http://adstat.4u.pl/s4u.gif

  

powrót do strony głównej

alfabetyczny spis treści

działy

 

Andrzej Wilowski

 

A co na to Heliodor? (rzecz o polskich uczelniach wyższych)

 

Dziennik "Rzeczpospolita" i tygodnik "Polityka" ogłosiły ranking polskich wyższych uczelni. Pierwsze miejsce zajął Uniwersytet Jagielloński, drugie Uniwersytet Warszawski, a na trzecim znalazł się Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Komentarze były różne; rektor UJ, choć nie krył radości z miejsca, to był też sceptyczny, bo jego uczelnie można na liście sporządzonej przez UNESCO odnaleźć w drugiej setce, co prawda w rankingu światowym. Rektor poznańskiego uniwersytetu był większym optymistą ii twierdził, że ambicją UAM, a właściwie AMU (zgodnie z unijną nomenklaturą po zagranicznemu Adam Mickiewicz University) jest ugruntowanie pozycji w pierwszej setce, tylko nie wiem jakiego rankingu.

 

Uczciwie byłoby porównać kryteria jakimi kierowali się w ocenie autorzy krajowego zestawienia, a co decyduje w rankingach światowych. Jednak nauka to nie sport i nie wszystko da się tu obiektywnie zmierzyć w sensie wyników i osiągnięć. Zresztą tego typu wykazy są wymowne dla kandydatów na uczelnie, ale nie będę się upierał, że mają one większą wartość niż publicystyczna. Wśród naukowców krąży taka facecja; Jagielloński jest najstarszy, więc dlatego zawsze jest na pierwszym miejscu wymieniany, a zaraz po nim Warszawski, bo największy w kraju, ale UAM wymienia się zaraz po nich, bo jest najlepszy. Ja dodałbym, jeszcze, że najmłodszy. Właśnie obchodził 90 rocznice powołania. W atrapie średniowiecznego zamku, który miał być prowincjonalną rezydencją niemieckiego cesarza, a stał się siedzibą pruskiej administracji, wkrótce po odzyskaniu niepodległości 7 maja 1919 roku nastąpiła uroczysta inauguracja Uniwersytetu Piastowskiego w Poznaniu.

 

Pierwszym rektorem był profesor Heliodor Święcicki. Uniwersytet poznański potrzebował sporo czasu na uznanie, w dwudziestoleciu międzywojennym był najmłodszą uczelnią. W tamtym czasie prym wiodły obok Uniwersytetu Jagiellońskiego, Uniwersytet Jana Kazimierza i Stefana Batorego. Uniwersytet Warszawski, choć z racji położenia w stolicy wcale nie miał też "centralnego znaczenia". Kiedyś podstawowym kryterium w ocenie uczelni była tradycja, im bardziej nobliwa, tym bardziej poważana i przekładało się to na autorytet profesorów takiej uczelni. Wojna światowa nie tylko zburzyła porządek polityczny w świecie i Europie, ale też zmieniła dawne ugruntowane tradycją stosunki społeczne, w tym momencie też spadła ranga uczelni, które mogły się wylegitymować wyłącznie tradycją.

 

Zaczęto stawiać przede wszystkim na konkretne dokonania naukowe. Pojawiła się wysoka specjalizacja wśród uczelni. Wydziały nauk medycznych, a nawet niektórych humanistycznych zaczęły się odłączać od uniwersytetów i przekształcać w akademie. Jednak największym zainteresowaniem młodzieży cieszyły się wyższe szkoły zawodowe, w szczególności techniczne. Powód był bardzo prosty, dawały one szanse zdobycia atrakcyjnych zawodów. Pozornie to oczywiste. Dziś w środowisku akademickim słyszy się opinie, że rynek powinien wpływać na rozwój uczelni. Teraz teoretycznie student ma możliwości wyboru uczelni w całej Europie. Teoretycznie, bo do walki o indeksy w Europie polscy maturzyści nie są wcale dobrze przygotowani, zdobywają je najlepsi.

 

Jeśli spojrzeć na rankingi opisane na wstępie, to w tej wolnej konkurencji szanse polskich uczelni są nie wielkie. Każda uczelnia zainteresowana jest pozyskaniem najzdolniejszych słuchaczy, ale o poziomie kształcenia decyduje ta "średnia". Polak studiujący w Anglii powiedział mi, że lepiej być "średniakiem" na renomowanej uczelni, niż "prymusem" na prowincjonalnej. Naukowcy twierdzą, że od lat polskie uczelnie są nie doinwestowane, począwszy od niskich zarobków kadry, na muzealnym wyposażeniu laboratoriów skończywszy.

