie.
Kiedy Urszula Dudziak zaczęła popisywać się swoimi
zabawkami elektronicznymi, to już wszyscy odpuścili i dali się jej wyszaleć. W
drugiej części Krzesimir powiedział: "Nie wiem jak ze swoim dziewczęcym
głosikiem Ula sobie poradzi z makabryczną Katorną?" W przerwie też
zdążył jakieś anegdoty z książki Hendrykowskiego wybrać.
Druga część była znacznie lepsza, nie dlatego, że same
znane kawałki, ale orkiestra się rozluźniła. Wszystko bardziej się kleiło, no i
nie miałem porównania w tych mniej znanych kawałkach, ale tu aranżacje były
świetne. Zwłaszcza ballady z filmu "Prawo i pięść", po prostu
standard jazzowy z towarzyszeniem smyczków. Drugą balladę czyli "Dziecko
Rosemary" popsuła mi Urszula Dudziak, bo jej "intro"
kompletnie nie miało nic wspólnego z tematem, ale dalej było lepiej. W
"Kattornie" całkiem dobrze, jak się jej zabierze te zabawki, to okazuje
się, że potrafi śpiewać i melodycznie i harmonicznie. Możdżer genialnie
sparodiował manierę pianistyczną Komedy.
Aula nabita. Nie obyło się bez awantury. Oficjalnie
zapowiedziano żeby nie tylko wyłączyć komórki, ale nie fotografować i nie
nagrywać. Ja miałem włączony sprzęt, ale byłem blisko drzwi i czujny personel
filharmonii to zauważył, nie wiele brakowało, abym musiał wyjść, więc
wyłączyłem urządzenie i się uspokoili. Przy drzwiach stali chłopcy z aparatami,
robili zdjęcia z "oficjałki", chcieli też na początku coś
sfotografować, ale ich wyrzucili i nie pomogło schowanie aparatów, w końcu
jeden wrócił po chwili bez sprzętu. Dał się namówić na pozostawienie go w
szatni. Pytałem w przerwie właśnie tych kolegów z "komitetu obchodów"
nic o tym nie wiedzieli, kto to zarządził, bo muzycy mieli to w nosie.
To też temat na felieton.
Do zagrania!
and.
23 kwietnia 2009 01:45
Witam!
Jaka to rocznica
przypada 23 kwietnia? UNESCO tego dnia ustanowiło Światowy dzień książki. Pod
tą datą miał się urodzić Miguel de Cervantes Saavedra i tego dnia zmarł
Szekspir. (również Komeda), ale też i jest to data urodzin Sergiusza
Prokofiewa. W poniedziałek w kategorii
"poezji śpiewanej" szacowna Akademia Fonograficzna nagrodziła Marie
Peszek za jej pornograficzny kicz literacko muzyczny "Maria awaria".
Z nowości wydawniczych
(ukazała się płyta) z tekstami Maklakiewicza i Himilsbacha. Podobno to
piosenki. Oto próbki tej poezji najwyższego lotu: "Alkohol ma dobre, ale
też i złe strony. Do wniosku dochodzę w niedziele przy stole.", w innym
miejscu "Ogólnie jest dobrze, ale też nie jest źle."
Pijacki bełkot do
zarzygania, a tu namaszczeni krytycy cmokają, ach jak to proste, a
skomplikowane, bo zrozumieć tak na wprost się nie da. To też cytat, ale dla
zmylenia nie w cudzysłowie, zresztą po co, bo takie mądrości to każdy menel
potrafi wygłaszać.
Proponuje nowe terminy
literackie i muzyczne; zamiast "liryka", "menelika", a
zamiast piosenka", "pizdenka". Pisze nowy tekst dla "Marii
Awarii" w krakowskim stylu. Mam już początek: "Chujawiaczek jeden,
miał panienek siedem
..."
Do zakręcenia!
and.
21 kwietnia 2009 22:14
Witam!
Płyta będzie, w
czwartek w "Głosie Wielkopolskim" standardy w wykonaniu kwintetu
Komedy. Sponsor też się znalazł, więc będzie kosztować 5.50 zł. Warto sobie
kupić, a budżet nie nawali.
W czwartek będzie
oficjalna impreza, ale w Ostrowie Wlkp. a w piątek w filharmonii duży koncert
na który miasto dosypało kasy i stowarzyszenie Astigmatic to firmuje. Ekspert
od Komedy Marek H. coś tam marudził o Komedzie, już się lansuje z nową książką.
Kilku autorów się przymierzało do monografii, ale wydawcy nie przejawiali
zainteresowania.
Zdarza się, w końcu nic
związanego z filmem w tym mieście nie może się bez Marka H. odbyć. Sam tak
kiedyś powiedział. Ponoć Babczyszyn rozważa przenosiny do Wrocławia, tak mówił
"wodnik" bo coraz trudniej mu się z miastem dogadać. Nie wiem, czy to
tylko plotka, czy kolejny, który się poddaje i emigruje. To, że młodziaki
stypendia dostają to dobrze. To, że zaczynają od klasyki, to też dobrze. Nie ma
co narzekać, akurat ten rynek dobrze sobie radzi mimo kryzysu. Ja już nie
nadążam z czytaniem "newsów" o płytach jazzowych, jakie się
codziennie ukazują. Zapewniam, że ilość oszałamiająca, ale wcale ta ilość nie
obniża jakości. Produkcje są coraz lepsze. Słyszałem na przykład płytę jazzową
niejakiej Kayi. Tekst Młynarskiego, muzyka Nahorneego.
Naprawdę produkcja
wyborna i stylowa jazzowa. Nowe gwiazdy też są, skoro mowa o Wromblu, to gra na
płycie Anny Serafin, całkiem nie zła wokalistka. Z Komedą to było tak, bzdury
opowiadał "ekspert", bo nie jest prawdą, że był nie doceniany. Po
pierwszym Sopocie przez okrągły rok trwały fety. Prasa chwaliła, na tyle na ile
można było chwalić. Zaraz po Sopocie "Tygodnik Zachodni" otworzył
klub jazzowy w gmachu Pasty. Były prelekcje, koncerciki i wspólne słuchanie
płyt, jak ktoś coś zdobył. Po śmierci Stalina nikt grania jazzu nie zabraniał.
Komeda jeszcze mało umiał, a już był gwiazdą. Trzeba pamiętać, że zaraz po
studiach dostał nakaz pracy i biegał na laryngologie odbębniać dyżury i jedynym
zmartwieniem w tym czasie jakie miał, to jak wyłgać się z tej "medycznej
pańszczyzny". Kłopoty mieli wszyscy w tym czasie była ogólna nędza i
nikomu się nie przelewało.
Teza o "nie
docenieniu" i "utrudnianiu" nie da się obronić, nawet specom z
IPN. Publiczność to osobna bajka, bo w czasie mody na
"egzystencjalizm" przychodzili na koncerty studenci w czarnych
swetrach i blade egzaltowane panienki, myśleli, że ta muzyka to okno na wolny
świat. Zresztą o tym wiesz. Ja chciałem zrobić film fabularny pokazujący
młodych ludzi w "trasie" jako ich patent na życie, ale wszyscy
oczekują pomnika, zwłaszcza rodzina.
Tragedia Komedy polega
na czymś zupełnie innym, na tym, że w chwili, kiedy rzeczywiście zaczynał
prawdziwą karierę kompozytora i opanował rzemiosło muzyka, przypiął się do
niego jeden pijak zgorzkniały i z kompleksami, który pociągnął go na samo dno.
To była tragedia
jednego człowieka i z "martyrologią" nie ma to nic wspólnego. To
prawda, że lubimy świecić światłem odbitym od blasku innych. Na marginesie
miasto podaje błędną informacje, że Komeda urodził się w Poznaniu, a to nie
prawda. Zresztą nie ma to znaczenia. Z niepotrzebnych imprez to w maju będzie
sesja na UAM "Instytucje kulturalne w kryzysie". Kilku akademików
wygłosi referaty, organizatorzy zarobią też, a działacze będą w kulisach
biadolić jak to jest ciężko. Wytępiłbym tych wszystkich animatorów,
organizatorów, promotorów, kuratorów, bo to pasożyty. Sztuka bez nich i tak da
sobie rade. Poznań nie będzie kulturalną stolicą Europy w 2016, to pewne.
Pozdrawiam!
and.
21 kwietnia 2009 19:11
Witam,
Nie ma co polemikać bo popiram i kwita. Z jidnym wyjuntkiem. Pisanie
o rocznicach jak najbardzij i to u Cibie cynię ale chodzi mi o imprizowanie.
Znowa kolijny festiwol i tylo a na nasz film o Jazzie Merczyński odpisoł że nie
przewiduje takigo dofinansa. Moja tyza jest tyka: sympozja, konferyncyje i
festiwale pochłaniają różne budżeta, lansuje się przez to nie artystów a
organizatorów (mają swoje 5 minut w przekaziorach i nie tylko) a kiejby lepij
by wydali jaką płytę komedową albo nawet pak cały, lub ktuś zorganizowałby
nagrania komedowe przez innych artystów zrobione. Festiwalomani i galomania
kojarzyła mi sie z poprzednim ustrojem - niestety to rodzaj kulturalnej choroby
także w kapitaliżmie. Lepsze są stypendyja dla artystów niż hucby takowe.
Przykład - niech taki Kuba Królikowski dostanie stypendiumek na nagranie płyty
komedowej wraz z najmłodszym pokoleniem wykonawców z okazji 40 rocznicy. I
niech ta płyta zostanie odpowiednio wydana i wylansowana - nawet w całej UE.
Nie bój się. Nasi radni mocariady z komediady nie zrobium. Tylko laurkę ku
czci. I paru działaczy na tym zarubi. Z Niemenem tyz wypadło fatalnie. Jest
legyndą ale Polską. Imprezy poszły w ilość - nie w jakość. Co do naszych
prawiciarzy? Nie wim co z nima zrobić.
