spis treści

strona główna

prace janusza wiliszewskiego

blues dla janusza w blue note

brzmienia

 

Jacek Kasprzycki                                             

AMBASADOR DELTY I BLUESA CHICAGO W POZNANIU

 

(o Januszu Wiliszewskim)                                                                                              

 

 

25 listopada 1997 roku zmarł Janusz Wiliszewski. Malarz, rysownik, bluesman. Odszedł artysta, który dla wielu był postacią inspirującą. Nie uświadamiamy sobie tego, gdy ktoś taki żyje, po jego śmierci zaś sama postać i jej dokonania istnieją w podświadomej pamięci zbiorowej, a „fizycznie" szybko zacierają się wraz z upływem czasu. Był perfekcjonistą, a zarazem nie akceptował świata, który go na co dzień otaczał. Zbierał dziwaczne zdjęcia jeszcze dziwaczniejszych samochodów, ekstrawagancko ubranych dziewcząt z pokazów mody, chodził do cyrku, by robić „foty" z przedstawień. Z tego konstruował swe malarskie wizje. Także serie portretów... Tina Turner, Hitler, Brzeziński, niecodzienny był wybór tych postaci. Przyjmował bez sprzeciwu uwagi Rysia Sarbaka na temat tego, co grał, a moje na temat swych obrazów. Od innych nie chciał tego wysłuchiwać. Całą partię swych, według niego samego, mniej udanych dzieł, porąbał i spalił w kaflowym piecu.

 

 

Mówił zawsze szczerze, co myśli na temat polityki, sztuki, postępowania ludzi i charakteru swych kolegów. Często w ten sposób szkodził sobie, a również nieświadomie innym, gdyż ludzie w naszym kraju są bardzo pamiętliwi i podatni na plotki. Nie dbał o rozgłos, legendę i ukrytą reklamę, co stosują często „bardzo skromni", a sprytni artyści. Nie pasował do Poznania, choć miał w nim wielu przyjaciół, ale miasto jakoś nie potrafiło go docenić...

 

Niezbyt radził sobie finansowo. Chciał być w pełni niezależnym artystą. Sądzę, że ta ortodoksja była przyczyną jego coraz bardziej wrogiego nastawienia do rzeczywistości kulturalnej i politycznej. Nie mógł ścierpieć faktu, że po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, kariery robią ci najbardziej obrzydliwi w rodzaju Urbana.

Był wirtuozem harmonijki ustnej, prawie niezauważanym. Jego przyjaciel Ryszard Sarbak, zaangażował go do grupy grającej reggae - Basstion. Grał z nimi solówki dynamiczne, a zarazem refleksyjne. Jego marzeniem było stworzenie własnej, z prawdziwego zdarzenia, „chicagowskiej" grupy bluesowej. Zawiązany przez nas „Blues Quartet" powstał chyba zbyt późno. Janusz już wtedy był ciężko chory. Złośliwy guz wątroby rozrastał się w przerażającym tempie. Nie pomogły dwie operacje. Janusz nie dokończył wielu rzeczy: cykli obrazów, animowanego wideoklipu (był też animatorem, swego czasu pracującym w poznańskim Studio), nowego programu łączącego bluesa, muzykę etniczną i folk, również ten polski - „chodnikowy". Był artystą tego samego formatu, co znane polskie - w tym poznańskie-nazwiska, a jednak w świadomości wielu istnieje jedynie na marginesie.

 

 

W marcu 1999 roku, z okazji urodzin Janusza odbyła się wystawa jego prac w Galerii Ewy Polony, przy ul. Św. Marcin.  Ich siła i ekspresja uświadomi niektórym, jak niesprawiedliwa jest ocena artystów jedynie poprzez blichtr ich dzieł i umiejętność wpisania się w nurt obowiązującej konfekcji artystycznej. Razem z Jarogniewem Mikołąjczakiem zagraliśmy też kompozycje Janusza. Obecnie gdy pisze te słowa nie żyje również Ewa Polony - współorganizatorka tamtej wystawy i wszechstronny artysta – Wojciech Kowalczyk – przyjaciel Janusza którego tenże bardzo wysoko cenił...

 

Janusz nie był bluesowym purystą. Nie kopiował solówek ani nie korzystał z gotowych patentów. Nie chciał być  „wymiataczem”, ani też  tradycjonalistą hołdującym „jedynie słusznemu” stylowi. Jak wielu bluesmanów był nie tylko wykonawcą muzyki, choć to właśnie ona, podobnie jak i malarstwo - stanowiła esencję jego życia. Używał głównie harmonijek Blues Harp i Marine Band, ale i przy pomocy innych potrafił wyczarować świat brzmień silnych i przejmujących zarazem.