 

Jednak liczba wyższych uczelni stale rośnie. Rozwija się dydaktyka, a nauka nie. Dydaktyka jest tańsza od działalności badawczej. Kadra wobec marnych zarobków, musi dorabiać w prywatnych szkołach, ale badań prywatne szkoły nie prowadzą. Nie pomogą wyższe dotacje budżetowe, one nie sfinansują wszystkich badań, musi uczestniczyć w tym przemysł, ale w Polsce nie jest on zainteresowany wynalazkami i nowymi technologiami. Drobnym wsparciem dla naukowców są rozmaite formy współpracy z zagranicznymi środowiskami akademickimi, które dają szanse uczestniczenia w ważnych i zaawansowanych badaniach.

 

Postawiłem diagnozę. Powie czytelnik, że to same oczywistości, ale jak rozwiązać ten problem, czy warto w ogóle go rozwiązywać? Pora więc powiedzieć o przyczynach i rozwiązaniach, jakie są możliwe, choć nie ma pewności, że spotkają się z zainteresowaniem. Powiem więcej, dalsze tezy i wnioski nie spodobają się nikomu; profesorom, studentom, politykom.

 

O poziomie uczelni w pierwszym rzędzie decyduje kadra naukowa i dydaktyczna. Kadra tradycje akademickie i autonomie uczelni pojmuje dość dosłownie. Na wielu uczelniach nadal obowiązuje ustrój feudalny, dotyczy to doboru kadry, karier i awansów. Dyskutowano przez lata kwestie kontraktów profesorskich. Rotacja kadry praktycznie nie działa. Nie jest mi znany przypadek, aby ktoś musiał opuścić uczelnie z powodu braku wyników w pracy naukowej, czy dydaktycznej.

 

Wymiana kadry między uczelniami też jest fikcją, bo nie ma na to pieniędzy. Angażowanie na kontrakty zagranicznych profesorów jest fikcją, bo żadna uczelnia w Polsce nie jest w stanie zaoferować nie tylko odpowiednich zarobków, ale też bazy dla badań. Akademiccy feudałowie czują się pewnie. Praktycznie sami sobie zatwierdzają nominacje profesorskie, wybory kierowników zakładów, jak i dziekanów są fikcją, bo o ile są poprawne pod względem formalnym, to merytorycznie też są formalnością. Najszybsze kariery robią humaniści, prawnicy i ekonomiści. Od lat "lista autorytetów" w tych dyscyplinach jest nie zmienna. W czasie rządów PiS rada wydziału prawa Uniwersytetu Warszawskiego wystosowała otwarty list, w którym alarmowała z powodu psucia prawa przez władze. W replice profesor Janusz Kochanowski, zauważył, że sygnatariusze tego listu od kilku dekad opiniują i przygotowują kolejnym władzom akty prawne i o ile mają racje, to powinni się zastanowić, kto tak na prawdę to prawo psuje, czy nie przypadkiem ten, co je opiniuje.

 

Nie znalazł finału skandal z doktorem Mizgalskim, który nie mógł przystąpić do kolokwium habilitacyjnego, tylko dlatego, że ujawnił agenturalną przeszłość dziekana wydziału na którym miała być obrona. Środowisko profesorskie wykazało zadziwiającą solidarność z dziekanem. W Toruniu prywatną wyższą szkołą marketingu kierował były oficer SB. W końcu był doświadczonym fachowcem od technik perswazyjnych, przydatnych również w reklamie. Na kilku uczelniach dokonano kosmetycznych zmian, w instytutach nauk politycznych o "socjalistycznej proweniencji" zamieniono tabliczki i tak powstały wydziały dziennikarstwa.

 

Skandalem było opublikowanie paszkwilu na Wałęsę Pawła Zyzaka, rzekomej pracy magisterskiej. Krytykowano IPN, radę programową IPN i wiele innych osób i instytucji przy okazji. Minister szkolnictwa wyższego chciała przeprowadzić na Uniwersytecie Jagiellońskim kontrole procedur obrony prac magisterskich. Chciała, bo się z tego wycofała, zresztą słusznie. Promotor i protektor zarazem Zyzaka profesor Nowak nadal wykłada na wydziale historycznym UJ i akurat jemu nikt złego słowa nie powiedział, chociaż wydawnictwo profesora ów paszkwil wydało. Profesor Wolszczan okazał się byłym tajnym współpracownikiem SB, skutkiem tego ujawnienia odsunięto go od dydaktyki. W końcu nie przestał być wybitnym astronomem, a gwiazdom obojętne są dylematy etyczne.

 

Uniwersytet im Adama Mickiewicza dwa lata przed jubileuszem, hucznie fetował zasłużonego profesora anglistyki Jacka Fisiaka, ministra Szkolnictwa Wyższego w okresie stanu wojennego, oficera służb specjalnych, z czym przestał kryć się właśnie w stanie wojennym i wsławił się czystkami na uczelni, sprawiedliwie zaczynając je od macierzystego wydziału. Prawdopodobnie jako językoznawca sprawdzał praktyczne zastosowanie w służbach tłumaczenia. Nikt mnie nie przekona, że te podwójne role nie miały wpływu na kariery. Jeśli nawet ich nie wspierały, to możliwości innym ograniczały. Nie ma mowy o poprawie jakości kadry akademickiej bez "lustracji" i "dekomunizacji".

