Rozmiar: 1435 bajtów




   numer 6 - archiwalny
   październik 2003 - luty 2004
    - codzienność -



Anna Serafin



W kinie kobiety mówią po niemiecku




W polskiej kinematografii mało jest interesujących i pełnokrwistych postaci kobiecych, które same piszą scenariusz swojego życia. Trudno byłoby mi wymienić bohaterkę polskiego filmu współczesnego, z którą mogłabym się utożsamić, która jest mi bliska. I chyba nie jestem wyjątkiem wśród żeńskiej części publiczności Kobiety w polskim filmie, owszem, występują, paradują na niebotycznie wysokich obcasach i pieniądze wydają z reguły na waciki, ale akcja filmu toczy się z reguły w świecie mężczyzn. Kobiety są znudzonym odpoczynkiem wojownika i mają skromny wybór między rolą świętej albo dziwki.

Jako porównanie chcę przedstawić trzy filmy niemieckie. Kino naszego zachodniego sąsiada ma u nas - całkiem niesłusznie - złą sławę. Jego znajomość ogranicza się przede wszystim do filmów Toma Tykwera. W polskich kinach pojawiły się Biegnij, Lola, biegnij czy Niebo, oparte na scenariuszu Krzysztofa Kieślowskiego. A to nie wszystko, bo za Odrą pojawia się co roku parę dobrych filmów. Trzy filmy, o których opowiem, uwzględniają szeroko pojętą tematykę kobiecą.

Pierwszy z nich to Liebesluder w reżyserii Detlefa Bucka, specjalisty od prowincji w niemieckim kinie. Już samo przetłumaczenie tytułu nastręcza trudności. Luder według polskiego słownika oznacza ścierwo, łachudrę. W bulwarowej prasie niemieckiej to słowo ostatnio pojawiało się często. W słowniku niemieckim. Luder oznacza osobę (najczęściej) płci żenskiej, uważaną za złą i przebiegłą. Istnieją różne jej odmiany - we wspomnianej prasie była mowa o łachudrze dywanowej, młodej kobiecie, przelotnie słynnej z gorącego flirtu z Dieterem Bohlenem w sklepie z dywanami, gdzie pracowała jako ekspedientka. Po incydencie zapowiadała szumnie karierę aktorsko - piosenkarską, ale wkrótce potem wyparł ją inny gatunek. Wybierano nawet łachudrę Berlina, a teraz prasa bulwarowa obwieściła koniec epoki pod tym znakiem. (Piszę o tym, żeby w przybliżeniu nakreślić kontekst dobrego, niejednoznacznego tytułu filmu.) Niejednonaczyn tytuł filmu - Liebesluder - będę więc dalej zamiennie stosować z Miłosną łachudrą - może trochę nieudolnym tłumaczeniem tytułu. A pojawił się on w kinach w 2000 roku.

Pewnego letniego dnia podmiejski autobus jadący do małego miasta na północy Niemiec wiezie głęboko śpiącą, młodą dziewczynę. Śliczna Ina zaraz po przybyciu wzbudza zainteresowanie mężczyzn. Zachwycony Wagner, kierownik lotniska sportowego, propoponuje jej w czasie wakacji pracę kelnerki w klubowej kawiarni. Nie wiadomo, kim jest ani skąd przyjechała, a trzymając przypadkowo w ręce roślinę, przedstawia się pytającej osobie jako studentka biologii. Ina szybko i sprawnie uwodzi paru mieszkańców miasteczka, każdemu z nich dając to, czego najbardziej potrzebował. Wagner, który jest od paru lat zasiedziałym i statecznym małżonkiem, spędziwszy gorącą miłosną noc wraca do domu po płycie lotniska szczęśliwy i nagi. Dyrektor miejscowego oddziału banku i lokalny macho Nos potwierdza szybko swoje możliwości uwodzenia, od lat stosowane na okolicznych kobietach. Tylko Karuso, tępawy właściciel tartaku, zawodzi w najważniejszym momencie.