Kożden proteścik przeciwko naruszyniom demokracyji traktują jak
tajny spisek Gazyty Wyborczej. Ciągle u nich przewija sie motyw żydokomuny i mi
juz łapki opadajom. Problem z Żydami jest taki jak z Wałęsą. Nie obchodzi mnie
cy Lechaj był TW cy ni. Był kim był. Ikonom Solidarnościowom i dośc kipskim
prezydentem bo ta funkcja go przerosła intelektualnie i chyba tyz moralni. A
zydzi - wcale nie sa aż tak wpływowi jak sądzą antysemici, ani tak przebigli i
mądrasińscy jak mówią filosemity. Som poprostu narodem jak każdy inny. Wielu
wśród nich idiotów ale tyz i ludzi światłych. Podobni jak wśród Polaków, czy
Hindusów. Nie som tyz zadnym narodem wybranym ani przeklętym. Zapytom jak
Kołakowski - a co z Kurdami? Monarchiści to trocha nie obrażajonc taki fenomeny
jak ciele z dwoma główami cy kobita z brodom. Ma prawo być, ale do normalnej
egzystencyji właściwi si nie nadaje.
Powinni przebywać pod kloszem lub w Zoo. A jak na wolności i nie
szkodzom inszym - niech sobie spokojnie żyjom na zasadzie skansenku. Korwin
Mikke jest czasami zabawny, czasem groteskowy ale polemizować z nim nie sposób.
Zresztą - to zauwazyo wielu badaczy ze czasem pomiędzy ewolucyją a rewolucyją
nie ma specjalnej różnicy. Znamy rewolucyje aksamitne (jak w Polsce czy w
Czechach albo nawet w ZSRR za Gorbiego) i ewolucyje gwałtowniackie jak na
początku 19 wieku w Anglii czy USA (gwałtowny rozwój przemyślunku). Tak cy
inaczej rozwój świata nie pzebiegoł spokojnie i trza się z tym zgodzić.
Z inszej beczki. Na Laskowiku bylimy. Tynże
znaloz formułe jak pogodzić ludyczność z wyrafinowaniem. Jest urodzonym
zwirzynciem kabaretowym i co powi to ludziska pynkajom. Z zyspole mo Kałużnika
naszygo Wrymbla na basiku i Luterka w obstawi. Teksty rewelacyja, muzycka
pikna, paninki purtaśne i dobrzutko swingujom, piosnecki stlizowane grajom i z
doktorów i insych panocków ubaw dajom. Polityki mało - obserwacyji wiela
małolepsyj. Serdycnie polecomy i dobrze się momy. Telewizor mistrz omija i na
tle ogólnopolskiej tendencyji nieźle sie trzyma.
Jac Pac
O HISTORIOZOFII
28 marca 2009 17:05
Witam Waszą Reżyserskość!
Co do historiozofii, to kilka przypisów. Wszystkie imperia w
dziejach ludzkości upadały, a przyczyny były rozmaite, jednak pewne
prawidłowości są. Jedną z nich jest nastawienie na eksploracje. Począwszy od
imperium rzymskiego, poprzez podboje Mongołów, którzy przez wieki gnębili
Chiny, imperium Napoleońskie, III Rzesze, aż po imperium Sowieckie, wszystkie
opierały się na totalitarnym terrorze, różnice sprowadzają się do technologii
wojennej i przemocy. Im bardziej imperium się rozszerzało, tym trudniej było
podbite narody kontrolować. Aparat przemocy wraz ze swoim rozwojem potrzebował
coraz większych środków, a z drugiej strony doprowadzał swoimi działaniami do
upadku gospodarki podbitych regionów.
Rzym upadł z powodu swojego hedonizmu, nastawienia na
konsumpcję, w końcu polityka podbojów i eksploatacji podbitych terenów
doprowadziła je do ruiny i Rzym, który był żywiony przez podbite kraje, nagle
stracił te spichlerze, bo sam je zniszczył. Inna prawidłowość, to im większa
bieda, tym większa korupcja. Efekt zawsze jest ten sam, "nawet pretorianie
nie mają co jeść", więc stają się pospolitymi bandytami i system też nie
może się na nich opierać.
Podobnie w Rosji Sowieckiej, aparat przymusu w pewnej chwili, a
proces ten trwał dziesięciolecia, stał się organizacją "wyalienowaną z
państwa" w chwili przekształceń stał się zwyczajną organizacją
przestępczą, tyle, że dobrze zorganizowaną. W Rzymie lokalni namiestnicy i
konsulowie, zwyczajnie kradli i brali łapówki, a proceder ten rozszerzał się
wraz z podupadającą gospodarką. Kłopot tylko w tym, że Rzymianie podbitym
narodom nie mieli wiele do zaoferowania, poza administracją, organizacją i
kilkoma wynalazkami, natomiast nie mieli pomysłów na gospodarkę innych, jak
ściąganie podatków. Podobne wzory stosowały państwa średniowiecznej Europy,
choć na mniejszą skale. Państwa, które dokonały rozbioru Polski też nie wiele
miały do zaproponowania. Wielkopolska była spichlerzem Prus, a pod koniec wieku
XVIII rolnictwo w Polsce było na znacznie wyższym poziomie niż w Niemczech i
Rosji.
To polskie majątki na Ukrainie żywiły Rosję. Zaborcy potrafili
jedynie eksploatować lokalną gospodarkę, a polityka prowadziła jedynie do
upadku rolnictwa i przemysłu na poziomie Europejskim na ziemiach polskich.
Nadal pokutują w Europie mity, jeden, to mit niemieckiej gospodarki, zapomina
się o tym, że na tą potęgę pracowało 50 milionów niewolników przez prawie sześć
lat. Drugi to potęga Rosji, z którą rzekomo trzeba ciągle się liczyć. Jak
podawał Sołżenicyn i potwierdza to też Suworow, potęga Sowieckiego imperium
została oparta na 56 milionach ofiar. Podobnie jak Niemcy nie zapłacili za ten
wyzysk, tak i Rosja do dziś żyje z surowców wydobywanych głównie na podbitych
terenach, z których wcale nie ma zamiaru się wycofać. W Rosji nie ma ani
rolnictwa, ani przemysłu, są surowce. Europa udaje, że chodzi o "status
quo" więc Rosji sprzyja, chociażby całkowicie uzależniając się od
rosyjskiego gazu. Ponieważ twierdzę, że w dziejach nic się nie powtarza, wcale
nie jest powiedziane, że skutki, a przede wszystkim rozpad będzie podlegał tym
samym prawom, co w przeszłości, a że kiedyś nastąpi, to pewne. Jak na razie
przeżyliśmy upadek komunizmu, ale imperium ciągle się rozpada, a energia
rozpadu może być destrukcyjna również dla Europy.
Teoretycznie pomysł na "Unie Europejską" jest bardzo
nowoczesny, powstaje nowe imperium, ale na zasadzie porozumienia, a nie
podbojów, ma to tą zaletę, że zachowane są odrębności kulturowe i uwzględnia
się specyfikę regionów, jednak obok idei współpracy, jest groźniejsza,
konkurencyjna, unifikacji. To może się źle skończyć, bo w takim organizmie
działają nie zmienne i nie podważalne prawa fizyki, czyli zasada "naczyń
połączonych" i "dyfuzji materii".
Teraz jesteśmy na etapie wyrównywania ciśnień w poszczególnych
naczyniach i poziomów, czemu towarzyszy rozpraszanie materii, czyli kapitału.
Proces ten potrwa czas jakiś, ale zainicjuje on kolejny, również zgodny z
prawami przyrody, czyli skupiania materii. Jeśli w tym wyrównanym mechanizmie
pojawi się jakaś nawet niewielka siła, zainicjuje ona proces odwrotny, to już
pośrednio widać, do głosu dochodzą wielkie korporacje przemysłowe i organizacje
handlowe, wcale to nie sprzyja konkurencji i wolności gospodarczej, bo każda
organizacja wraz ze swoim rozwojem staje się machiną nie do zatrzymania i
będzie niszczyć i wchłaniać tych mniejszych.
Czy ludzkości starczy zdolności przewidywania i rozsądku, aby
regulować "przepływy" nie ma pewności? Teraz w ramach kryzysu trwa
debata, czy powinniśmy wejść do strefy Euro, a jeśli tak, to kiedy? Najlepszym
momentem jest właśnie ten w jakim jesteśmy, ponieważ zasada
"wyrównywania" poziomów i ciśnień w poszczególnych naczyniach,
zasiliłaby nasze naczynie, czyli gospodarkę, ale reszta Unii doskonale zdaje
sobie z tego sprawę, że to co w tej chwili byłoby dla nas korzystne, wcale nie
musi być dla pozostałych państw. Unia jeśli ma przetrwać, musi bronić się przed
unifikacją, bo ona zniszczy lokalną aktywność nie tylko gospodarczą. Wymiana i
mieszanie - tak, unifikacja i standaryzacja - nie.
"British Council" ogłosił szereg konkursów, między
innymi dla młodych biznesmenów w branży muzycznej. E Polsce wygrał chłopak,
który jest promotorem "R&B" w kraju. Wielka machina brytyjskiego
przemysłu rozrywkowego dąży do poszerzenia swoich rynków, zjednoczona Europa
temu sprzyja, ale ja cieszyłbym się gdyby na przykład laureatem konkursu został
jakiś "symfonik", albo "folkowiec", który sprzedaje jakiś
produkt lokalny, a nie pracuje na rzecz pomnażania zysków wielkich koncernów
medialnych. MTV ma już oddział polski, ale jego produkcja niczym się nie różni
od tego w Anglii, czy Holandii. Powstają jakieś "nowotwory kulturowe"
zewsząd, czyli znikąd. Media tworzą matryce do wtłaczania wzorców
konsumpcyjnych. Francuzi "zadekretowali" proporcje francuskiej muzyki
i filmu w mediach elektronicznych, co oburza koncerny międzynarodowe.
Jednak wcale te regulacje nie nastąpiły
wbrew publiczności, wręcz przeciwnie, tego oczekuje się od lokalnych władz. W
Polsce działa mechanizm odwrotny. Teraz TVP produkuje kolejny serial
"Szkoła tańca". Niestety to nie jest oryginalny pomysł, tylko kolejna
licencja. Biznes rozrywkowy, zgoda, ale dlaczego za moje pieniądze? Tak właśnie
rozumiem, potrzebę regulacji, takie pomysły nie powinny być finansowane z
publicznych pieniędzy. Przykładów można mnożyć.