 

Studenci mają prawo wiedzieć jakie kwalifikacje etyczne i moralne mają ich profesorowie, dlatego konieczna jest lustracja, ujawnienie kto na uczelniach był tajnym współpracownikiem SB. Trzeba podziękować za współprace dawnym funkcjonariuszom systemu represji. Dekomunizacja zakończy nie uczciwe kariery popierane przez PZPR i jej organy i służby, a nie oparte na osiągnięciach i wynikach prac naukowych. Oponenci powiedzą, że studentom kwestie etyczne mogą być obojętne, a w dodatku ci skompromitowani wkrótce przejdą na emeryturę. Jednak wcześniej będą mieli nadal wpływ na politykę kadrową i kierunki badań, nie będą też wzorem dla następców.

 

Najszybciej rozwijają się kierunki humanistyczne i dyscypliny paranaukowe. Mnożą się kierunki studiów, powstają nowe specjalizacje, ale czy związane jest to z popytem na nowych specjalistów? Bynajmniej, wcale nie rynek o tym decyduje, tylko mody i inwencja kadry. Kilka lat temu najmodniejsze były "marketing" i "logistyka", ale o ile łatwo było podjąć studia na tych kierunkach, to z pracą gorzej. Reprezentanci nauk ścisłych nie mogli liczyć na koniunkturę , masy studentów walczących o indeksy. Właściwie uczelni jest tyle, że kandydaci nie muszą o nic walczyć, to uczelnie o nich zabiegają. Wedle ostatniego raportu, jaki czytałem o szkolnictwie wyższym, W Polsce zarejestrowanych jest 448 wyższych szkół, w tej liczbie odnalazłem ledwie 13 uczelni kształcących na kierunkach technicznych i były to wyłącznie szkoły państwowe... Badania w zakresie nauk ścisłych prowadzą jedynie uniwersytety. Można uznać, że „królowa nauk” czyli matematyka powinna pozostać jako kierunek studiów na wyróżniających się uczelniach, a te nie publiczne, powinny oferować wykształcenie bardziej praktyczne, zawodowe.

 

Poniekąd tak się dzieje, wiele szkół wyższych jest wyższych tylko z nazwy i wypełniają pewną lukę na rynku powstałą po upadku szkolnictwa zawodowego na poziomie szkoły średniej. Czy jestem przeciwnikiem masowego kształcenia na poziomie akademickim? Oczywiście, że nie. Z wielu powodów upowszechnianie wykształcenia jest pożądane. Jeszcze nie tak dawno studia dla wielu młodych ludzi były ucieczką przed komisją poborową. Dziś armia staje się zawodowa. Właśnie armia odegrała ogromną role w upowszechnieniu wykształcenia na poziomie wyższym.

 

Po zakończeniu II Wojny Światowej masy młodych mężczyzn zdemobilizowanych powróciło do Ameryki z frontów europejskich i dalekowschodnich. Nie było dla nich pracy, nawet wzrosło bezrobocie, bo spadła produkcja na rzecz armii. Niestety dla tych, którzy narażali życie w walce o najwyższe wartości nie było żadnych propozycji na czas pokoju, na przyszłość. Tego problemu nie miała zrujnowana wojną Europa, trzeba było odbudować cywilizacje. Podczas gdy na starym kontynencie uczelnie walczyły o studentów, sale wykładowe świeciły pustkami, to za oceanem powstał program masowej edukacji. Każdy Amerykanin powracający z wojny mógł otrzymać indeks, stypendium socjalne, czy naukowe.

 

Opóźnienie startu w karierze zawodowej dla państwa jest lepszym rozwiązaniem, niż wypłacanie zasiłków dla bezrobotnych ludziom młodym, ale bez zawodu, wykształconym, ale ledwie na poziomie szkoły średniej, czyli bez kwalifikacji. Wreszcie młody człowiek studiując ma szanse na rozwój i jest nadzieja, że w przyszłości będzie aktywny na rynku pracy, a może nawet w biznesie. Coraz więcej absolwentów wyższych uczelni decyduje się na samodzielny start w karierze zawodowej, czyli zaczynają od własnej działalności gospodarczej. Jednak te najbardziej atrakcyjne finansowo i prestiżowo kariery czekają na absolwentów kierunków inżynierskich, a tych zdecydowanie brakuje.

 

Z Europy Zachodniej przyszła do nas zdrowa moda na „BIC” (Bisness Incubator Center), „Inkubatory Przedsiębiorczości” lokowane przy ośrodkach akademickich, lub wręcz na samych uczelniach. Dzięki takiemu rozwiązaniu ci najzdolniejsi już w trakcie studiów zostają przedsiębiorcami, prowadząc przeważnie małe firmy eksperckie i inżynierskie w zakresie wysokich technologii. Jednak jak już powiedziałem, to wyjątki, bo dotyczą najzdolniejszych i najaktywniejszych, a jak zauważyłem wcześniej o poziomie uczelni decydują przede wszystkim ci „średni”. Uczelnie techniczne mają spore kłopoty z naborem, nieliczni kandydaci są w stanie spełnić wymagania uczelni. Powód bardzo prosty, matematyka została skreślona jako obowiązkowy przedmiot maturalny. Dziś już politycy dostrzegają zgubny wpływ tej decyzji i ma zostać przywrócona jako przedmiot obowiązkowy na maturze. To optymistyczne, ale straty już zostały poniesione i wcale nie mam przekonania, że moda na humanistykę przeminie na korzyść mody na politechniki.