Namiętna letnia idylla szybko się kończy. Pewnego wieczoru Ina zaprasza do swojego służbowego mieszkania całą trójkę, wyciąga zdjęcie USG i oświadcza, że jest w ciąży. Za zachowanie dyskrecji i zniknięcie żąda niemałej sumy. Mężczyźni są oburzeni - każdy z nich był przekonany o swojej wyłączności. A poza tym tak podstępnie zostali oszukani przez... kobietę. Karuso chętnie wywinąłby się od całej sprawy, ale Ina sprytnie szantażuje go kompromitacją.
Byli kochankowie nie mają zamiaru tak łatwo się poddać i zapłacić. Od lat tworzą zgraną paczkę, należy do niej także Wusch. To jego żona jako jedyna jest poważnie zaniepokojona obecnością studentki, choć właśnie tylko ona nie ma żadnych powodów do obaw. Kiedy wakacje się kończą, Ina dokładnie przedstawia najwygodniejszy dla niej sposób przekazania pieniędzy i wyjeżdża. Zaczyna się walka. Nie opowiem filmu do końca, kryje on parę niespodzianek, a ja liczę na to, że może pojawi się w polskiej telewizji. Powodem mogą być choćby świetne zdjęcia Sławomira Idziaka, znanego operatora Krzysztofa Kieślowskiego.

Postać Iny zaprzecza stereotypowym wyobrażeniom kobiety jako ofiary, to ona zastawia skutecznie i łatwo sidła na mężczyzn. Nie jest przy tym krwożerczą modliszką, ale zwyczajną dziewczyną. Mavie Hörbirger, debiutująca rolą Iny, przeżywa interesującą metamorfozę - kiedy uwodzi, zalotnie kręci tyłeczkiem, a kiedy żąda pieniędzy, jej głos brzmi sucho i metalicznie. Kobieta jest tu równoprawnym partnerem mężczyzn, a jej rola jest nawet trudniejsza - pojedynczo stawia czoło znającym się od lat czterem mężczyznom, czterem mózgom, czterem kuźniom różnych pomysłów. Kierowca podmiejskiego autobusu z czasem zaprzyjaźnia się z Iną i w czasie odwiedzin znajduje jej zdjęcie z małym dzieckiem. Ale tto nic nie znaczy - może jest matką, może to jej dużo młodsze rodzeństwo, a może tylko pracowała jako babysitterka. A może jest wyrafinowaną oszustką? Z dziewczętami pokroju Iny nigdy nie wiadomo.

Liebesluder, choć nie uwiódł publiczności i nie został kasowym przebojem, miał niezłą opinie u krytyki. Pisano, że film ostrzega przed konsekwencjami tego, kiedy myślenie pozostawiamy innym organom niż mózg. Na pewno film wymaga od widza ciągłego skupienia, każdy poboczny wątek jest przemyślany i precyzyjnie dopracowany. Mnie samej po trzykrotnym obejrzeniu Liebesludera wpadały w oczy coraz to nowe, inne szczegóły. Być może najciekawsza jest wspomniana niejednoznaczność w ocenach postaw moralnych bohaterów.