Do zakręcenia!
and.
27 marca 2009 23:05
Witam Kolegę Viloviusa,
Tematów mnóstwo, ale po kolei. Zawsze z przeciwnikiem rozmawia się i
negocjuje nawet jak się jest na pozycji straconej. Tak było w grupach
plemiennych, za czasów rzymskich i obecnie. Rzymianie nie napadali od razu,
tylko na początku proponowali konkretne warunki. Jedne narody na to przystawały
i zostawały wasalami bez przelewu krwi inne nie. A i tak w końcu zostawały
podbite. Choć nie do końca. Rzym nie podbił do końca Germanów - niestety i
dlatego potem ci wiele razy oblegając Cesarstwo, powoli doprowadzili do jego
upadku. Także nie poradził sobie do końca z Brytami a właściwie Celtami, i ci
też powoli doprowadzili do upadku Imperium. Spowodował masakrę Daków - nauczony
porażkami z Germanami, ale to nie wiele im dało bo w Dacji pojawiły się inne
plemiona z terenów Azji wschodniej oraz inne typu perskiego, z którymi musieli
zawrzeć tak zwany pax romana.
Po rozbiciu Cesarstwa na dwie stolice upadało ono coraz bardziej aż
w końcu - nie tyle upadło co zanikło, ponieważ ościenne nacje tak zachodnie jak
i wschodnie praktycznie się wymieszały w Italskim tyglu. Można powiedzieć iż w
ten sposób powstała obecna Europa i tak jest praktycznie do dzisiaj.
Tak że są dwie w uproszczeniu mówiąc, teorie
dziejów; spiskowa i niespiskowa. Ta druga mówi że decyzje polityczne są motywem
działania jednostek, grup i całych plemion oraz narodów, czy też grup narodów -
w skrócie - społeczności ludzkich.
Obserwuje niebezpieczną tendencję. Działania jednostek tłumaczy się
i usprawiedliwia poprzez ideologie czy motywy grupowe (typu: wszyscy biedni są
skłonni do kradzieży i przemocy) a działania grup i państw tłumaczy się
działalnością jednego człowieka, (u Niemców gdyby nie Hitler itd., przeciwnicy
Amerykanów wszystko jednoosobowo zwalają na Busha, Arabowie ekstremizm na Bin
ladena).
A prawda jest taka że gdyby Adolf umarł, hitleryzm by trwał nadal bo
do sukcesji było masę chętnych. To samo ze Stalinem i Mao. Te systemy nie
zniknęły automatycznie po śmierci wodzów. Jeszcze po tym cierpiały miliony
niewinnych ludzi. Także z Okrągłym Stołem - obawiam się że to było
jedyne wyjście. W Hiszpanii po śmierci Franco można było mordować
wszystkich falangistów i zwolenników Caudillo.
Jednakże mądrość Hiszpanów doprowadziła do przemiany państwa w kraj
najszybciej rozwijający się w Europie. W Niemczech żywiołowa denazyfikacja
doprowadziłaby do kolejnej rewolucji i w konsekwencji do rozpadu młodej
demokracji. Ukarano najważniejszych - niedopuszczono do urzędów członków NSDAP
a reszta jakoś musiała wtopić się w społeczeństwo. Przecież nie można było
wsadzić do więzień pół narodu. Trochę tak jak z Polską. Powiedzmy sobie
szczerze. Trzy czwarte narodu kolaborowało z władzą. A teraz ich dzieci
stają się lustratorami. Może niech zaczną od swoich rodzin. Kto dostawał
mieszkanie poza kolejką? Kto za małego Fiata szczuł na sąsiada i kumpli z
pracy? Kto dla większej pensji podejmował robotę sprzątaczki w MSW, czy
pielęgniarki w szpitalu wojskowym? Niby to nie kolaboracja - a jednak.
Dostosowanie się ? Może, ale ja takich praktyk nie stosowałem. Ani Zanussi.
Miał chłop talent a że rozmawiał z esbekami – pytanie - kto nie rozmawiał. Ja
też rozmawiałem, ale na nikogo nie doniosłem. Powtarzam, z wrogami też się
rozmawia, ale to nie dowodzi tego że się jest po ich stronie - szególnie jak są
silniejsi.
Wbrew pozorom komuna była najsilniejsza w
latach 60 i 70. W stanie wojennym była słaba - jej jedynym atutem była
rozpaczliwa siła. I wtedy jak się szło na układy to już było się sprzedajnym.
Rok 80 i 81 był cezurą. Było wiadomo że już nad niczym nie panują. Ani nad
gospodarką ani nad mentalnością i duszami ludzi. Zabójstwo Pyjasa pod
koniec lat 70 było tragiczną głupotą, zabójstwo Popiełuszki była aktem
szaleństwa i gwoździem do trumny systemu.
Reasumując - sądzę że oficerowie - tajni, jawni i tacy sobie, chcą
teraz wmówić wszystkim dookoła i samym sobie, że to oni wszystkim sterowali i
pewnej sfrustrowanej odmianie opozycji udało im się to sprzedać za bezcen.
Rzymianie też tak myśleli, że nad wszystkim panują, a tymczasem w Palestynie od
jakiegoś żydowskiego „hippisa – proroka” i z zachodu od hardych
Normanów, zaczął sie ich upadek. Jedna rzecz nie ulega wątpliwości.
Wielu
w Polsce z nich się wzbogaciło dzięki ustawie Rakowskiego
"konsolidującej majątek narodowy", ale taka była cena bezkrwawej
rewolucji. Nawet Mandela wiedział w RPA że wyrżniecie białych zamieni ten kraj
w Angole, Sierra Leone albo w Zimbabwe.
To na tyle. CDN.
Jac
A TO GAMONIE...
25 marca 2009 01:04
Witam Jacentusa!
Wnoszę Waść z Twojego "listela", że gamonie te
historyki z IPNu. Niestety Tadziu zrobił się dworski i czasem mnie trochę
wkurza. Przy okazji opowiem trochę facecji, jak się do różnych rzeczy podłącza.
O Kowalczyku do dziś nie napisał. Nie ma biznesu, to nie ma karesu. Powiem Ci
między nami, że nie lubię poznańskiego IPNu, bo to dworaki i koniunkturaliści,
też mógłbym wiele opowiedzieć. Z kroniki towarzyskiej donoszę, że "Czas
Kultury" dostał kolejny grancik od marszałka 30 tys. Nakład im spada,
ale fundusze rosną. Taki to liberalizm na państwowym garnuszku.
Kiedyś w Poznaniu Wojtczak z ekipą założyli fundacje
"Polsce i sobie". Niektórzy mówili, że kolejność odwrotna. Trzeba
mieć nie po kolei, żeby tak wprost definiować własne cele. Teraz liberałowie z
libertynami się kłócą, czy polityk powinien "robić w biznesie".
Kłopot tylko w tym, że jak się przyjrzeć, kto i w czym "robi" to
szybko się okaże, że ten biznes bez polityki szybko by zdechł. Tylko jakieś
gapy "wykształciuchy" mają po pięć akcji ORLEN - u w bieliźniarce na
czarną godzinę, ale ona już przyszła i te papiery już są nie wiele warte.
Przyjdzie im je zostawić wnukom na pamiątkę, jak kartki na cukier.
"Wodnik" opowiadał mi, że w "SARP-ie" był na koniec
karnawału balik w stylu PRL z atrakcjami z tej polki. "Choć czas ulata,
jak łezka od rzęs, wspominać czas ..." pisał poeta grafoman.
Przy okazji odkryłem badając historie
rocka, że od "Otoczaków" do "Cepelii" chłopaki zżynali na
potęgę, w każdym numerze jest jakiś cytacik, lub pożyczka. Wnoszę z tego, że
naśladownictwo było czymś wpisanym w gatunek i nikt nie robił z tego problemu,
zresztą podejrzewam, że im też się myliło i w końcu sami nie wiedzieli, co
usłyszeli, a co sami zmajstrowali, chyba za bardzo się tym nie przejmowali,
jednak robili to z wdziękiem i pewno nie do końca świadomie.
Pieniądze pojawiły się później. Oglądałem dokument jaki zrobili
dla TVP "Kultura" w rocznice pierwszego występu "Otoczaków"
w Kongresowej. Nie masz pojęcia jakie bzdury tam wygadywali kombatanci
wspólnych przeżyć z lat młodości. Wydarzenie to miało ponoć antycypować marzec
68, a ja myślałem, że zdjęcie "Dziadów". Skłania mnie coraz bardziej
to do projektu "Muzyka a polityka". Trzeba komuś popsuć humor, bo
taki publiczny "samogwałt" to pornografia, a telewizja ma bronić
wartości i moralności!
Co do Wasilewskiego, to książki nie przeczytam, bo sam
tytuł mnie zniechęca "Czy sztuka jest wściekłym psem?" Mało
wyszukane, to taki szokujący greps dla pism kolorowych. Głupie i tyle. Nie wiem
czy Ci już mówiłem, ale mam dość "awangardyków" i "sztucznych
(c)histeryków". Zawody, kto z czym wyskoczy i kogo zaskoczy, a o tak zwane
wartości nikt już się nie spiera. Lizanie cholewek jest zajęciem poniżającym i
nie higienicznym, choć zapewnia powodzenie. W każdym razie ja się na ten cyrk
nie wybieram, tylko z kronikarskiej powinności donoszę.
do zakręcenia!
and.
27 marca 2009 23:05
Witam Viloviusa,
Co do Wasilewskiego to dla mnie rzecz niepojęta? Napisałem w
pierwszym czy drugim artEONIE przychylna recenzję na temat jego książki.