 

Czy proponuje zamykanie wydziałów humanistycznych, a ich miejsce powoływanie politechnicznych? Bynajmniej, a przed takim postulatem powstrzymuje mnie poczucie realizmu, zwyczajnie brakowałoby absolwentów szkół średnich zdolnych podjąć takie studia. Właśnie, czy koniecznie muszą to być studia? Uważny czytelnik zauważył, że z upodobaniem pisze o „wykształceniu na poziomie wyższym”, a nie o „studiach”, czy „zdobywaniu stopni naukowych”. W tym miejscu zauważę, że niepokojąco wzrosła „produkcja doktoratów”, w tym przypadku zadziałało prawo przejścia jakości w ilość. O ile poczyniono pierwszy krok w reformie toku studiów, czyli podzielono je na dwa etapy; licencjacki i magisterski, o tyle zrobiono to nie konsekwentnie. Owa niekonsekwencja pośrednio wynika z ciągle „feudalnego ustroju szkół wyższych”. Nadal „zalicza się stopnie” w karierze akademickiej, a nie kwalifikacje.

 

Obowiązek pisania prac licencjackich i magisterskich jest zbędnym obciążeniem zarówno dla samych studentów, jak i uczelni. Oczywiście to opłaca się kadrze dydaktycznej. W końcu o przebiegu studiów świadczy indeks słuchacza, a nie praca, której napisanie musi poprzedzić szereg egzaminów sprawdzających wcześniej przyswojoną wiedze. Dyplom magisterski jest jak szlachectwo, daje satysfakcje, ale sukcesu nie gwarantuje. Pisaniu prac magisterskich powinni się poświęcić absolwenci, którzy zechcą kontynuować karierę w nauce. Podobnie studia doktoranckie powinny być przewidziane dla tych, którzy z nauką są już związani, czyli nie „zaliczają kolejnego stopnia”, tylko prowadzą rzeczywiste prace badawcze. Wiem, że ten postulat nie spodoba się najbardziej „akademikom”, bo ilość prac to nie tylko prestiż dla wydziałów i profesorów, ale też konkretne pieniądze podnoszące uposażenie kadry. Proszę jednak spojrzeć na problem bez emocji.

 

Moje rozwiązanie spowoduje wyraźne oddzielenie procesu dydaktycznego od pracy naukowej. Rezygnacja z „tytułowej fikcji” wpłynie korzystnie na jakość procesów dydaktycznych, chociażby uwolni od problemu „nadzoru” masy prac. Nie jest tajemnicą, że pisanie prac na zamówienie i masowe plagiaty są zmorą wszystkich uczelni. Nawet to mnie nie dziwi, bo przy masowości, trudno o oryginalność tematów i samych przewodów, w końcu w większości są to prace sprawozdawcze, a w znikomym stopniu badawcze. Zwolnienie profesorów z tego obowiązku pozwoli zająć się rzetelnie karierami i postępami tych najzdolniejszych i twórczych studentów, którzy powinni pozostać w nauce. Dziś ci najzdolniejsi wybierają kariery w biznesie, administracji, czy wielkich korporacjach, a kariery akademickie przewidziane są dla nieudaczników, choć wystarczająco zdolnych do „zaliczania stopni”. Właśnie takiego błędu nie popełnili Amerykanie, otwierając uczelnie dla „mas” oddzielili naukę, od dydaktyki. Dobrze skonstruowany program dydaktyczny i szeroka oferta przedmiotowa pozwalały na zdobywanie wysokich kwalifikacji, choć w w wąskich specjalnościach. Dzięki temu wykształcenie stało się cennym towarem.

 

Wykształcenie, a nie same dyplomy i niskie notowania polskiej nauki w świecie najczęściej tłumaczy się wyjątkowo małymi nakładami na naukę, a zwłaszcza na szkolnictwo wyższe. Przynajmniej raz w tygodniu radio, lub telewizja nadaje felieton o osiągnięciach wybitnego polskiego naukowca, czy wynalazcy, ale za granicą. Zawsze w poincie powtarza się ta sama sentencja „nie miał odpowiednich warunków do przeprowadzenia swoich badań w kraju”. Jest to po części prawdziwe, bo jeśli mówimy o warunkach, to nie tylko o bazę, laboratoria, pieniądze tu chodzi, ale o coś więcej.

