Rozmiar: 6038 bajtów

















Rozmiar: 1435 bajtów




   numer 1 - archiwalny
   kwiecień - sierpień 2001
    - między polityką a sztuką -



Magdalena Ujma

Nie wszyscy pragną wyglądać zdrowo i dostatnio

Rozmiar: 3774 bajtów Rozmiar: 3911 bajtów Rozmiar: 4439 bajtów


Magdalena Samborska doszła do feminizmu samodzielnie. W liceum przeczytała Drugą płeć Simone de Beauvoir. Mam wrażenie, chociaż nie słyszałam tego od samej artystki, że to odkrycie było dla niej czymś bardzo ważnym i pomogło jej nazwać to, co ona sama odczuwała.

Jednak, jak mówi Magda, feminizm był ważnym etapem jej poszukiwań, ale przeminął. Chociaż odchodzi od niego, to go nie lekceważy, a raczej poszerza pole swoich doświadczeń.

Ostatnie wystawy Magdy odbyły się w Orońsku (październik-grudzień 2000) i w Galerii Bałuckiej w Łodzi (maj 2001). Wystawa orońska doszła do skutku dzięki Lechowi Karwowskiemu, ówczesnemu dyrektorowi Centrum Rzeźby Polskiej, który stworzył rodzaj Salonu Odrzuconych. Zaprosił do niego artystki, których nie zaproszono do udziału w innej wystawie, nazywającej się Model do składania i prezentującej najciekawszych debiutantów ostatnich lat. Karwowski stworzył zatem nową wystawę i zatytułował ją Opowieści lagadyjskie. Pojawiły się na niej Katarzyna Adaszewska. Beate Daniel, Elżbieta Jabłońska, Dorota Podlaska, no i Magdalena Samborska.
Druga wystawa Magdy została zorganizowana w Łodzi i nosiła tytuł Pęknięcie.

Prace Magdy wywodzą się z kultury popularnej i zawartego w nich wizerunku kobiet. Ten wizerunek, bardziej niż męski, stanowi podstawę dzisiejszego społeczeństwa spektaklu. Jak wiadomo, jest on tak skonstruowany, by sprawować władzę nad ciałem, nad seksualnością, nad tożsamością nas samych - kobiet (także i mężczyzn, choć nie jest to aż tak wyraziste), które patrzymy na filmy, reklamy, kolorowe obrazki, wsączające się w mózg nie wiadomo kiedy i choćbyśmy nie wiem jak lekceważyły ich oddziaływanie, to nie obronimy się: ich konkluzje i tak weźmiemy za nasze.

Tymczasem ciało jest narzędziem wywrotowym, sprzeciwiającym się pozornej neutralności naszego indywidualnego ja, naszej rozbuchanej indywidualności, którą wmawia nam kultura masowa operując zresztą sprzecznym przekazem, gdyż temu tekstowi towarzyszy inny: że wszyscy tak samo wyglądamy i mamy takie same potrzeby. A przecież nie wszyscy pragną wyglądać zdrowo i bogato. Kto odkrył subwersyjną moc cielesności - nie pamiętam, w każdym razie feministki drugiej fali zrobiły z niej użytek, ujawniając siebie w realizacjach body artu, obnażając siebie, narażając się przez to na zarzuty narcyzmu. To samo ciało stało się w kulturze masowej - jak to zostało powiedziane - narzędziem zniewolenia kobiet.

Magda Samborska jest krytycznie nastawiona do rzeczywistości, a szczególnym zainteresowaniem obdarza problem niewolenia jednostki przez kulturę masową. Brzmi to banalnie, ale prace Magdy, dzięki zmysłowi ironii, nie spełniają tej zapowiedzi.

Z zawodu jest projektantką mody, więc siłą rzeczy obcuje z fenomenem wirtualnej rzeczywistości, gdzie liczą się tylko wyglądy-pozory, z tyranią idealnych ciał bez osobowości. Prace te są przekorne wobec manii ubiorów. Oto sześć białych, nieskazitelnych gorsetów. Chce się ich dotykać, zwłaszcza, że wnętrze mają wypełnione niesamowicie zmysłowym, krwistoczerwonym atlasem. Gorsety kojarzą się z ciałami, a atłasowa podszewka z wnętrznościami. Te wnętrzności nie wzbudzają obrzydzenia, są delikatne, uwodzicielskie i bardzo estetyczne. Gorsety natomiast to są ciała, ściśle uformowane, ściśnięte w swojej formie. Ubiory te zostały ustawione w zaprzęgu, łączy je uprząż, a lejców nie trzyma nikt. Ciekawa obserwacja: Magda powiedziała, że kobiety mają zwyczaj obchodzić tę pracę dookoła, oglądać, ewentualnie ośmielają się dotykać. A mężczyźni? Mężczyźni biorą lejce do rąk. Hm, a więc płciowy podział ról - "ja rządzę, a ty jesteś mi poddana" tkwi głębiej niż świadomość, która przecież się buntuje, jest bardzo głęboko zakodowany, "dzięki" pracy pokoleń naszych przodków. Nie chcę się przyznawać, co robiłam z tymi gorsetami, byłoby to przyznaniem się do klęski, ale niech tam: nie odeszłam od kobiecego standardu.