 

Nie był rockmanem, czy jazzmanem grającym okazjonalnie bluesa. Za oceanem tradycja bluesowa u muzyków i słuchaczy funkcjonuje niejako podskórnie w muzycznej mentalności. W Europie trzeba ją sobie samemu przyswoić. Janusz twierdził, że większość polskich wykonawców bluesowych zajmuje się tą dziedziną muzyki niejako okazjonalnie. Sądzą mianowicie, iż blues jest „łatwy”, ponieważ wystarczy grać z większą ilością blue notes, mniej wydziwiać, pożądany efekt zaistnieje sam. Mawiał o nich „popeliniarze”. Uważał też, że do bluesa trzeba dorosnąć, że tzw. młody, dobrze zapowiadający się bluesman to osobnik około czterdziestki. Powtarzał zawsze, że ani znajomość wielu standardów, ani wirtuozeria, ani powierzchownie pojmowana stylowość - nie decydują o poziomie bluesmana. Decyduje o tym charakter własnej muzycznej wypowiedzi. Niesamowicie dbał o komplet swoich harmonijek, gdyż jak wiadomo to instrumenty niezbyt trwałe... Widziałem je u niego nieraz, z podpierającymi stroiki żyletkami, trzymane w miejscach o najlepszej dla nich wilgotności. Nie miał ich w nadmiarze z powodu braku pieniędzy.

 

Marzył o kupnie markowego hohnerowskiego akordeonu - gdyż ów instrument to druga - nie ostatnia - muzyczna jego pasja. Był i jest polskim Cliftonem Chenierem i Johnem Delafose - zarazem. Jego kompozycje: „Blues Chodnikowy”, „Blues Firmowy”, czy „Blueswoman” to swoiste, oryginalne odmiany rodzinnego zydeco - świetnie wtopionego we współczesny miejski pejzaż. Zresztą, wiejskie brzmienia Sonny Terry`ego, jak i północno-industrialne Little Waltera i Juniora Wellsa, były dla niego inspiracją. Zaznaczam: inspiracją jedynie, gdyż barwa jego harmonijki była (i jest) od razu rozpoznawalna. Kompozycja Janusza „Harp Play Boogie” - zagrana brawurowo z ostatnim jego zaspołem Blues Quartet - ma w sobie zarówno mocne chicagowskie riffowe frazy Jamesa Cottona, Big Waltera Hortona i George „Harmonica” Smitha - jak i giętkość stylu Kalifornijczyków spod znaku Careya Bella czy Roda Piazzy.

 

Bezpośrednio największy wpływ wywarł na Janusza - Sugar Blue - wirtuoz zespołu Muddy Watersa, którego mógł podziwiać w 1989 roku w Polsce, ale którego nie starał się niewolniczo kopiować. Cenił też Jerry`ego Portnoya, Johna Mayalla, Paula Butterfielda, choć jego frazy były zdecydowanie bardziej „czarne” - pulsując rytmem, łagodne tylko na tyle, na ile to było konieczne do uzyskania właściwej ekspresji, ale takiej, aby ta nie przeszła niebezpiecznie w stronę wymuskanego, słodkiego popu.

 

W repertuarze Janusza dominowały kompozycje własne, bardziej stylowe, jak; „Armie”, wspomniany już „Harp Play Boogie”, „Maszerujemy”, czy „Blues Zero”. Standardy typu „Merci, Merci”, „Help me”, czy „Junior Shuffle” Muddy Watersa - stanowiły około 30 % doboru wykonywanych przez niego pozycji. Podobnie jak John Paris z grupy Johnego Wintera  - Janusz często zamieniał harp i akordeon na gitarę basową. W Blues Quartecie, istniejącym tylko dwa lata, miałem przyjemność korzystać z jego pulsujących, mocnych, bardzo stylowych i matematycznie precyzyjnych podkładów. Kilka jego kompozycji dawało sposobność gry unisono, w formie dynamicznych riffów z gitarą. Niepurystyczny stosunek Janusza objawiał się także wobec innych gatunków muzyki popularnej.

 

 

Najlepszym tego dowodem niech będzie jego długa współpraca z Grupą Basstion Ryśka Sarbaka, zespołem grającym reggae. Bluesowe i rhytm & bluesowe solówki świetnie wpasowywały się w proste, oparte z reguły na kilku akordach, przebojowe kompozycje lidera grupy - Ryśka - grającego na trąbce. W dyskografii zespołu funkcjonuje też kompozycja Janusza „Pytania”, będąca kompilacją stylu  chicagowskiego i jamajskich rytmów. Uwielbiał też grupę rockową Budge za super dynamiczny, swingujący puls ich sekcji rytmicznej oraz folkowy irlandzki  - „The Poques”.

