Olesya Ostrovska
Rozmowa z Pavlem Makovym
Pavlo Makov to jeden z najbardziej znanych ukraińskich grafików, jeden z niewielu, którzy używają swej sztuki do przekazania treści, nie skupiając się wyłącznie na eksplorowaniu formalnych możliwości medium.
W pracach Makova ważne jest pytanie o codzienność i jej związki z banalnością.
Jak pojawiła się idea puzzli obecna w kilku twoich ostatnich wystawach: „Księga Dni” w Centrum Sztuki Współczesnej lub „Utopia” w Narodowym Muzeum Sztuki w Kijowie?
Wystawa, sama w sobie, jest jak puzzle. Idea puzzli jest mi bliska. Bardzo trafne zawsze wydawało mi się stwierdzenie Godarda, że życie składa się ze wspomnień o momentach. Nie o dniach, nie o latach, ale o momentach. Jak puzzle składają się z drobnych, odrębnych części obrazu. W końcu wszystko, co robisz, to wielkie puzzle. Zaczynają się, kiedy się rodzisz, kończą kiedy umierasz, lub trwają, jeśli są podtrzymywane przez innych ludzi. Puzzle to momenty, którymi napełniamy swoje życie.
W pracy „Puzzle Kateryny” wykorzystałem rachunki pozostałe po babci mojej żony - Katerynie, która zmarła w maju 2001 roku. To dokument jej życia. Zbierała je od 1954 roku, a może i wcześniej. Jest na nich data, dzień, pieczątka. Wykorzystałem te rachunki jako tło trochę smutnej, choć nie pesymistycznej,[..] historii kobiety, która przeżyła cały XX wiek. Z ich pomocą możemy zrekonstruować obraz jej życia.
Często w swoich pracach wykorzystujesz przypadkowo znalezione elementy — stare rachunki, fotografie, pocztówki. Jakie znaczenie ma dla Ciebe ten czynnik “przypadku”, “używalności”?
Ma ogromne znaczenie, bo jako artysta jestem opowiadaczem. Wykorzystuję papier, który już ma swoją historię. [..] Jest on najpopularniejszym rodzajem dokumentu, najstarszym znanym nośnikiem informacji, może za wyjątkiem kamienia. Wykorzystuję papier nie należący do mnie jako artysty, ale taki, który [..] już ma własną historię, własne życie. Na przykład w “Puzzlach Kateryny”. Dla mnie to akt konceptualny. Prace na takim papierze laminuję, by jeszcze bardziej oddzielić je od siebie jako autora, stają się one takim nie będącym ze mną w żadnej relacji papierkiem zawierającym informacje. Wiesz, teraz mam kolekcje biletów - dużo podróżuję i od kilku już lat zbieram wszystkie bilety — lotnicze, tramwajowe, autobusowe — wszystkie. I na każdym bileciku jest data, w ten sposób można odtworzyć całe życie. Jeszcze nie wiem co z nimi zrobić, pewnie wykorzystam w jakiejś pracy, jak rachunki pozostałe po Katerynie. Najpierw nie wiedziałem, co z nimi zrobić, potem pokryłem je wizerunkiem much. Much, stworzeń żyjących obok nas i będących elementem, jakby symbolem, codzienności. Jak rachunki.
To samo z biletami: nie są po prostu dokumentem zapewniającym, że „pojechaliśmy tam, pojechaliśmy wtedy”, ten dokument przekazuje też pewne odczucie.
Zresztą, uważam że sztuka jest jakby „nauką” o naszych odczuciach. Dlaczego sztuka jest głównym nośnikiem informacii o tym, jak żyli ludzie przed nami? Dlaczego sztuka wizualna jest tak atrakcyjna? Dlatego, że nie trzeba jej przekładać na mowę widza. Dla mnie egipskie napisy na kamieniu i papirusy niosą wizualną informację o tym jak wtedy żyli ludzie, co odczuwali. W sposób wizualny przekazują te odczucia. Dla mnie to bardzo ważne. Podobnie, jak znalezione papierki w moich pracach, niosą informacje o odczuciach.
Czym są dla Ciebie osobiste mitologie?