Im Juli - w moim tłumaczeniu - Juli to tytuł kolejnego filmu, zrealizowanego przez niemieckego reżysera tureckiego pochodzenia Fatih Akima. Niebieskookiej posiadaczce dredów Juli, nazwanej tak od miesiąca swego urodzenia, wpada w oko znany jej z widzenia nieśmiały młody mężczyzna - nauczyciel Daniel. Na pchlim targu Juli sprzedaje mu talizman i wmawia przy tym sprytnie, że jego przeznaczeniem jest kobieta mająca na sobie znak księżyca. Dziewczyna zaprasza Daniela na odbywający się tego wieczoru uliczny festyn. A kiedy on idzie tam po długiej wewnętrznej walce, szybko spotyka osobę z odpowiednią biżuterią. To będąca przejazdem w Hamburgu Turczynka Melek szuka taniego hotelu w okolicy. Oboje spędzają wieczór na długim spacerze po hamburskiej plaży i niekończących się rozmowach. Melek nocuje u Daniela, a rano zgodnie z planem odlatuje do Istambułu, gdzie za parę dni ma ważne spotkanie w południe na moście łączącym Europę z Azją. Daniel decyduje się na wyjazd, aby wyjść na spotkanie przeznaczeniu i stawić się w oznaczonym terminie. Rozczarowana niepowodzeniem Juli też planuje na wakacje, a ich cel wyznaczy pierwszy zatrzymany przez nią kierowca. Jak łatwo się domyśleć, jest to Daniel. Podróż zaczynają połączeni wspólnym celem, którym jest Istambuł. Samochód szybko odmawia posłuszeństwa, a na statku towarowym płynącym po Dunaju ich losy rozdzielają się dramatycznie. Daniel zatrzymuje samochód prowadzony przez Marię, która pyta go po serbsku, czy chce papierosa. Rozmowa z Marią jest jednak niemożliwa, bo dziewczyna - jak twierdzi - nie zna ani angielskiego ani niemieckiego. Kiedy jednak widzi u Daniela zwitek pieniędzy, zaprasza go na obiad, częstuje narkotykami i wraz z kolegą okrada. Daniel budzi się niedaleko Budapesztu, a kiedy dociera do stolicy Węgier piechotą, widzi pędzący samochód. Kieruje nim oczywiście Maria. Nauczyciel wsiada, bo zostało mu mało czasu do wyznaczonego Melek. Maria - okradłszy wcześniej fachowo sprzedawcę na bazarze - z witruozerią kieruje samochodem zatłoczonymi ulicami metropolii. Gdy dalsza ucieczka jest niemożliwa, z gracją oddaje się w ręce policji, a Daniel, korzystając z zamieszania, ucieka. Maria jest więc łachudrą samochodową. Po drodze na jednym z przejść granicznych Daniel spotyka znowu Juli, a do Istambułu jest już niedaleko.

Ten wesoły i bardzo letni w nastroju film został parę lat temu kasowym przebojem. Nie jest jednak kolejna historia w stylu pan goni panią, albo na odwrót. Pewnego lata kobiety wywołują dużo zamieszania w uregulowanym życiu nieśmiałego nauczyciela. Oczarowanie Melek powoduje, że zamiast jak co roku samotnie spędzać lato na czytaniu książek, zwiedzaniu muzeów i spacerach Daniel stawia czoło przygodzie. Juli namawia go na pierwszego w życiu jointa na barce płynącej po Dunaju. Znajomość z Marią kosztuje Daniela utratę paszportu i pieniędzy, ale los zsyła mu szybko Juli, której pomoc jest niezbędna. Centralną postacią filmu pozostaje mężczyzna, ale równie ważne są kobiety. To samodzielne, pełnokrwiste postaci, obdarzone zróżnicowanymi charakterami. Pod ich wpływem Daniel dojrzewa tego lata w drodze z Niemiec do Turcji.