 

Źródłem wszystkich tych dokonań jest determinacja uzdolnionych jednostek, a nie programowe, długofalowe działanie nastawione na osiągnięcie rezultatów w konkretnych dziedzinach. Jako przykład można podać tu fińską Nokię. Firma, która zaczynała od produkcji „sztormowców” i „gumiaków” dla rybaków, stała się potentatem w branży telekomunikacyjnej i elektronicznej. Z inicjatywy firmy powstały setki programów badawczych, począwszy od nowych technologii w dziedzinie elektroniki, ale i chemi, telekomunikacji, ale i informatyki, nie lekceważą też badań podstawowych w dziedzinie fizyki i matematyki. Ta jedna firma na badania wydaje więcej niż wynosi nasz budżet na szkolnictwo wyższe.

 

Nie ma mowy o wynikach w badaniach bez pieniędzy, ale musi być też na nie zapotrzebowanie. Nie tylko o to chodzi, że to się musi najzwyczajniej opłacać, ale przedsiębiorca musi mieć świadomość tego, że opracowanie nowoczesnych technologii może uzyskać od polskich naukowców. Kupujemy licencje, lub gotowe wyroby za granicą, zamawiamy oprogramowanie w zagranicznych firmach. Polscy naukowcy szukają w świecie laboratoriów, w których mogliby prowadzić badania nad lekami, polscy informatycy są zatrudniani przez zachodnie koncerny. Moda na licencje po części wynika z kompleksów, kupujemy licencje na seriale dla telewizji i nasiona dla rolnictwa, a w kraju nie brak uzdolnionych twórców i polskie hodowle nie mogą sprzedać polskich odmian zbóż, które nie ustępują jakością od tych z importu, są nawet często lepiej dostosowane do lokalnych warunków glebowych i klimatycznych.

 

Zaczyna się wszystko w szkole średniej, gdzie nie dba się o popularyzacje wiedzy i wprowadzanie pewnej kultury technicznej. Programy są instrumentalne i encyklopedyczne, a nie rozwijające. Wymownym przykładem niech będzie ostatni test maturalny, który wedle opinii samych abiturientów był żenujący, jeśli chodzi o wymagania wobec maturzysty. Właśnie takimi metodami „robi się wyniki”, skoro wiadomo, że poprzeczka może być za wysoko postawiona, żeby ją większość przeskoczyła, to równamy w dół, czyli ustawmy na takiej wysokości, że nie da się jej nie przeskoczyć.

 

Egzamin maturalny sprowadzono do formy testu, czegoś pozornie obiektywnego, łatwego do weryfikacji. Oponent powie, że uzupełniono testy o bardziej twórczą formę, czyli prezentacji. W mojej ocenie wszystko sprowadzono do wymiaru karykaturalnego, bowiem tym sprawniej przebiegają testy, im bardziej są instrumentalne, to znaczy wymagają mechanicznego wypełniania dobrze skonstruowany test z pytaniami „otwartymi” nie wymaga wiedzy, najczęściej wystarczy logicznie myśleć. To akurat pochwalam, ale ta rzekomo twórcza prezentacja jest przejawem skrajnego przegięcia w drugą stronę, to znaczy im bardziej oryginalna i zaskakująca forma, tym wyższa ocena z „kreatywności”, może być nawet głupia i banalna, ale „kreatywna” to nie podważalna. Pomijam ten drobiazg, że scenariusze takich prezentacji można „kupić” w internecie. Twórcy edukacyjnej reformy chcą też być „kreatywni” i wymyślają oryginalne rozwiązania. Pytanie tylko zasadnicze, po co? Nie warto w tym miejscu zajmować się naprawianiem matury, a zwłaszcza jej procedury, bo ważniejszym jest pytanie o cel, jakie zadanie ma szkoła średnia?

 

„Średniość” często myli się ze „średniactwem”; oferujemy wykształcenie na poziomie średnim, bo na wyższy podniesie uniwersytet. Jeśli będziesz drogi czytelniku śledził biografie wybitnych osobistości świata nauki, sztuki, czy polityki zwróć uwagę na to, do jakich szkół średnich uczęszczali. Właśnie szkoła średnia, liceum decyduje o dalszym rozwoju, nie uczelnia, uniwersytet. W tym okresie kształtuje się osobowość człowieka i zdobywa umiejętności, nie przypadkiem mówi się o „świadectwie dojrzałości” to nie tylko kategoria metrykalna, na uniwersytet trafić ma człowiek dojrzały, ze świadomością tego, po co tam poszedł, z programem zdobycia potrzebnej mu wiedzy. Wypada wyjaśnić na czym polega ten proces „dojrzewania”.

 

Programy dla szkół średnich i podręczniki często przygotowują akademicy, których ambicją jest przekazanie wiedzy możliwie najszerszej, aktualnej, ale na przystępnym poziomie. Z jednej strony mamy więc ogromną ilość informacji, a z drugiej spore uproszczenia. Rezultat łatwy do przewidzenia, wiedza ogromna, trudna do przyswojenia i kompletnie bezużyteczna. Wymiana wiedzy w każdej dziedzinie jest tak szybka, że praktycznie co pięć lat podręczniki wymagałyby aktualizacji. Rozumiem ambicje jakimi kierują się akademicy i trudności z wykonaniem zadania. Owszem dydaktycy doskonale rozumieją problem, ale to zrozumienie prowadzi do chybionych rozwiązań.