Następnie przyniosłem do czasu Kultury mój tekst o mecenacie - znany Tobie
zapewne. I bydlaczyniątko nie wydrukowało mówiąc że tam jest mnóstwo pomówień,
że to paszkwil, że tekst jest napastliwy i ogólnie słaby. Przedtem tekst
czytali Kozłowski i śp. Mikołajczyk i mówili że to wszystko co w nim znajduje
się to prawda i tylko prawda. Poza tym posługiwałem się oficjalnymi materiałami
ZPAP i Biura Wystaw Artystycznych tak że jest to do wglądu.
Po prostu - znani artyści byli dworakami i
wysługiwali się władzy. Sam też o sobie wspomniałem że 4 razy brałem udział w
artystycznych festiwalach studenckich sponsorowanych przez SZSP, a galeria
Foksal i Akumulatory też były na rządowym garnuszku mimo że lansowały
Awangardę. Kozłowski celnie zauważył że istotne było jak się ludzie zachowywali
w konkretnych sytuacjach. Ja - przynajmniej nikomu kariery nie łamałem i nie robiłem
żadnych personalnych podchodów. Potem dowiedziałem się że Wasilewski to dworak
całą gębą.
Wspomnę Zbigniewa Bednarowicza. Artysta dworski - nie
partyjny ale aktywista. Profesor PWSSP. Oraz Leszek Kostecki - dowiedziałem się
że partyjny, praktycznie przed jego śmiercią. Postacie artystycznie
kontrowersyjne ale mimo że czerwoni - raczej wielu pomogli niż zaszkodzili.
Oczywiście też dbali o swe karierki nie powiem, ale nie byli szujami.
Bednarowicz zorganizował Kozłowskiemu wystawę kiedy ten był na indeksie i jako
Prezes Okręgu po dojściu Solidarności do władzy poparł 21 postulatów i sam
złożył rezygnację bo napisał w niej, iż to takie czasy że jego rola się
skończyła. Kolej na zupełnie innych ludzi. Mam ten dokument w ksero i mogę
zaświadczyć. Potem już chłop nie kandydował do żadnych władz, nawet po 1989
roku.
To mi zaimponowało i tak powinno zrobić wielu ludzi reżimu PRL.
Oczywiście to wyjątek - regułę potwierdzający. Leszek Kostecki był
sekretarzem konkursu imienia Spychalskiego w Poznaniu. Rekomendował mnie do
ZPAP na członka zwyczajnego (przedtem byłem w Kole Młodych). Kolegom
awangardykom pomagał mimo że tradycjonalista i nigdy nie dopuścił że jakiś
obraz uwalili w konkursie z powodów cenzuralnych. Mam katalogi z tych wystaw i
wierz mi było mnóstwo obrazów o politycznych konotacjach Zbyluta Grzywacza,
moje, Malika, i wielu wielu innych, które pojawiały się w konkursie i na
wystawie.
Niejaki Nowakowski szef POP Okręgu ZPAP w Poznaniu nie miał wiele do
gadania. Po prostu przez Kosteckiego i Bednarowicza był ignorowany. W kole POP
było zaledwie kilka osób. Bardziej szkodzili ci artyści którzy w partii nie
byli a chałtury dla partii robili. Szególnie wystawiennicy a nie sztalugowcy.
Ci obok targów obsługiwali 1 maja, 22 lipca i tego typu imprezy łącznie z
rocznicami urodzin Lenina, Marksa, Engelsa i wuja Feliksa. Stryja Józia już nie
wypadało fetować. Fatalnie było z plakacistami. Ci typu Piskorski, Kaja,
Nawet Świerzy i Starowiej oraz inni trzaskali jak się to mówi teraz banery
na potęgę. Nie potępiam ich za to ale jak się pisze o plastyce tamtych lat to
po co to ukrywać. Jeszcze raz podkreślam to materiały jawne - szeroko znane i
nie żadne tam poufne donosy. Dlatego masz racje z Łapickim, Szymborską i innymi
którzy Stalina wychwalali. Niech to będzie w podręcznikach. O Szczypiorze
powinno być napisane. Wybitny pisarz autor - tego a tego, w latach takich a
takich był tajnym współpracownikiem...etc. I tyle.
Tak samo o Mickiewiczu. Że kłócił się z połową Wielkiej Emigracji
ale napisał w Paryżu Księgi Pielgrzymstwa Polskiego, że stworzył groteskowy
Legion Polski , że miał liczne romanse, z ostatnią małżonką miał kilkoro
dzieci, których stosunek do niego był bardzo różny, wyrzucili go z Uniwersytetu
Paryskiego za działalność polityczną i nadmierną agitację, że pokłócił sie z
papieżem podczas audiencji. Że popadł w podejrzany ezoteryzm Towiańskiego, miał
kontakty z masonerią (to było tak modne wówczas jak teraz new wave i
alterglobalizm), pod koniec życia przeszedł na Islam i umarł w Turcji, ale też
napisał wspaniałe dzieła jak Dziady, Pan Tadeusz, był mistrzem słowa i stylu
wywierając niekwestionowany wpływ na polską i nie tylko, prozę i poezję. Nie
pisać tego że był wieszczem bo co to właściwie znaczy: wieścić. Każdy wtedy coś
istotnego w swym rozumieniu wieszczył, czy wieścił.
A w ogóle to tak jak Szczypior czy brat Józia Piłsudskiego -
życiorys na wspaniały serial sensacyjno - historyczny. I właśnie mimo swych wad
a może dzięki nim, Adaś - to postać wybitna. Może napisałem za ostro o Trzecim
Świecie ale prawda jest taka że zgadzam się z Tobą. Poznanie innych kultur to
podstawa jakiegokolwiek dialogu. Z jednym zastrzeżeniem. Wielu Europejczyków
czy Amerykanów chce tego dialogu a znakomita większość np. Chińczyków i Arabów
tego dialogu po prostu unika. Sam napisałeś, że z obecnej kultury arabskiej
znamy tylko ekstremizmy bo je eksponują media. Ale nic nie stoi na przeszkodzie
aby wielcy świata muzułmańskiego wypowiedzieli się jasno że nie popierają
fundamentalistów i kropka. Te głosy są za ciche. Wielcy politycy i autorytety
europejskiej kultury zawsze podkreślają i podkreślały że szanują światotopogląd
i Azjatów i Muzułmanów. Mówi to Obama, Merkel, Blair, nawet niezbyt okrzesany
Berlusconi. Mówią to intelektualiści jak Bartoszewski, Johnson, Fukuyama, i
nawet Hundington, który wyjaśnia wiele razy w swej książce o
Zderzeniu cywilizacji że Zachód ma wiele win, których nie odkupił w stosunku do
Arabów, Hindusów, Afrykanów etc..
Ten ostatni nie neguje kultury Islamu tylko widzi poważne zagrożenia
w kulturze gdzie ekstremizmy zaczynają
powoli przeważać nad tolerancyjną bądź co bądź
tradycją. Polecam sztandarową pozycje Renesans Islamu Adama Meza, o tym
jak gdy w Europie za byle co palono na
stosach i mordowano Żydów za rzekome
trucie wody w studniach, w świecie muzułmańskim rozwijała się bujnie
kultura i nauki ścisłe.
Cytuję: "Renesans islamu" Adama Meza (1869-1917),
ucznia Jakuba Burckhardta, profesora Uniwersytetu w Bazylei, jest
klasycznym dziełem omawiającym kulturę świata muzułmańskiego w wieku X. Autor
zawarł w nim barwny obraz życia kalifatu, przedstawił intrygi polityczne, walkę
o władzę, a także zagłębił się w opis życia codziennego muzułmanów, problemy
handlu, gospodarki, produkcji towarowej, administracji. Wiele miejsca w dziele
Meza zajmuje prezentacja dorobku naukowego i literackiego epoki. Książka jest
oparta niemal wyłącznie na oryginalnych źródłach arabskich, perskich,
syryjskich i hebrajskich. (Państwowy Instytut Wydawniczy, 1970)
Do dzisiaj wielu badaczy analityków i dziennikarzy zastanawia się
nad fenomenem co tu dużo kryć upadku cywilizacji muzułmańskiej. Przyczyn jest
wiele tak jak w katastrofie samolotu. Nic tak dokładnie nie decyduje o tym
jednoznacznie. Te przyczyny narastały długo i przy udziale Angoli, Francuzów,
Niemców, Hiszpanów, Holendrów i Portugalczyków. Może najmniej są tu winni
Amerykanie bo to naród młody i trochę bez korzeni a w czasie gdy USA się
tworzyła istniały radykalne odłamy islamu głoszące świętą wojnę.
Mam Koran - mogę ci go przesłać i nie ma tam nic co głoszą radykalni
mudżahedini i ajatollahowie. Nie ma nic o obrzezaniu kobiet i noszeniu zasłon.
Nie ma nic o tym że zabójca w imię wiary będzie miał w niebie 14 hurys do swej
dyspozycji jak uczą ekstremiści młodych arabskich matołków. Tak samo są winni i
Żydzi, jak i Katolicy, protestanci, i międzynarodowy komunizm. Ale zauważam to
co ci myśliciele. To że zrozumiem jakąś kulturę nie znaczy aby w niej
usprawiedliwiać podłości i zbrodnię.
Można zrozumieć faszyzm ale nie go tolerować. Rozumiem nawet
zgorzknienie wielu muzułmanów ale to nie oznacza akceptacji dla zamachów
bombowych i zabijania niewinnych osób. Mówisz o starszyznach plemiennych etc..
nie biorąc pod uwagę że to częstokroć zwykli bandyci. Po prawdzie i Janosik
i mityczny Robin Hood takowymi byli. Z legendy wielkiego buntownika
brytyjskiego nabijali się Pajtony.