Ostatni film, jaki pragnę przedstawić to Heidi M., który w 2000 roku wskrzesił zapomnianą gwiazdę wschodnioniemieckiego kina Katrin Sass. Tytułowa bohaterka mieszka we wschodniej części Berlina i prowadzi mały sklep z kawą, przekąskami i wypożyczalnią kaset wideo z dala od świeżego blasku stolicy. W pierwszej scenie filmu Heidi odprowadza na lotnisko córkę, wyjeżdżającą na rok do Australii. Spotyka tam nieoczekiwanie byłego męża w towarzystwie nowej, młodszej żony w zaawansowanej ciąży. W drodze powrotnej zdenerwowana Heidi powoduje drobną stłuczkę, a kiedy widzi przejeżdżający samochód swojego eks i dwie odwracające się głowy, z wściekłością wpycha do kałuży mężczyznę, którego samochód właśnie lekko uszkodziła. Parę dni później Heidi i jej przyjaciółka bawią się na wieczorku zapoznawczym, ale nie pojawia się żaden interesujący mężczyzna. Poznajemy Heidi nie tylko jako businesswoman na małą skalę, ale i troskliwą sąsiadkę. Kiedy jedna ze starszych klientek skarży się, że znowu nie ma światła, Heidi zamyka na chwilę sklep i pomaga sklerotycznej staruszce uruchomić bezpieczniki. Pewnego dnia młody chłopak kradnie jej butelkę wina musującego, a w pogoni Heidi znajduje portfel, jaki wypadł złodziejowi. Zaraz potem pojawia się jego ojciec. Mężczyzna śledzi syna ze sklepu Heidi i tak nawiązuje się rozmowa. Ojciec płaci za szkody wywołane przez syna, a za później nawiązuje się ich bliższa znajomość. On pracował wiele lat za granicą jako konstruktor, zaniedbał wówczas kontakty ze swoim dzieckiem i teraz chce naprawić szkody.

Heidi nie jest łatwą partnerką, ucieka przed nowym uczuciem. Dźwiga ze sobą balast dojrzałego życia i zanim zwiąże się z kimś nowym, musi się rozliczyć z własną przeszłością. Były mąż, dla którego poświęciła swoje życie, porzucił ją bez skrupułów z obawy przed starością dla młodszej kobiety, Heidi M. to wyjątkowy film. Nie tylko dlatego, że na ekranie obecna jest cały czas tytułowa bohaterka. Widz nie ma uczucia przesytu, a chropawy seksappeal Katrin Sass nadaje filmowi niepowtarzalnego wdzięku. Mimo przychylnej krytyki i paru nagód przeszedł przez kina bez echa. Heidi M. opowiada historię bardzo niemiecką - tytułowa bohaterka pochodzi ze wschodniej części Niemiec, a filmowy partner z zachodniej części. Sporo tu aluzji do NRD, a polska publiczność nie miałaby pewnie problemów w ich rozszyfrowaniu.

Kino europejskie pozostaje bliskie rzeczywistości i widać to nie tylko w niemieckich filmach. Niedawno obejrzałam The navigators Kena Loacha - ciepły i pełen humoru film o... prywatyzacji brytyjskiej kolei, a raczej o jej wpływie na losy zwyczajnych robotników tam pracujących. Zrozumiałam wtedy, że ta opisywana czy filmowana rzeczywistość wcale nie musi być nudna ani banalna. Jest zresztą wiele innych przykładów takich fimów. Duńskie filmy: Elling, Włoski dla początkujących czy Okay obejrzało sporo ludzi w Europie. Pierwszy z nich to opowieść o dwóch psychicznie labilnych mężczyznach i ich starciach z rzeczywistością. Drugi to opowieść o ludziach uczących się włoskiego w zimnej Danii, a trzeci to tzw. życiowa, co nie znaczy banalna, historia czterdziestolatki, jej tarapatów z mężem - nieudacznikiem, dojrzewającą córką i śmiertelnie chorym ojcem. Wystarczy tylko mieć sposób na przedstawienie rzeczywistości i tego, jak mi się wydaje, brak polskim filmowcom.

Filmy bliższe życiu mają jeszcze jedna ogromną zaletę - są zrozumiałe dla dużej, coraz większej grupy ludzi. Z podobnymi problemami borykają się dzisiaj zarówno berlińczycy jaki i warszawianie. Z całą pewnością moda na codzienność - jak każda inna - kiedyś przeminie i będziemy chcieli kiedyś znowu obejrzeć przygody depresyjnych nowojorskich milionerów. Ale może należałoby wykorzystać trend i pokazać, co przeżywamy, myślimy teraz w Polsce. I w końcu dać porozmawiać kobietom, one tego również potrzebują.


Anna Serafin