|
|
numer 4 - archiwalny wrzesień 2002 - luty 2003
  - przemoc -
|
|
Chirurg nie jest performerem
rozmawia Jarosław Lipszyc
Paweł Kwaśniewski (1963) - brutalny artysta i liryczny biznesmen. Z
wykształcenia katolicki fiolozof i psycholog, z zawodu dziennikarz.
Performer z krwi i kości.
Który z Twoich performance najbardziej bolał?
Fizycznie czy w głowie?
Fizycznie.
Fizycznie to prawie nic nie boli, przynajmniej w dniu performance. Dzień
później owszem. Wszystko łupie. Najbardziej bolało performance wiele lat
temu w Amsterdamie - nie dość, że byłem przybity za dredy do ściany, to
jeszcze kończąc performance wlazłem na dwie deski z gwoździami i
przebiłem nogi na wylot.
Co jeszcze udało ci się zrobić na oczach publiczności?
Właściwie suma blizn przewyższa mój wzrost. Ale to nie jest tak, że się
tnę. Moje performances były i są brutalne cielesne, ale krwi w nich mało.
Mało?
Oj, zdarza się. Mam dziesiątki powycinanych centymetrów kwadratowych
skóry, czasem walę głową w mur - dosłownie i krew się pojawia. Zdarza
się, że w ręce mam wbite kilkanaście igieł chirurgicznych z papierowymi
kwiatami, które naciągają krwią w biało-czerwone barwy. Bywało, że
siedziałem zakopany pod kilkoma tonami ziemi, słup lejącej się farby
rozrywał mi gardło w śpiewie.
Myślisz, że kiedyś uda Ci się dokonać na scenie samospalenia?
A niby po co?
A po co się przypalasz czy tniesz nożem?
Ależ ja się nie przypalam - ja po prostu miałem palce przebite
zapalonymi zimnymi ogniami :-). A serio - performance działa na
granicach. Czasem warto zobaczyć, dotknąć. Czasem nawet przesunąć te
granice. Performance można uprawiać na 3 różnych poziomach. Tylko
intelektualnym - wtedy mogę o nim opowiadać. Artystyczno-akcyjnym -
wtedy działanie odbywa się wyłącznie w czasie i przestrzeni. Można też
performować na poziomie total. Wtedy działanie bez artysty, bez jego
ciała, nie ma sensu. Można być i twórcą i tworzywem.
To jest bardziej odpowiedź na pytanie jak, a nie po co.
Performance jest dla sztuki wizualnej trochę jak poezja w literaturze.
Są poeci, którzy piszą wiersze liryczne i krajobrazowe. Są tacy, którzy
piszą krótko i dosadnie.
Rozumiem, że robiąc sobie krzywdę stawiasz się po stronie tych
ostatnich. Mówisz publiczności: "Popatrzcie, to też można zrobić"?
Eee, to przecież nie tak. Ostatnio jak mnie kroili w szpitalu widziałem
wszystko na ekranie. A przecież ten chirurg nie był performerem. Myślę,
że ból fizyczny ma wartość, także wartość artystyczną.
W dwóch numerach bruLion zajął się Totartem, którego głównym hasłem było
właśnie przekraczanie norm: obyczajowych, etycznych, artystycznych.
Tekieli udowadniał, że nie można tego robić bezkarnie, że to się zawsze
źle kończy.
I miał rację. Totart dawno już nie istnieje, nawet w pamięci sztuki.
Może trochę w pamięci ludzi, ale sztuce to było obojętne. Nieobojętne
było dla totartowców, którzy w większości przesrali sobie życie. Konio
zapowiada imprezy porno, Paulus pije, Sajnóg świruje w Sekcie Niebo...
A jak ty skończysz?
Ja jestem performerem tradycyjnym. Nie zamieniam życia w performance.
Uprawiam performance w obszarze sztuki. Mam 39 lat, od dziewietnastu działam, żyję, nieźle funkcjonuję. Mam normalny dom, żonę, dzieciaki.
Czy zdarzyło Ci się, że na Twoim wystąpieniu ktoś zemdlał, porzygał się?