Na Sycylii stara się rodowód mafii wywieść z dawnych czasów gdy
archaiczne społeczeństwo tej wyspy przechodzącej ciągle z rąk do rąk
(Normanowie, Rzymianie, Grecy, Arabowie, Francuzi i Bóg wie kto jeszcze) brali
rządy w swoje ręce bo ludność nie wierzyła nigdy władzy centralnej czyli
najeźdźcom. Tak ale to było bardzo dawno a standardy współczesnego świata się
zmieniły. Teraz Sycylia ma wszelkie cechy być społeczeństwem obywatelskim i
kwitnącą prowincją Italii i nie ma żadnych przesłanek dla rządów mafii oprócz
jednego - przestępczości. I jeszcze jedna sztandarowa pozycja: Rene Girarda
- Kozioł Ofiarny. Takim dla Europy w latach wojen religijnych byli
Żydzi, potem hugenoci, następnie Ormianie i Muzułmanie w Bośni. Dla
ekstremistów arabskich takim kozłem ofiarnym jest Ameryka i wszystko co z nią
związane. Przykre jest to że muzułmanie się boją. Żyją w ciągłym strachu. Nie
poprą Salmana Rażdiego tylko lokalnego mułłę. I w tym sęk. My
dyskutujemy - oni milczą.
Jac
"Szczęście to zła pamięć i dobre zdrowie”
27 marca 2009 16:00
Witam Wasza Przekorność!
Jak w swoich pamiętnikach napisał niejaki Ernest Hemingway,
którego specjalnie nie lubię, bo był "behawiorystą" i nie wiele nowego
wymyślił od czasów Zoli, (hyper-naturalizm(, więc sprowadzał wszystko do
zachowań i biologii, ale jedną myśl miał cenną, to raczej przez przypadek tak
mu wyszło, a brzmi dokładnie to tak: "Szczęście to zła pamięć i dobre
zdrowie”. To o czym piszesz dokładnie tą maksymę ilustruje. Pod pewnymi
warunkami jestem skłonny się z tym zgodzić i przystać na taki obraz świata.
Wcale mnie to nie gorszy, ani nie wymagam od
"małolatów" aby cokolwiek z tej archeologii przechowywali, bowiem
przeciwnie do polityków i historyków nie wierze w to, że historia czegokolwiek
uczy. Gdyby tak było, to już w epoce napoleońskiej ludzkość powinna zauważyć,
że co kilkaset lat pojawia się jakiś szaleniec, który chce zmienić świat, a
nawet są tacy, którzy za nim pójdą. Teraz kwitnie jakiś przedziwny kult
Napoleona aż strach pomyśleć, kogo ludzkość może fetować za dwieście lat.
Krótko mówiąc nie ma dowodów na to, że z historii jakieś nauki płyną.
Dodatkowo "młodziaki" mają dysonans poznawczy, bo oto
z "przekaziorów" i ze szkoły dowiadują się, że było "be" a
"komuna" to zniewolenie i upodlenie. Wracają do domu, a tam rodzice
przeżywają na nowo "popkulture PRL", a dziadkowie mówią, że za Gierka
to było, bo wszyscy mieli prace, a nawet talon na malucha. Dziś taki
"młodziak" uczy się z nastawieniem, że na darmo, bo pracy nie ma i
sukces życiowy zapewnia zostanie dilerem, albo jakiś handelek używanymi
samochodami, czy jakiś inny detal. Pod buntem kryje się przekora, im bardziej
będziemy przekonywać, że było okropnie, tym bardziej urodzeni po 89 roku nie
będą nam wierzyć. Zresztą co naturalne, będą za cały obecny bałagan oskarżać
pokolenie rodziców, które tak urządziło im świat, że perspektyw brak.
Do tego dochodzi kult młodości, czyli "zamordować
staruchów", żeby zwolnili miejsce na planecie, nie zawracali głowy swoimi
fobiami i wspomnieniami. Jakie jest wyjście? Właśnie mieć złą pamięć i dobre
zdrowie. Przestać się zajmować przeszłością i nie kombinować do tyłu. Nie
znoszę "political fiction" bo teraz tego masa, zwłaszcza w wykonaniu
historyków, którzy deformują obraz świata, przyjmując swoje spekulacje za
fakty, a to prowadzi tylko do choroby psychicznej.
Jest w telewizorze taki cykl "system 09" ile tam
głupoty, ale atrakcyjnej w sensie podania. Oto na przykład z jednego programu
dowiaduje się, że to w Moskwie zapadła decyzja o "okrągłym stole", bo
bez przyzwolenia GRU i KGB nic nie mogło się zdarzyć. Gdyby tak było w istocie,
to mówilibyśmy dziś po rosyjsku, a imperium trwałoby nie wzruszone. Andropow
pogonił Żiwkowa , jak ten przybył do Moskwy z propozycją
"inkorporacji" Bułgarii do "Związku Sowieckiego" na prawach
kolejnej republiki. Oligarchia w Moskwie chciała się otoczyć państwami
satelickimi ze wszystkich stron, jak to Stalin nazywał "kordonem sanitarnym"
czyli wyizolować Sowiecję z reszty świata. To się nie udało. Podobno scenariusz
okrągłego stołu pisali generałowie i to nie samodzielnie.
W takim razie skoro to była inicjatywa komunistów, to po co był
ten cały okrągły stół? To rozumowanie nie trzyma się kupy i ten sposób myślenia
może poprowadzić na dalsze manowce. Oczywiście alternatywą były czołgi, ale co
mogliby załatwić w ten sposób? Dokładnie nic, bo tylko przedłużyć agonie
systemu, a koszty były zbyt wielkie. Wkrótce po rozpoczęciu obrad, czy nawet
przed nimi Kuroń powiedział, że opozycja przychodzi do władzy w dwu
przypadkach, na czele tłumu, aby władze przejąć, czytaj odebrać, albo na jej
zaproszenie, a wtedy znaczyło to, że władza odkryła, że przeżywa kryzys i szuka
wyjścia z sytuacji. Sprawdził się ten drugi scenariusz. Władza zresztą miała
świadomość że ten pierwszy jest realny, wariant "rumuński". Teraz
jacyś miłośnicy spiskowej teorii dziejów będą pisać historie od nowa.
Nowe pokolenia muszą się nauczyć na własnych błędach, choć taka
nauka jest kosztowna. Nasze doświadczenia w dzisiejszej epoce są kompletnie nie
przydatne, problemy do rozwiązania są zupełnie inne. Głupcy, radykałowie
twierdzą dziś, że z władzą nie należało rozmawiać. W życiu tak nie jest, że
zawsze jest alternatywa, albo się podejmuje wyzwanie, albo przegrywa, trzeciej
drogi nie było. Podobnie jak ci mądrale, którzy krytykują Balcerowicza, ale ten
zrobił wszystko co się dało w tamtych okolicznościach i gadanie dziś, że można
było inaczej to rozegrać są jedynie świadectwem głupoty, a nie przenikliwości.
Zdarzyło się i koniec.
Co do postępu, to też trochę nie tak jak sądzisz? Całą rewolucje
informatyczną wprowadziły roczniki 50-te, zarówno w świecie, jak i w Polsce.
Nie zapominaj też, że gdyby nie anarchistyczne klimaty hipisowskie społeczności
alternatywnej, żyjącej niejako równolegle obok "systemu" nie byłoby
Internetu. Przypomnę, że to na początku była firma i to na tyle ciekawa, że
realizowała anarchistyczną idee sieci rozproszonej. Wielkie korporacje
pracowały nad sieciami hierarchicznymi z jakimś centralnym komputerem dla
kontroli obiegu informacji.
Po dawnym internecie pozostał tylko "NIC". To nie
kalambur, tak nazywa się jeden z komputerów, który nadal działa w całym
systemie, a odpowiada za to, że poszczególne serwery się rozpoznają. Teraz pozwolę
sobie pominąć wyjaśnienia o co w tym wszystkim chodzi. Powiem tylko tak, że
współcześnie zmienia się tylko tak zwany "makeup" czyli powłoka
komunikacji, zresztą kiedy wielkie korporacje zwietrzyły w tym interes mieszają
sporo i przy okazji psują, bo chodzi o to, jak towar opchnąć, a nie życie
ułatwić. System bankowy wymusza teraz nowe warunki kredytów, a przecież sami
wywołali ten bałagan. Podobnie jest z oprogramowaniem, ktoś powiedział, że
teraz komputery służą do rozwiązywania problemów jakich nie było bez
komputerów. Pogoń za nowością wcale nie znaczy za jakością.
Wczoraj w programie Wildsteina była dyskusja o Euro. Tak jak
ceniłem te programy za dociekliwość i nie konwencjonalność, tak wczoraj nie
mogłem wyjść z podziwu ile głupot usłyszałem w przekazie tak zwanych ekspertów.
Zaznaczam, nie jestem ekonomistą, ale chodzi o proste myślenie logiczne i
sposób argumentacji. Nadal mamy ekonomistów matołów, ideologów, a nie logicznie
myślących praktyków. Może coś o tym napisze, ale zastanawiam się, czy to
materiał na groteskę, czy rozprawę. Konkluzja moja jest taka, trzeba mieć dobre
zdrowie i kiepską pamięć, patrzeć do przodu, a nie oglądać się za siebie.
Na koniec jeszcze jedna smutna konkluzja,
"młodziaki" prochu nie wymyślą, bo wbrew pozorom są znacznie gorzej
wykształceni od nas, za co też nasze pokolenie pośrednio ponosi winę. Wczoraj
dowiedziałem się z materiału o Politechnice Warszawskiej, że na stu studentów,
kończy dyplomem tylko piętnastu.
Do zakręcenia!
and.
24 marca 2009 23:33
Witom Wilołsasa od lasa do Sasa!
Eseik wspaniały i z nim zgadzom sie cały
Witojcie
i cosik kochojcie! Eseik wspanioły i z nim zgadzom sie cały. Wim to wsycko
Rodaku co mi dajes na haku.Media są be i tyla, to mi wimy od lat wila. A w tym
cały jest ambaras że rozumieć to nie znoczy akceptać od zaraz. Ja Chinoli kumam
i Arabusków tyż. Ali nie chciołbym nijak by mi bombecki pod wycierocke
wkładali. I oto lata. Jam emocnik mały bamberski - ty piknoduch duzy ceperski.
Oc i tylo - na badylo. A co mi tu ceperskie nasinie jakigoś Wasilewskigo
nasyłacie? Wsak wicie ze jo jejo takigo nie lubie i ni cenie go zbyt wiela. Ale
eseik łebski i purtaśnie fajniutki! Zukosia telefono odybrołem i nicegoj sie
nie dowidziołem. Historyki robote majom i do filmu sie nie psykładajom.