 

Mówi się często, że w nowoczesnej szkole uczeń powinien zdobyć umiejętności samokształcenia, uzupełniania i aktualizowania wiedzy, tylko znowu zapytam po co? Jeśli w przyszłości nie będę studiował medycyny- powie uczeń- to po co mi wiedza o genetyce, czy biochemii, a roztropny doda, wystarczy, jak będę wiedział, jak tą wiedze zdobyć, gdzie szukać, jakie pytania zadawać. Wiele tak zwanych prestiżowych liceów wprowadza do programów na przykład zaawansowany kurs z biologii i chemii z założeniem takim, że będzie on podstawą dobrego startu absolwenta na medycynę. Inne szkoły z ambicjami stawiają na naukę języków obcych.

 

Tu zaskoczę czytelnika, bo akurat to drugie podejście w odróżnieniu od pierwszego jest jak najbardziej trafne, bo znajomość języków obcych przyda się każdemu. Idąc dalej tym tropem ktoś dorzuci i informatyka, wszak żyjemy w dobie komputerów i internet jest podstawowym dziś źródłem wiedzy. Niestety w tym względzie mam umiarkowany entuzjazm. Dla większości uczniów szkół średnich kontakt z komputerem to najzwyklejsza w świecie „klawiszologia”, co z informatyką nie ma nic wspólnego, podobnie jak nawigowanie po internecie ze zdobywaniem wiedzy.

 

Wyjaśniam więc, to prawda, że w dzisiejszej dobie komputer jest tak powszechnym sprzętem jak odkurzacz, czy lodówka, ale powszechne użycie go jest na poziomie posługiwania się pilotem od telewizora. Błędnym jest przekonanie, że do nauki informatyki są niezbędne najnowsze komputery i internet, podobnie jak propaguje się podręczniki elektroniczne, bowiem umiejętność korzystania z nich nie sprowadza się do instrukcji obsługi. Rozwiązania się zmieniają, ale instrukcje zawsze można przeczytać, tylko jeszcze trzeba ją zrozumieć.

 

Ustaliliśmy więc, że podstawą jest nauka języków obcych. Dobra znajomość języków obcych i nie przypadkiem mowa w liczbie mnogiej, bo wszystko zależy od dziedziny w jakiej w przyszłości będziemy się specjalizować, pozwoli ona w przyszłości zdobyć wiedze, zapoznawać się na bieżąco z literaturą światową. Pragnę zauważyć, że literatury specjalistycznej często nie przekłada się na zbyt wiele języków, chodzi o czas i koszty, a do tego wymianę wiedzy między specjalistami, dziś na przykład język angielski w informatyce stał się współczesną łaciną. Zwyczajnie na studiach, kiedy będzie trzeba tą literaturę czytać, nie będzie już czasu na naukę języka od podstaw, co najwyżej będzie można rozwijać kompetencje w tym zakresie.

 

Podobnie jak ciągle obowiązujący pogląd, że uczniowi nie wybierającemu się na studia humanistyczne, nie jest potrzebna biegłość w posługiwaniu się językiem polskim w mowie i piśmie. Problem zacznie się, jak student będzie musiał napisać swój pierwszy referat na uczelni. Zgromadzi literaturę, zdobędzie wiedze, ale nie będzie potrafił tego uporządkować, przedstawić w formie pisemnej. Kiedy pojawi się pierwszy problem do rozwiązania, pierwsze zadanie, student zasiądzie do komputera, może poszuka w internecie, czy jest jakiś program, który to rozwiązuje, ale nic nie zwojuje, bo „klawiaturę ma w małym palcu” i żongluje biegle myszką, ale nie ma bladego pojęcia, co to jest algorytm.

 

Dziś nawet rozmaite aplikacje, formularze mają postać „kreatorów”, na przykład takie zeznanie podatkowe zwane PITem; krok po kroku, wpisywać dane we właściwe rubryczki i „samo się robi”. Wypełnić łatwo, ale ułożyć takiego kreatora, to już wymaga pewnych umiejętności, właśnie w układaniu algorytmów, a to z kolei jest właśnie informatyka. Podstawy informatyki daje matematyka, podobnie jak jest narzędziem w ekonomi i wielu innych dyscyplinach, nawet językoznawstwie. Nie jestem w stanie wyczerpać tu zagadnienia szkół średnich, wskazuje jedynie na kierunek ich rozwoju, ich przeznaczenie. Osobiście ze swej strony, po uprzednim odchudzeniu programów wprowadziłbym nowy przedmiot, który pozwoliłem sobie nazwać „propedia”, czyli nauka umiejętności zdobywania wiedzy, to coś więcej niż informacja naukowa, chodzi o usystematyzowanie poszczególnych dyscyplin wiedzy i pokazanie wzajemnych między nimi powiązań i zależności.