 

Nie wiodło mu się w tzw. „karierze”. Prawdopodobnie wina to specyfiki Poznania - miasta w którym mieszkał .Miasta, które trzyma na dystans artystów, nie służy powstawaniu twórczych legend, z którego w latach dziewięćdziesiątych wyemigrowali; Ryszard Krynicki, Mariusz Kruk, Krzesimir Dębski i wiele innych wybitnych osobowości. Powtarzał, że marzeniem jego byłoby osiąść gdzieś na stałe w Amsterdamie, żyć ze sprzedaży obrazów, a wieczorami w pubie do późnych godzin grać bluesa w gronie życzliwych sobie ludzi. Kilka razy wziął udział w imprezie Krzysztofa Ranusa „Zaczarowany świat harmonijki” i dumny był, że wymieniony podczas koncertu zapowiedział go jako „Mistrza świata”. Grał okazjonalnie z wyśmienitymi polskimi bluesmanami - choć nie tymi z medialnej czołówki. Nie zdążył dokonać wielu nagrań, lecz te, które istnieją (z Blues Quartetem i Basstionem) można by szerzej upowszechnić, szczególnie teraz, gdy istnieją tak wielkie możliwości masteringu niedoskonałych technologicznie nagrań

         

 

Jak wielu bluesmanów trawiła go prawdziwa melancholia. Ciągle był w niezgodzie ze światem. Bolało go dotkliwie to, że po 1990 roku, w naszym kraju w polityce i kulturze do głosu doszli - częstokroć - ci najbardziej skompromitowani, słabi duchem i nierzadko - mierni artystycznie. Ubolewał nad upadkiem szeroko rozumianej polskiej kultury muzycznej i filmowej. Widział przenikliwie triumf cwaniactwa i taniej konfekcji wśród artystów plastyków, jak i wśród muzyków związanych z przemysłem muzyki rozrywkowej. Nie „pasował” do tych układów. Nie dokończył; cykli obrazów, animowanego wideoklipu, który mieliśmy razem realizować, nowego programu łączącego bluesa, muzykę etniczną i folk, również ten polski - „chodnikowy”. Był - sądzę artystą tego samego formatu, co wielu znanych w Polsce z medialnego panteonu, a jednak w świadomości wielu istnieje jedynie na marginesie. Z pewnością na jego temat wiele powiedzieliby muzycy, z którymi grał; Ryszard Sarbak, Andrzej Piątkiewicz, Jarogniew Mikołajczak, Piotr Soroka, Krzysztof Cagara, czy malarze; Sylwek Łachacz, Tadzio Sobkowiak, Jacek Strzódka, Wojtek Olesiak oraz przyjaciele; Ania Kamińska, Marek Janicki, Krzysztof Ranus i inni... Zmarł młodo. Zostały po nim obrazy i nagrania. Myślę, że warto je przypominać.

 

PRACE JANUSZA WILISZEWSKIEGO

PS.

Ryszard Sarbak zmarł w 2006 roku. Artykuł powstał w 2000.

Wojtek Kowalczyk, Marek Janicki i Ewa Polony w tymże 2006 roku.

 

Dnia 4 grudnia 2007 roku, w – 10 lat po śmierci Janusza Wiliszewskiego odbył się

Koncert bluesowy w Blue Note w Poznaniu, w CK Zamek (ul. T.Kościuszki 76/78)

Pod nazwą BLUES dla JANUSZA.

Zagrali; Krzysztof Gąszewski na harmonijce ustnej, Piotr Kałużny na fortepianie, Jacek Kasprzycki

na gitarze, Krzysztof Jarmużek na gitarze basowej, a na perkusji Piotr Soroka (Dixie Company). Wystąpił też z własnymi kompozycjami poświeconymi

Januszowi przybyły specjalnie z zagranicy Bronisław Modrzyński.

Słowo wprowadzające wygłosił Krzysztof Wodniczak.

Na zakończenie odbyło się krótkie blues-session, w którym udział wzięli m.in. Jakub Królikowski

grający na fortepianie i Andrzej Kownacki na perkusji. Śpiewał bluesy Jacek Królikowski

impresario zespołu jazzowego Królikowski Quartet.

 

Po 10 latach spotkali się ze sobą koledzy i przyjaciele Janusza.

Organizatorzy dziękują wszystkim – szczególnie Leszkowi Łuczakowiszefowi Blue Note.

 

 

Jacek Kasprzycki

Adres: Osiedle Bolesława Śmiałego 1 D/ 145

60 - 682 Poznań

tel. (061) 670 38  05

kom. 604155375

jacekkasprzycki@onet.eu

 

Ó CyjSoftware