Załatwili nos PiSFowcy, trawę bydom jiśc filmowcy.
JACENTUS KWACEKANTUS PICNY WICNY BAŁAMICNY I HALNY NACHALNY.
Trochę się dziwie...
26 marca 2009 21:38
Witam!
Trochę się dziwie, a trochę nie. Z tym co mówiłeś o Tadziu
trochę mnie to śmieszy, bo wynika z tego, że są "przepracowani", ja
znam to niejako z drugiej strony i wiem, że często robią pozorowane ruchy, żeby
znaleźć sobie jakieś zajęcie, jakiś temat. Wbrew pozorom odział poznański IPN
wcale nie prowadzi tak wiele programów badawczych.
Kubiak wymyślił sobie taki
temat "Wysiedleni" i robi cały cykl o wysiedleniach zwłaszcza
z okresu okupacji. A historycy myślą już dwa lata, czy jest to temat do badań,
czy nie. Szef rzucił hasło "kultura niezależna", więc robią jakieś
manewry pod tym kątem. Kłopot tylko w tym, że wiele tu do pokazania nie ma,
jeśli chodzi o Poznań, ale ja czuje jaki jest "motyw", chodzi o to,
żeby kilku ludzi "uhonorować", którzy zresztą wcale nie cierpią na
"nie docenienie". Tadziu się obraził na mnie, bo jako "delegat
oddziału IPN" przyjechał na obchody rocznicy KOR - u i "udawał
kombatanta".
Na panelu trochę żartem przypomniałem mu, że jak miał podpisać
jakiś apel, to powiedział, że utrudni mu to debiut poetycki, że owszem
identyfikuje się, ale czeka w "kole młodych" ZLP na debiut książkowy.
Liczył też na posadę na uczelni, ale z tego co mi wiadomo, Balcerzan wcale
takiego planu nie miał. Po latach Tadziu opowiadał, że bezpieka utrąciła mu
karierę. Tadziu jest ciekawym poetą, składa się na to kilka rzeczy, po pierwsze
w Szczecinie skończył liceum plastyczne, po drugie znalazł się tam, bo jego
rodzice byli "repatriantami z Wileńszczyzny" , to ukształtowało jego
wrażliwość, a do tego środowisko poznańskiej polonistyki, niepokorne, pełne
ciekawych osobowości.
Cenię Tadzia jako poetę i towarzysko jest zabawny, ale to
wszystko. Po raz kolejny przekonałem się, że nie ma co na niego liczyć, nie
zrobi nic co nie poprawi jego notowań. Tak też było z Wojtkiem.
Rozmawiałem z prezesem poznańskiego ZLP Sergiuszem, powiedział, że Wojtek nie
należał do ZLP a w kolejce z tomikami czeka sporo kolegów, mógłby poprzeć idee
wydania jego tomiku, jeśli byłyby popierające recenzje "wewnętrzne".
Tadziu nie napisał jej do dziś i obawiam się, że tego nigdy nie zrobi. Pamiętam
jeszcze jeden epizod po wieczorku w ZAK - u, jak Tadziu powiedział
Wojtkowi, że pisze recenzje z "Ptasiej kaligrafii" i dodał, że
"a konto" chciałby dostać od niego jedną z prac z tego tomiku, a
Wojtek natychmiast jeden z rysunków zdjął ze ściany i mu podarował.
Ta sytuacja wywołała we mnie lekką konsternacje.
Pisałeś o recenzji z książki pierwszej Marka Wasilewskiego.
Powiem szczerze, że jest (ta książka) średnia, miałem ją od Czapary. Gdyby nie
"układ salonowy" to pewno nikt by jej nie wydał, to taka przeciętna
praca magisterska z historii sztuki. Żyjemy w takich czasach, kiedy
"układność" jest cnotą, a nie posiadanie własnych poglądów,
posiadanie osobowości też przeszkadza.
Pisałem o Kaczmarku i pytałem trzech ludzi; muzyka,
krytyka i akademika. Wszyscy wypowiadali się na okrągło, ale w podtekście
odmawiali mu talentu i umiejętności, powtarzało się słowo "bo to samouk,
to trzeba brać pod uwagę". Wszystkich spotkałem na benefisie Kaczmarka w
filharmonii.
Po ostatniej imprezie pytałem Krzesimira, jak to było z tymi partyturami
dla Kaczmarka, o czym Ty mi opowiadałeś, ale Krzesimir powiedział, że tu
chodziło o orkiestracje, ale dodał, że to taka żmudna robota, a on miał napięte
terminy, a poza tym dobrze jak kolega podrzuca jakąś prace, wtedy nie miał za
wiele pieniędzy, a honoraria były "dolarowe". Tak to wygląda.
Kaczmarek w Poznaniu żadnej kariery by nie zrobił, żadnego filmu w kraju by nie
ilustrował. Krzesimir zna swoją wartość i wie co potrafi, więc nie czuje
zagrożenia z czyjejkolwiek strony, to nie ma powodu źle o kolegach mówić. A tak
na marginesie wie, że Romek Rauhut cienko przędzie, więc gdziekolwiek jest coś
do "podgrania" na gitarce, to mu robótkę podsyła.
W książce Siedleckiej znalazłem taki epizod o "Hotel
Palace". Kolaudacja się odbyła, mimo nie przychylności środowiska i
czynników politycznych. Szczuli Wilhelmi z Kutzem. Film poszedł
do kin. Natychmiast krytyka, pośrednio na zamówienie Rakowskiego, bo Dygat w
towarzystwie źle się o nim wyrażał, a Rakowski "chłopska natura"
pamiętliwy i zajadły, postanowił literatowi z "salonów" dokopać i
poszczuł kilka gazet.
Krytyka
była miażdżąca i film szybko wycofano na półki . Dygat był rozgoryczony, tym
bardziej, że nie wiedział "kto za tym stoi", a stało wielu, a wiedział,
że nie chodzi o reżysera, tylko o jego scenariusz. Zadziwia mnie tylko pewien
mechanizm "odwróconej solidarności środowiskowej" wśród artystów, tak
jak są indywidualistami, tak łatwo się jednoczą w zwalczaniu kogoś spośród
nich. Władze o tym wiedziały i z powodzeniem stosowały. Wielu ludzi nie
zniszczyli partyjni dygnitarze, tylko sami koledzy. Najczęstszą metodą było
ignorowanie, nie zauważanie, pomijanie.
Jeszcze kilka ciekawostek o filmowcach, z
tego samego źródła. Jak wynika z "annałów" Kazimierz Kutz był
wyjątkowym dworakiem i "Perła w koronie" przyniosła mu szacunek, bo
władze zaakceptowały film "ideowo", ale nie przewidziały, że w
odbiorze poruszy śląski patriotyzm.
Są tam ciekawe relacje o "Weselu" Wajdy, jak władze
zabiegały o to, aby film miał dobrą prasę na Zachodzie. Film przeleciał przez
festiwale, jako ciekawostka, historia oniryczna, raczej eksperyment w kinie,
niż dramat, bo tych polskich zawiłości nikt nie rozumiał, te aluzje, tło
historyczne, kontekst współczesny, to wszystko było tak egzotyczne, że
hermetyczne. Jednak sukces odtrąbiono.
Wajda nigdy nie miał kłopotów z robieniem
filmów, a to między innymi dlatego, że zawsze dbał o dobre notowania wśród
wpływowych literatów z kręgu Iwaszkiewicza, którego władze miały za pisarza
kalibru Tomasza Manna. Reszta świata nie podzielała tego entuzjazmu, choć musze
przyznać, że Iwaszkiewicz był wybitnym prozaikiem jak na polskie realia.
Pytałeś jak to mogło być z Zanussim? Myślę, że błędem byłoby
stwierdzenie, że u władzy byli sami idioci. Wbrew pozorom trafiło się kilku
inteligentnych cyników, którzy wiedzieli, że łatwiej rządzić dając pewne
swobody, niż niszczyć wzorem lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Nawet
Tejchma wiedział, że "socrealizm" był nie wypałem i wracać do tego
nie warto, że władza na samych "dworakach" grafomanach i
chałturnikach kultury się nie stworzy.
Zanussi był programowo obok "salonu", ani nie
podlizywał się, ani też nie robił żadnych nie przyjaznych władzy gestów. Z tak
zwanym środowiskiem miał kontakt przez swój zespół filmowy. Miał opinie
intelektualisty kontemplatora, żyjącego we własnym świecie. Wcale on nie był
taki oddalony od świata realnego, raczej był wnikliwym obserwatorem. Dodatkowo
przyjął postawę pełną dystansu, specjalnie nikt nie widział szansy na
"fraternizacje" z nim, miał opinie sztywniaka, nie nadającego się do
pijackich ekscesów.
Dlaczego go tolerowały władze? Bo to był jeden z nie wielu
polskich reżyserów rozumianych na Zachodzie. Nie mogli tego pojąć, dlaczego
Zanussi moralista intelektualista, jednocześnie jest zdolnym dramaturgiem i to
wszystko złożyło się na to, że wkrótce stał się poważnym "artystą
eksportowym" przywoził nagrody z festiwali i dobre opinie o polskiej
kinematografii, co tu dużo kryć prowincjonalnej, nawet w kontekście Czechów,
czy Węgrów. Takich artystów jak Zanussi i Wajda potrzebowano, bo z nikim więcej
przynajmniej w latach siedemdziesiątych nie można było się pokazać w świecie.
To polskie kino moralnego niepokoju trochę jest lokalnym mitem.
Pewnym objawieniem był Kieślowski, ale znacznie później. "Blizna" i
"Przypadek" przynajmniej dla mnie po "Personelu" były
rozczarowaniem. Dopiero "Dekalog" stał się nową jakością w polskim
kinie. Nawet jeśli krytyka sądzi inaczej, to jednak jest wielkie kino.
Ważne były filmy, które właśnie kręcił Zanussi; "Barwy
ochronne", "Constans", wcześniej "Struktura
kryształu". Wajda próbował sił na Zachodzie. E większości były to klapy.