 

Dawniej gimnazja dzielono na „klasyczne” i „realne”. W tych pierwszych stawiano na łacinę i grekę, nauki podstawowe, w drugich zaś na aspekt praktyczny nauki, czyli języki nowożytne, umiejętności rachunkowo handlowe. Jednak w obu typach szkół uczono „gramatyki”, czyli sztuki wymowy, przydatnej zarówno w epistolografii handlowej, jak i rozumieniu literatury. Mogłoby się wydawać, że ten pierwszy model był wysoce nie praktyczny, ale jak sprawdzimy w biografiach, okaże się, że absolwenci tych klasycznych szkół z łatwością posługiwali się językami obcymi, uprzednio poznawszy łacinę. Nauka to coś więcej niż same umiejętności, powinna też pozwolić zrozumieć świat. Francuscy licealiści piszą prace maturalne z filozofii. Dlaczego, poddaje to rozwadze „programistom szkolnym”.

 

Zapomnijmy o bałamutnych bzdurach w rodzaju „kreatywność”, „autoprezentacja”, „informatyzacja”, przyjmijmy, że na uczelnie trafia dojrzały student, chcący zdobyć wiedze, stosowną do swoich potrzeb i możliwości. Potrzeby narzucają wymagania współczesności, czyli musi to być wiedza specjalistyczna, a nie ogólna, zawodowa, a nie potoczna. Możliwości zdecydują o tym, czy będzie ona fachowa, na poziomie licencjackim, czy badawcza, na poziomie magisterskim, lub doktoranckim. Nie dojrzały student będzie chciał sobie młodość przedłużyć i po pierwszym licencjacie poszuka drugiego kierunku studiów, a jak mu starczy sił i środków to jeszcze pociągnie doktorat. Na doktoraty „załapują się” często średniacy, bo są na przykład wolne miejsca na studiach doktoranckich, albo są płatne, więc i łatwiej się dostać. Studenci, którzy słabo sobie radzą na jednym kierunku, często podejmują kolejne studia, podobno chcą być wszechstronniej wykształceni, owszem będą wszechstronnie mało kompetentni. Moja propozycja jest radykalna, ale nie chce proponować zamykania komukolwiek drogi do kariery.

 

Studia powinny być płatne nie zależnie od typu uczelni i ich stopnia. Każdy absolwent szkoły średniej ubiegający się o indeks otrzyma kredyt pozwalający na pokrycie pełnych kosztów studiów. Niestety skutkiem tego drugi kierunek studiów byłby płatny, czyli albo student sam by opłacał czesne, albo znalazłby inny sposób jego sfinansowania, na przykład poprzez umowę stypendialną z potencjalnym pracodawcą, czy komercyjna pożyczka bankowa, do wyboru. Stosownie do osiąganych wyników kredyt ten byłby w części umarzany.

 

Na przykład absolwent, który ukończyłby studia z średnią pięć, miałby umorzony ten kredyt w całości, „czwórkowicz” w 80%, a „trójkowicz” musiałby połowę z niego spłacić. Forma i termin spłaty mógłby być ustalany indywidualnie, na czas na przykład od 10 do 15 lat, z karencją, lub nie. W przypadku rozpoczęcia kariery działalnością samodzielną, założenia firmy, spłata kredytu mogłaby być częścią pomocy finansowej debiutującemu przedsiębiorcy w ramach programu „pierwsza firma”. W odniesieniu do deficytowych specjalności spłatę tego zobowiązania mogłaby przejmować na siebie jakaś instytucja, czy firma. Na przykład konkretna gmina poszukiwałaby nauczyciela języka obcego, a kandydat miałby do spłacenia kredyt studencki przez 10 lat, jeśli zrezygnowałby, lub utracił tą posadę przed tym terminem, musiałby ponownie spłacać pozostałe zobowiązania.

 

Takie rozwiązanie miałoby dwie zalety, po pierwsze dydaktyka opierałaby się na realnych budżetach z wpływów z czesnego i żadna uczelnia nie byłaby dyskryminowana, czy preferowana, a sami studenci wykształcenie traktowaliby jako inwestycje we własną przyszłość. Oczywiście to tylko propozycja mechanizmu, a dokładne zasady wymagałyby precyzyjnego skodyfikowania w sposób nie budzący wątpliwości, jasny i czytelny.

 

„Gazeta Wyborcza” (24 października 2009) w artykule „Papierowe wykształcenie” opublikowała sprawozdanie z dziennikarskiej prowokacji, której przedmiotem było stworzenie fikcyjnej szkoły wyższej w Internecie. Oferta obejmowała studia magisterskie przez Internet w ciągu dwu lat zakończone dyplomem. Potencjalni kandydaci pytali o wszystko, zwłaszcza koszty, ale nikt nie zapytał o kadrę tej uczelni, podstawę prawną na jakiej działa. Nikt nie zastanawiał się, jak można w ciągu tak krótkiego czasu i to wirtualnie skończyć pełne studia. Wyjaśniają to w tekście reporterki podające się za pracowniczki dziekanatu; wszyscy mieli świadomość, że to „lipa”, ale chodziło im tylko o papier, bo wiadomo, dyplom nobilituje.