Nie widziałem wymiotów, może rzygali ci, którzy wyszli przed końcem. Ale
zdarzyło się, że jeden chłopak zemdlał w czasie realizacji programu
telewizyjnego z moim udziałem.
Co robiłeś?
To był dla mnie nowy cykl, nowy etap pracy. Do tego momentu wszystkie
moje wystąpienia były wyłącznie formalne, bez żadnego tekstu, żadnej
opowieści. Wtedy jednak zdecydowałem się opowiedzieć o historii z
Belfastu, którą przeżyłem. Unioniści rozpierdolili rodzinę mieszkającą
za moją ścianą. To zdarzenie przełożone na język performance było
naprawdę brutalne. I chłopak się przewrócił. Zresztą emisję programu
wstrzymano i przełożono na godziny nocne.
Jaką to wartość artystyczną ma ból?
Taką samą jak kolor. Chociaż ból nie zawsze jest czerwienią.
Co chcesz przekazać i komu?
Najfajniejsze jest to, że performance nie pozwala na odpowiedź twórców
innych dziedzin sztuki: "robię to dla siebie". Performance bez
publiczności nie istnieje. Malować obrazy można dla siebie, pisać do
szuflady, a performance'u bez upublicznienia po prostu nie ma. Muszę
więc powiedzieć, że performance robię nie tylko dla siebie. Myślę, że
każdy, absolutnie każdy człowiek, ma potrzebę twórczości. Tylko we mnie
tego nie zabito. Robię to dla tych kilku, kilkunastu lub kilkuset osób,
które mają potrzebę zobaczenia mojej wizji o tym jacy będziemy. A będziemy,
już jesteśmy, jak wańka-wstańka. Upadek zastąpi zmartwychwstanie. Ból
niesie w sobie koniec bólu. Problemy końca mnie interesują, nie mam ich
załatwionych. Nie potrafię robić śmiesznych performance, nie potrafię
robić sztuki z zabarwieniem erotycznym. Nigdy nie zrobiłem perfo o
seksie, o stosunkach miedzyludzkich. Pewno akurat te dziedziny mam
załatwione.
Zarzekasz się, że nie mieszasz życia ze sztuką. Tymczasem sprzedajesz
kawałki siebie, a potem wypłacasz dywidendy.
Umownie podzieliłem siebie na 10 000 centymetrów kwadratowych. Czyli na
metr kwadratowy. Zachowując kontrolę nad sobą zapisałem w akcie, że 51
procent zostaje moje. Resztę mogę sprzedać lub rozdać. Jak akcje na
giełdzie. Zresztą miło by było dostać się ze sztuką na Warszawską Giełdę
Papierów Wartościowych. Kiedyś w Polsacie na żywo rozmawiałem o tym z
prezesem giełdy, Jackiem Sochą, prosząc o radę, jak to zrobić. I
chciałem mu podarować 1 cm2. Wyciąłem sobie ten centymetr i mu
darowałem, ale nie przyjął, bo by można ten gest potraktować jako
łapówkę. Trochę zbladł, ale po programie przyznał, że właściwie mógł się
spodziewać wszystkiego, bo ze sztuką jest za pan brat. Jego siostrą jest
słynna krakowska animatorka sztuki progresywnej Masza Potocka. I
rzeczywiście, tym właścicielom moich centymetrów kwadratowych, którzy się upominają wypłacam dywidendy. Po rozliczeniu podatków
wypłacam z moich dochodów netto dziesięciotysięczną za każdy centymetr.
Kiedyś był to trochę żart. Dziś zainwestowane 100 zet zwraca się
wielokrotnie. A ten projekt ma również przedłużenie. Otóż od lat skupuję
po metrze kwadratowym w różnych miejscach świata. Mam ich kilka. To w
sytuacji bez wyjścia się przydaje. Zawsze mogę na swoim metrze
kwadratowym pokazywać taką sztukę, jaką chcę i cenię. I żaden
administrator sztuki mi w tym nie przeszkodzi. Wracając do pytania o
mieszanie życia ze sztuką. Nikt nigdy jeszcze brutalnie nie stwierdził,
że trzeba być konsekwentnym. Kiedyś w ogóle uważałem, że sztuka służy
tylko i wyłącznie sztuce. Że wszelkie opisy realności powinno zostawić
się dziennikarzom i literatom. Dziś trochę moja ortodoksja zmiękła.