Kompletnie nie udany film "Smuga cienia" według Conrada, czy
"Piłat i inni" wedle Bułhakowa. Tekst literacki nie najłatwiejszy,
choć z przesłaniem dość czytelnym, Wajda nie potrzebnie wprowadził jakieś
dziwaczne pomysły, które nic nie dały. Owszem "Sprawa Dantona" na
podstawie Przybyszewskiej była nie do zepsucia. Zresztą francuski producent wymusił
na Wajdzie "trzymanie się tekstu" i nie kupił żadnego z
"wajdowych dziwolągów". W kraju miał więcej swobody.
Jeśli chodzi o tajemnice sukcesu Zanussiego, to zwróciłbym uwagę
na pewien drobiazg. W wielu filmach Zanussiego występuje Maja Komorowska, a ona
jak wiesz aktorstwa uczyła się tak na prawdę u Grotowskiego. W polskim filmie
grali wyłącznie aktorzy teatralni, z wyjątkiem kilku "naturszczyków",
to niestety często było przekleństwem, bo w teatrze wszystko musi być
"przerysowane" tak aby cierpienie na twarzy aktora było dobrze widać
z ostatniego rzędu, a film, zwłaszcza telewizyjny stwarza sytuacje kameralne,
kamera podgląda i wszelka "hiperbolizacja" również emocji, wypada
sztucznie.
Zanussi odkrył inny rodzaj aktorstwa, nawet Zapasiewicz musiał u
niego na planie zapomnieć o "teatralnych grepsach". Nie wiem, czy
teraz mamy do czynienia z aktorami filmowymi w Polsce, jako osobną kategorią,
ale Zanussi wiedział co to znaczy gra w teatrze, a co w filmie. Podobnie
Kieślowski, oduczał swoich aktorów teatralności i manieryzmu.
Na koniec taka refleksja trochę na marginesie i pozornie nie na
temat, po części pod wpływem lektury Siedleckiej. Powtarzam to do znudzenia,
łajdakiem zostaje się z wyboru, a nie z przymusu. W dużym stopniu o tym,
dlaczego jednym ludziom udało się zrobić kariery, mimo przeciwności losu,
zdecydował o tym przypadek i to jakie satelity znalazły się na jego orbicie. To
konkretni ludzie intrygowali, niszczyli i popierali, nie system szkodził, tylko
ta nieprzebrana rzesza miernoty i średniaków, pracowitych, choć tępych,
upartych w dążeniu do celu, jak ktoś utalentowany pojawił się na orbicie to
trzeba było go zniszczyć.
System oferował tylko narzędzie i mechanizm, a korzystali z
niego konkretni ludzie. Wcale Komitet Centralny nie analizował raportów tajnej
policji i nie śledził ruchów na "salonach", wiedział, że "system
działa" ii nic nie może się zdarzyć poza kontrolą, bo jak jakiś dajmy na
to literat czymś błyśnie, to zawsze znajdzie się zastęp grafomanów który go
wykończy, więc wcale niw trzeba się nimi aż tak przejmować, wystarczy, że SB
prowadzi swoje gry operacyjne.
Zauważ, że w środowisku nie było wcale bezpośrednich i
fizycznych represji, jak wobec opozycji, czy kościoła i później
"Solidarności". Nie było takiej potrzeby, donosy załatwiały wszystko
i doskonale wiedziano jak kogoś załatwić w rękawiczkach, na czym mu zależy,
jakie ma słabości. Iwaszkiewicz przez lata był "sterowany" przez
władze, bowiem punktem zaczepienia było jego nie zdecydowanie co do orientacji
seksualnej. Tak na prawdę to był zdeklarowany, ale dbał o pozory, zresztą samo
małżeństwo dawało mu oparcie materialne.
Wszyscy w środowisku o tym wiedzieli, jaki jest układ i jakie ma
preferencje, więc nie był to problem, jednak sam zainteresowany odbierał to inaczej.
W pewnym sensie "fikcja" była powodem swoistego szantażu. Można
powiedzieć wręcz, że sam się podkładał.
Wyjątkowo szkodliwą postacią był Roman
Waschko, TW "Adam". Nie był on zwykłym prezenterem radiowym i
bywalcem salonowym. Miał rozliczne kontakty w tym i w ambasadach, to od niego
SB wiedziała w jaki sposób i z kim spośród dyplomatów i zagranicznych
dziennikarzy kontaktują się ę pisarze, intelektualiści i artyści. Kiedy Dygat
poczuł się zaszczuty i zagrożony, przez dyplomatów badał jakie ma możliwości
przywrócenia obywatelstwa francuskiego, bo na paszport nie liczył.
Do zakręcenia!
and.
Odpowiadam w locie drogi Kocie!
24 marca 2009 12:11
Witom Andrejka,
„Procosowiczjusuję i opowiadam w lotku. Wspomniałeś, mówiąc o broniaskach
o standarcikach. Że nie możemy porównywać sytuacji dzisiejsiaczej do
dawniejszaczej bo postępus jakowyś się dokonał był. A tu usprawiedliwiasz nieco
arabusków, że jak inszą kulturkę posiadają to komórki mieć mogą i internecik a
i obcinać łapki złodziejaszkom im uchodzi, i kobiecinki bić za nieposłuszeństwo
grubym kijaszkiem można. Odwrotnie nie - o czym ciągle zapominają zapatrzone w
islam w Europce niewieściątka.
Tymczasem sprzeciwek zgłaszam i to ostracystyczny. Jak w
Chinszczaczkach olimpiadka nie tak dawno była sporo komentatorków mówiło że tam
inne standarciki prawek ludzkościowych są i pogodzić się z tym trzeba. Ja mówię
nie i jeszcze raz nie. Po pierwsze: cierpienie ludzkie, torturki i przemoc
fizyczno - psychiczna jest tak samo dolegliwa dla Wietnamczaczka, Arabuska czy
Europejczaka. Żadnego więźnia nie można katować tylko dlatego że tak pozwala
jakaś tradycja. Ból jest bólem - cierpienie cierpieniem i to sprawa nawet nie
kultury tylko biologistyczna po prostu.
Nie można jakichś ludzi pozbawiać wszystkich praw - jak
niedotykalnych w Indiach - tylko dlatego że tak nakazuje wielowiekowa tradycja.
To po pierwsze. Po drugie nie rozumiem jednej rzeczki. Dlaczego te różne
Kałmuczki, i Bambusiki czy Smoluszki mogą brać z cywilizacyji zachodniej tylko
to co im wygodne i co jest w niej najgorsze - czyli doskonałą broń, miny,
telefony komórkowe i wolny internecik aby swoje fundamentalizmy głosić?
Przypomina to trochę dziciaczki co chcą jeść tylko to co lubią a nie to co jest
zdrowe i mniej smaczne i każą rodzicom dostarczać sobie zabawkowicziusów takich
jakie im są wygodniackie. A najlepiej wcale nie chodziłyby do szkółki by się
uczyć różnych rzeczy i tyrać jak pszczółki.
Jeżeli
Cińczaki i Arabaki mamy traktować poważniacko, to nie traktujmy ich jak dzieci.
W końcu te ich kraiki w ONZ trąbią jak chcą to niech przestrzegają Karty praw
człowieka i innych obowiązujących świat postanowień. Ten argumencik z inszą
kulturką chybiony jest nieco - bo u nas też się takie fundamentalizmy działy
(np. Noc Świętego Bartłomieja, wypędzenie Arian, pogromy Żydów) ale już się nie
dzieją - znaczy się u nich też mogą.
Argumencik z kolonializmem też Jacowicziusa nie przekonuje bo to
było naprawdę dawno, w latkach 60. Teraz mamy roczek 2009 i kilka pokoleń już
wzrosło jak brzózki. Trochę na zasadzie analogii jak w rodzinie. Wszyscy na
przykład zachowują się godnie a jest taki zwariowany wujek - oryginał i mu
wszystko wolno i siorpać i bić innych rózeczką oraz wodą polewać, i czasami
kogoś otruć lub ustrzelić bo ma żółte papiery i do tego swoją ideologijkę.
Uprzykrza życie innym ale się z nim nie polemizuje bo ma duże udziały w
rodzinnym interesie i może sie nie daj Boże obrazić”.
Tak że serio: tolerancja Okej, ale dla
wszystkich i obustronna.
JACEK KACEK PACEK NIEBORACEK ŻACZEK
Co lubią media?
24 marca 2009 05:11
Witam!
Pytanie zasadnicze, co lubią media? Może lepiej zapytać,
dlaczego nie lubimy mediów, a jesteśmy od nich uzależnieni?
Tu wszystko wydaje się proste, od czasu, kiedy przestały komunikować,
dostarczać wiedzy o świecie , a stały się towarem, czy platformą wymiany
towarowej, przestaliśmy im wierzyć, jednak nadal odczuwamy potrzebę posiadania
wiedzy o świecie. Potrzeby nie dlatego, że nas coś obchodzi susza w Etiopii,
albo rzezie w Darfurze, ale czujemy się zagubieni.
Oczekujemy, że ktoś dostarczy nam takiej
wiedzy o świecie, która pozwoli odnaleźć równowagę, a im mniej z tego świata
rozumiemy tym bardziej się go boimy. Ja też jestem w takiej sytuacji, bo nie
mam już sił aby walczyć z przekazami, angażować siły w porządkowanie tego. Z
tego wszystkiego biorą się lęki i fobie.
To,
że się ludzie nie słuchają wynika i z tego, że każdy choć sobie tego nie
uświadamia, chce krzyczeć; "Ja tu jestem i zwyczajnie się boje, że nie
rozumiem tego wszystkiego, że nie wierze już w świadectwa własnych zmysłów, że
rozum zawodzi, że choć prawa przyrody są obiektywne, to eksperci dowodzą, że
nie działają."