W 1991 roku zobaczyłem dużą wystawe akwafort Morandiego w Glasgow. To był moment mojego twórczego kryzysu: robiłem romantyczne rzeczy i byłem niezadowolony, że źródłem moich prac jest fantazja. Zobaczyłem te bardzo proste akwaforty Morandiego o domu, w którym mieszka, lub po prostu o otoczających go pejzażach. Zdziwiło mnie, że człowiek mógł zrobić swój świat z najprostszych rzeczy znajdujących się obok, nie wykorzystując nic fantazyjnego. Wtedy zwróciłem się do otoczających mnie ludzi, do miejsca i zrozumiałem co jest najważniejsze w druku: druk może zatrzymać czas. Żadna inna technika nie robi tego tak, jak druk: praca powstaje krok po kroku, obraz drukuje się warstwami. Możesz nadrukować jedną fazę i iść dalej: coś dodać lub zabrać. To jest jak animacja, jak kino, jak życie: klatka po klatce. Zacząłem robić prace o miejscu, później rozpocząłem prace nad „Księgą Dni”. Sam jestem w tej księdze, jej stronami stało się wszystko, ci mi się przytrafiło, każda następna strona jest związana z każdą poprzednią — opowiadając o sobie opowiadam o innych. Na przykład wykorzystuję profile różnych ludzi, bo profil jest łatwo rozpoznawalnym symbolem bedącym czescią historii.
A jaka jest rola codzienności w Twoich pracach?
Sztuka w sposób bardzo prywatny odnosi się do problemu narodowej mentalności, mentalności ludzi mieszkających w jednym konkretnym miejscu. Myślę, że największy problem dotyczący świadomości ludzi żyjących tutaj, to życie wspomnieniami lub nadzieją. Prawie nikt nie żyje teraźniejszością, prawie nikt nie chce tu i teraz sobie pomóc. Doszedłem więc do wniosku, że codzienność jest rzeczą ogromnej wagi. Żyć dziś. Uważam, że najciekawsze jest to, co zdaża się tu, teraz, w tym momencie. Codzienność jest najbardziej intrygująca. Rutyna jest obecna w każdym życiu, jest jakby platformą wszystkich żyć. Codzienność jest zawsze obecna, jest substancją życia, bez niej nie ma żadnego życia ani żadnej historii. Właśnie to mnie intryguje, dlatego robię prace o codzienności.
W takim razie jaka jest rola sztuki i jaka, twoim zdaniem, ma być rola artysty?
Jestem pewien, że artysta nikomu nic nie jest winien, tak samo jak i nikt nic nie jest winien artyście. Ale gdy artysta jest człowiekiem robiącym to, co uważa za ważne i aktualne, automatycznie staje się receptorem bólu.
Uważam, że sztuka to ból. Ból broniący społeczeństwo i demonstrujący procesy odbywające się w tym społeczeństwie. Wiadomo, że istnieje choroba. Człowiek, który nie odczuwa bólu jest zdezorientowany w zewnętrznym środowisku, nie wie co się z nim dzieje. Może się skaleczyć i tego nie poczuć. Ból jest obrońcą sygnalizującym zdarzenia. Podobnie sztuka pełni funkcję bólu.
Przypominam sobie rozmowę z pewną kobietą, która podczas II Wojny Światowej była w obozie koncentracyjnym, zdaje się w Oświęcimiu. Teraz, 50 lat po wojnie, pojechała do tego obozu, do muzeum jego ofiar. Powiedziala potem, że to muzeum jej nie przeraża, bo przypomina wystawy sztuki współczesnej. W tym wypadku sztuka „nadwykonała” swój obowiązek — spowodowała, że już więcej nie boli.
W sztuce jest wiele rzeczy robionych po to, by szokować, w rezultacie szokujące rzeczy już nie szokują. Nie interesuje mnie to, co chce mnie zaszokować, bo wystarczy sięgnąć po dowolny magazyn o polityce, by otrzymać swoją dawkę przerażenia. Mój nauczyciel jeszcze w 1972 roku mówił, że w porównaniu z dziecięcymi nocniczkami w Oświeńcimiu, żaden koszmar sztuki nic nie potrafi już zrobić. Dla mnie to było bardzo ważne założenie, kiedy robiłem prace o zwykłości, rutynie, codzienności, z rachunkami, muchami…
To wszystko nie znaczy, ze artysta ma być smutny i mówić wyłącznie o bólu. Istnieje dużo rzeczy powiedzianych z ironją i śmiechem. Wydaje mi się, że najważniejsze to być niezależnym. Robiąc to, co uważasz za ważne, automatycznie pełnisz swoją rolę społeczną.