Mieszasz literaturę z performance...
Nie jestem literatem. Nigdy nim nie byłem. Zawsze miałem blok przed
pisaniem. Nawet kiedy wykładałem na różnych uczelniach wykłady
nagrywano, żeby potem je spisać i opublikować w semestralnych
biuletynach. Potem z głodu zostałem dziennikarzem Gazety Wyborczej.
Okazało się, ze pisać też potrafię, nawet duże formy reporterskie.
Prawie dwa lata temu zacząłem eksperyment literacki w internecie. To
fantastyczny sprawdzian. W performance ludzie przychodzą na moje
spektakle także powodowani szeptanką, że Kwach znowu się potnie. Tak jak
oglądają skoki narciarskie głównie czekając, aż się któryś wypierdoli na
zeskoku. A w sieci byłem kompletnie anonimowy. Zacząłem pisać na
www.nlog.pl niespójną bajkę o Jose Rodriguezie Montoya. Nikt nie
wiedział, że 2lazy2die, autor, to właśnie ja. I bajka o Jose zaczęła
pracować na siebie, zaczęła zdobywać czytelników, bez reklamy i
marketingu. Do dziś przeczytało ją kilkadziesiąt tysięcy
ludzi. To miłe, bo bez znajomości. W pewnym momencie postanowiłem
połączyć obie aktywności i ostatnio moje performance to mniej lub więcej
wizualizacje bajki o Jose lub książka o Jose to zapis performace.
Czy robienie sobie krzywdy nie stało się dla ciebie swoistym wytrychem,
nadawaniem ciągle tego samego komunikatu, który multiplikujesz na
kolejnych zagramanicznych konwentach?
Nie robię sobie krzywdy. Krew na dłoni nie jest krzywdą. Roman Opałka od
dziesiątków lat nadaje ten sam komunikat i nikt nie zarzuca mu
multiplikacji. A wręcz przeciwnie wszyscy są zachwyceni, że taki
konsekwentny. A ja rzygam konsekwencją. Performance jest pracą nad
koniecznością. Można w performance zrobić wszystko, nawet wystawić swoja
śpiewającą babcię. Pytanie, czy to konieczne. Jeśli tak, to proszę
bardzo. Ja akurat poruszam się często w obszarze, w którym konieczny
jest ból. I nie mam czasu iść na skróty.
Można cię zapytać o pierwszy milion?
Nie mam miliona na koncie. Nie potrafię uzbierać, zawsze
w coś tę kasę właduję. W jakiś nowy projekt. Ale mogę uczciwie
powiedzieć, że wartość firm, które mam i którymi zarządzam dawno już
przekroczyła ten milion. Fajne jest to, że budujemy "system obok".
Pierwszą firmę założyłem za 30 zetów. I do dziś nie wzięliśmy nawet zet
kredytu. Wszystko budujemy krok po kroku, wyłącznie z zysku. I mamy w
dupie oficjalne systemy. Może bylibyśmy dziś dużo dalej, ale
przynajmniej wiem, że jest stabilnie, a ludzie, z którymi razem pracuję,
mają co jeść o czasie.
Czy pieniądz jest forma opresji?
Tak. Od lat pracuję na to by kasa nie przeszkadzała mi w uprawianiu
sztuki. Stąd biznes, który prowadzę. Dziś stać mnie na to by jeździć po
świecie i robić spektakle. Czasem płacą, czasem nie, ale nie muszę
wybierać miejsc, które mi przyniosą żółty ser dla dzieci. To miłe.
Dobrze zrobiony biznes może być dziełem sztuki?
Dobrze zrobiony biznes będzie tylko dobrze zrobionym biznesem. A dzieło
sztuki ma to kompletnie w dupie.
|