Żyjemy w roku 2009 i nawet nie uświadamiamy sobie że dla dwóch
trzecich ludzkości jest rok 1387. Kilka dni temu właśnie dla Muzułmanów zaczął się nowy rok. My
przymierzamy do ich świata kryteria chrześcijańskie, więc dla nas są jeszcze w
późnym średniowieczu, a może rzeczywiście ich cywilizacja jest na tym etapie
rozwoju? Tylko kto ma to wiedzieć, czy jest możliwy obiektywny pogląd na tą
sprawę? Tak zwani fundamentaliści stanowią ledwie kilka procent każdej
religijnej wspólnoty, ale ona nadaje ton, jest postrzegana i doceniana, bo
stanowi zagrożenie, ale ta większość nikogo nie obchodzi, bo jest obojętna,
żyje we własnym świecie wartości i nawet nie przychodzi im do głowy, aby się
""konfrontować".
Czym różni się obecna wojna w Afganistanie
od inwazji Sowieckiej? Niczym, poza metodami walki. W obu przypadkach
Afgańczycy wcale nie pragną zmieniać własnych przekonań, ani metod sprawowania
władzy, oni zwyczajnie są jeszcze na etapie wspólnot plemiennych i taka
organizacja jak nowoczesne państwo jest im cywilizacyjnie obca, nie potrzebna
dożycia. Oni nie uznają wyborów demokratycznych w wydaniu Zachodnim, nie chcą
wybierać, tylko żeby starszyzna spełniała swoje zadania. od wieków spotyka się
starszyzna plemienna w górach i ustala aktualne porządki, dzieli terytoria
wpływów, negocjuje w sprawie konfliktów, aby plemiona nie prowadziły
wyniszczających wojen, a nawet coś w rodzaju polityki zagranicznej, czyli czy
bardziej opłaca się kupców łupić, czy z nimi handlować. Talibowie nic tu nie
mają do rzeczy, oni także pojawili się tam z zewnątrz. Dlaczego są popierani i
akceptowani? Odpowiedź jest prosta, bo walczyli od początku, najpierw z
Sowietami, a teraz z Zachodem.
Dla nich to, że kiedyś dobrzy Talibowie, nagle stali się źli, to
tylko kwestia wojennych sojuszy, wszak plemiona zwaśnione w obliczu wroga też
potrafią się jednoczyć. Nie wierzą więc że Zachód chce im pomóc pozbyć się
Talibów, tylko, że chce narzucić swoje rozwiązania i własną wiarę.
Może mi się to nie podobać, ale niestety tak jest. To, że w
przekazach zakłada się z góry pewien obraz świata niejako wzorcowy, to zasługa
mediów, bo one konfrontują, a nie wyjaśniają. Media też nie wierzą odbiorcom,
więc dostarczają gotowych wzorów i odpowiedzi, tu nie chodzi o zrozumienie.
Jeszcze nie tak dawno poszczególne światy były od siebie bardzo
odległe, media sprawiły, że te odległości się skurczyły. To właśnie dzięki
telewizji satelitarnej Muzułmanie dowiedzieli się, że jest inny świat, że są
inne wiary, języki, kultury, ale tam jest dobrobyt, a oni mimo pobożności nie
mają nawet wody. Frustracje zwiększa poczucie bliskości, przekonanie, że nie
jest to gdzieś tam, o tysiące kilometrów, tylko inny świat jest obok w
sąsiedniej wsi. Może trzeba sobie te szanse wyrównać? W Kairze są dwa
uniwersytety, jeden muzułmański, a drugi amerykański. Ten drugi niczym się nie
różni od "campusów" w Ameryce, nawet uczy się tam po
"amerykańsku", czyli językiem wykładowym jest angielski. Na tym
pierwszym studenci studiują Koran, ale też zdobywają praktyczną wiedze, ale też
korzystają z Internetu i komputerów, jak ich koledzy z zachodniego
uniwersytetu. Na tym pierwszym studenci zgłębiają tajniki alchemii giełdy i
poznają mechanikę rynków finansowych. Ci z drugiej szkoły na zajęciach z chemii
dowiadują się jak zrobić bombę z niczego i jaka jest mechanika wybuchów. Jednym
i drugim przyświeca ten sam cel; wyrównać szanse własne i swoich
"współbraci".
Co jest w stanie zaakceptować zachodni świat, cel, czy metodę?
Ani jedno, ani drugie, bowiem ilość dóbr do podziału jest skończona, a jak uczy
historia zawsze chodzi o to samo o wartość dodaną, czyli, kto ma więcej do
podziału.
Afryka jest największym rynkiem zbytu dla producentów broni i
miejscowe reżimy są ciągle wypłacalne, bo mają do zaoferowania surowce
naturalne.
Tymczasem problemem Afryki są dwie rzeczy,
deficyt wody; przeciętny Afrykanin ma do dyspozycji 10 litrów dziennie, a
Europejczyk 300. Drugi problem, to "zdemontowano" system kolonialny,
ale w spadku pozostał podział administracyjny i kolonialne potęgi wycofując się
w pośpiechu nie pozostawiły żadnych "cywilizacyjnych instalacji" poza
tymi, które służyły do eksploatacji koloni. Większość mieszkańców kontynentu
nie posiada niczego, poza tym co jest w stanie zebrać i unieść tą zdobycz na
własnych plecach, czy głowach. Zastanawiamy się dlaczego ciągle są na etapie
życia koczowniczego i wiecznie wędrują. Odpowiedź jest prosta nie
upowszechniono tam własności, wspólnoty rolnicze nie posiadają uprawianej
ziemi, a swoje tymczasowe siedziby budują na "piaskach", nie ma tam
działek budowlanych. Prawo własności jest znane w większych miastach, gdzie
"biali koloniści" budowali domy, wytyczali działki, czasem zakładali
farmy, więc kupowali kawał ziemi od miejscowych marionetkowych rządów.
Pierwsi osadnicy w Ameryce też zaczynali od zdobywania ziemi,
ale tam zostali i założyli cywilizacje innego typu, niż znane z imperiów Inków,
czy Majów, Azteków. W Afryce po koloniach została pustynia i kilka wojowniczych
plemion, które zakładały własne reżimy, bo nauczyli się tego od
"białego" że trzeba sobie "wywalczyć", podporządkować,
zająć, podbić. Dlaczego w Wenezueli lud popiera dyktatora? Przyczyna jest
prosta, 90% ludności zarówno dawniej, jak i dziś nie posiada niczego, oprócz
tego, co da im rząd. Indianie są szczęśliwi, bo dostali od Chaveza silniki
spalinowe do swoich łódek i nie muszą się już męczyć. Ci, którzy żyją z
rolnictwa są szczęśliwi bo państwo pozwala uprawiać im ziemie i nic za to nie
żąda, chociaż nadal tej ziemi nie mają na własność, nawet im do głowy nie
przyjdzie, że mogliby ją mieć.
Nasz prezydent żartował sobie z Gabonu. Bogactwem tego kraju
wcale nie jest uprawa orzeszków ziemnych. Dawniej głównym produktem eksportowym
była sól. To osobna i ciekawa historia jak ją Gabończycy pozyskiwali. Dziś
wiadomo, że mógłby być to jeden z najbogatszych krajów na kontynencie, a może
nie tylko. W Gabonie większość powierzchni stanowi tropikalny las, co w Afryce
jest ważne, bo nie ma problemu z żyzną ziemią i wodą. Jednak najważniejsze jest
to co pod ziemią się kryje; ropa naftowa i tak rzadkie surowce jak nikiel. W
śladowych ilościach wydobywa te skarby państwo, co zapewnia mieszkańcom względny
dobrobyt, jak na warunki afrykańskie. Jednak kraj się nie rozwija i nie
rozwinie, bo przyczyna jest ta sama, brak upowszechnionej własności, co
warunkuje jakąkolwiek przedsiębiorczość.
Gabończyk pracuje na przykład przy wydobyciu owych cennych kopalin,
jak państwo go do tego zatrudni. Nie kupi narzędzi, nie założy spółki
kopalnianej i nie wykupi koncesji na wydobycie, bo zwyczajnie nie ma takich
możliwości, nikt mu nie da kredytu, nie zarejestruje firmy, bo nie ma takiego
zwyczaju.
Fakt, że świat się skurczył, spowodował, że buddyjscy mnisi w
poczuciu zagrożenia zaczęli zwalczać Tamilów, a ci z kolei na swoich
terytoriach wojują z muzułmanami. Terrorystyczne zamachy i rzezie na tle
religijnym stały się czymś powszednim we współczesnych Indiach. Nikt z
intelektualistów Zachodnich nie zadał sobie pytania w jaki sposób media
rozpowszechniły religijny fundamentalizm, jako metodę istnienia w świecie.
Ruch "fundamentalistyczny" zaczął się w Ameryce. To
nie pomyłka; wyrósł z ruchu purytańskiego, który wykorzystał do swojej
działalności nowoczesne środki przekazu i zaczęło się niewinnie od masowego
druku Biblii i rozpowszechniania "Pisma Świętego" na całym świecie w
wielu językach za tym oczywiście szedł odpowiedni przekaz ideowy właśnie pod
hasłem "fundamentalizmu" czyli obrony podstawowych wartości
chrześcijaństwa. Z tych doświadczeń w Polsce skorzystał Ojciec Rydzyk, bowiem,
co by o nim nie sądzić, to swój "fundamentalizm" realizuje przy
użyciu bardzo nowoczesnych środków i potrafi to robić.
Dzięki mediom wierzymy w to, że świat jest w stanie permanentnej
wojny, jak w to, że butelkowana woda z kranu jest źródłem zdrowia. Media mają
największe zasługi w okretynianiu ludzkości, lansują polityków i fałszywe
autorytety, pseudomyślicieli i naukowców. Dzięki taniej poligrafii wystarczy
wydać dwie książki, żeby zostać profesorem, kiedyś trzeba było 30 lat badań,
doświadczeń, lektur, żeby zdobyć kompetencje na wymaganym poziomie. Dziś dzięki
mediom można iść na skróty, kilka artykułów i wystąpień w telewizji i już ma
się dorobek.
Nie mamy rzeczy najważniejszej, narzędzi do weryfikacji tego
dorobku, a używanie rozumu nie jest postawą aprobowaną.
Do zakręcenia!
and.