 

Może się wydawać, że ten artykuł podważa sens mojej propozycji, traktowania edukacji jak „towar”. W dzisiejszym stanie rzeczy zdecydowanie tak, ale pozwolę sobie zauważyć, że ten materiał z gazety dowodzi tylko jednego, upadku rangi wykształcenia, mimo całego formalnego potoczenia i „papierów”, czyli dyplomów. Dziś traktuje się dyplom, jako coś co się kupuje w prywatnej szkole wyższej i zgodnie z zasadami wolnego rynku poszukuje oferty najtańszej i najmniej kłopotliwej. Mamy do czynienia z grą pozorów i sformalizowaną fikcją, właśnie komercjalizacja uczelni zmusiłaby do postawienia sobie pytania, za co płace, za dyplom, czy zdobytą wiedze i umiejętności?

 

Jednak i na samych uczelniach wypadałoby wprowadzić dyscyplinę finansową. Wielokrotnie już nadmieniałem o finansach, pora odpowiedzieć na pytanie, czy rzeczywiście nakłady na naukę są za niskie? Jeśli wzięlibyśmy pod uwagę zależność między każdym milionem złotych wydanym na finansowanie wyższych uczelni, a przypadającą nań liczbą wynalazków, odkryć, czy patentów, to okazałoby się, że pieniądze te są wydawane znacznie mniej efektywnie niż w krajach od nas biedniejszych, czy mniejszych.

 

W Polsce obecnie studiuje dwa miliony młodych ludzi. Ilość ta cieszy nie tylko resort edukacji. Gdyby nie było tylu studentów, to bezrobocie wśród młodych ludzi w Polsce byłoby znacznie większe niż w Hiszpanii, która przewodzi w tej statystyce w Europie. Student jest poszukiwanym pracownikiem, bo mniej kosztuje i pracodawcy do stałego zatrudnienia nie zobowiązuje. Pracujący studenci sami się utrzymują, płacą czesne i podatki, ale nie obciążają systemu emerytalnego, o tym zaczną myśleć z chwilą podjęcia pierwszej pracy. Rzecz jasna, o ile nie zasilą szeregów bezrobotnych.

 

Dobrze, ale co na to wszystko „Heliodor”? Z okazji jubileuszu powołania w Poznaniu uniwersytetu w 1919 roku, wówczas zwanego „Piastowskim”, władze Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza wybiły okolicznościową monetę nazwaną od imienia pierwszego rektora uczelni „Heliodorem”. Jednego „Heliodora” wyceniono na 4 zł.

 

Andrzej Wilowski

 

 

ANNALES - teksty Andrzeja Wilowskiego

 

10 lat Blue Note

Andrzej Wilowski – „Galeria”

Akcja – Powstanie Sztuki

Amnezja

Bezdomny we własnym domu

Bloom's Day

Bluesman absolutnie

Bluesowo i standardowo

Chemiczny Ali
 Coltrane pod Pretekstem

Czy jest jeszcze w Polakach homo sovieticus?

Czy mnie jeszcze pamiętasz?

E – book conta druk

Dialogi, czyli pisane od końca...

Dziwny jest ten świat – nadal aktualne

Dylematy wyborcze

Finansowanie produkcji filmowej

„Galeria” – tekst i obraz

Granice wolności w sztuce

Herodot nie żyje

JP2
 Kino Palladium

Kowalczyk niechciany geniusz

Limeryk o kuratorach

Lirycysta

Literatura contra oratura

Marzyciel

Mefisto

Megalomania kulturalnego Poznania

Merda d'artista

Młodzi śpiewają i Kaczmarskiego pamiętają

Mury

Niemen artysta osobny

Nurt jazzu 2005

Opera w Sydney

OPOZYCJA (część pierwsza)

Ostatni Nadrealista (O Zbigniewie Beksińskim)
 Pamiątka z Auschwitz
 Pinter nas nie lubi

Pamiętamy o Nalepie

Pieniądze i Sztuka

Po prostu poeta

Polowanie na krytyka

Procedury twórcze i odtwórcze

Punkowa rewolta

Religijność sztuki
 Satelita miłości

Serduszko z czekolady

Standaryzacja po polsku

STONSI

Szczury polują na jaszczury

Szepty i krzyki

Telewizja
 Winylowe przesądy

"Wojtula"

WŁODEK

Wolę ethno niż techno

Woodstock

Zapraszamy do trójki

Za co płacimy w  sieci?

 

 

http://adstat.4u.pl/s4u.gif

 

 

powrót do strony głównej

działy

alfabetyczny spis treści