Historyczce sztuki gorsety nasuwają od razu skojarzenia z burdelem i kabaretem, ulubionymi przez artystów wczesnego modernizmu scenami objawień kobiecości. Gorsety są tutaj rodzajem płócienno-atlasowego więzienia dla ciała, kojarzą się przez to także z pacjentkami doktora Freuda i z typową reakcją niewolonych przez wiktoriańską pruderię czy dulszczyznę dusz i ciał kobiecych - histerią.
Obecnie Magda chce wykonywać gorsety męskie.

Inna seria jej prac wykorzystuje strony z "Twojego Stylu". Wydają się przypadkowe, ale zostały wybrane specjalnie. Brudna, brunatna krecha rozdziela strony, zakreśla fragmenty tekstów, jest jednak dość kapryśna, bywa, że zamazuje kawałek zdjęcia czy też tło. Gdy uważniej przyjrzeć się stronom, to dostrzega się pewną prawidłowość. Typowe zdjęcia, opatrzone reklamy, głupawe teksty - wszystkie krążą wokół czerwieni, wokół krwi, wokół tematu "wstydliwego" (w kulturze popularnej), czyli menstruacji. I nagle przychodzi do głowy podejrzenie: a może ta dziwna farba, która zamazuje zdjęcia, to krew? Ta zła, przeklęta krew, która powoduje, że kobieta w wielu kulturach uznawana jest za nieczystą, ta krew, wynikająca rzekomo z cykli księżyca, ta krew, która powoduje płodność ziemi? Artystka odpowiada twierdząco, tak, odważyła się na "obrazoburczy" gest zastosowania krwi miesiączkowej. Faktycznie jest on obrazoburczy, bo zaschnięta krew zamazuje obrazy, deformuje. W tekście wprowadzającym do wystawy, artystka napisała o tym właśnie, o tabu miesiączki. Tekst został... ocenzurowany przez radę programową galerii. To znaczy, że menstruacja do dziś jest obsceniczna. Kto powiedział, że w sztuce nie ma tabu? Artyści - do dzieła!

Dodatkowego komentarza przydały działaniom Magdy Samborskiej teksty z gazet. Tak się złożyło, że niedawno ukazały się dwa artykuły na temat miesiączki. Jeden - to materiał w ostatniej "Ośce". Wymowna jest zwłaszcza ankieta na temat tej przypadłości kobiecej, większość wypowiedzi świadczy, że prawdziwie zasługuje na miano "przekleństwa Ewy". Kobiety nie lubią siebie w czasie miesiączki, mają wrażenie, że są grube i spocone. Świadczy to o nieakceptowaniu swojej cielesności i własnej płci, która niesie i takie "dolegliwości", nieakceptowaniu programowanym w jakiejś mierze przez kulturę. Bo oto lipcowa "Elle" pyta: Miesiączka - błąd natury? W tekście nie ma już nic z pytania, pojawiają się takie stwierdzenia, jak poparte autorytetem naukowym, że miesiączka sprzyja zakażeniom, a nawet... zachorowaniom na nowotwory! O czym to świadczy? Co my kupujemy za ciężko zarobione pieniądze, drogie czytelniczki pism kolorowych? Wprowadzamy dywersję do własnych domów. Nie dość, że reklama nam mówi, że jesteśmy brzydkie, to jeszcze wmawia się, że nasza fizjologia jest... niezgodna z naturą.

Inne prace Magdy Samborskiej polegają na przenoszeniu zdjęć idealnie pięknych głów kobiecych z reklam w trzeci wymiar. Robi to koszmarne wrażenie. Artystka przenosi po kawałku fotografie na uformowane wcześniej trójwymiarowe główki bez żadnych rysów czy innych właściwości. Reklama ożywa. Czy jednak naprawdę, skoro zdjęcia z reklam kosmetyków operują raczej frazeologią medyczną - jak Vichy (reklamy tej firmy przedstawiające zdzieranie folii aluminiowej ze skóry czy obandażowane twarze budzą moje przerażenie, kojarząc się ze szpitalem i bólem towarzyszącym zabiegom medycznym) czy z zakresu pośmiertnej konserwacji ciał: mumifikowania, balsamowania. Śmierć za życia - oto sekretny przekaz reklam. Wspomniane głowy artystka pokryła pasami wydzieranymi z gazetowych zdjęć, dlatego wizerunki są nieco przesunięte, zniekształcone, zdjęcia mają jakby blizny, noszą ślady darcia. Magda ujawnia w ten sposób szczeliny, pęknięcia, rysy w idealnym świecie wiecznego piękna.

W kolejnej pracy Magda w sposób jeszcze bardziej radykalny ujawnia idee śmierci i nieśmiertelności w reklamie. Wykorzystuje formę portretów trumiennych czyli wizerunków szlachetnie urodzonego nieboszczyka, uobecniających go podczas uroczystości pogrzebowych, umieszczony na trumnie, potem zaś - jako epitafium na ścianie kościoła. Na wielobocznych tłach, jak w portretach szlacheckich, Magda Samborska umieściła wspomniane główki pokryte zdjęciami reklamowymi. Towarzyszą im zdjęcia kosmetyków i zniekształcone slogany, co daje wrażenie dziwaczne, bo przypomina dawne emblematy i herby świadczące o rodzie i pozycji nieboszczyka.

Przykład Magdy pokazuje, że dla artystek, nawet jeśli deklarują zmęczenie feminizmem, pozostaje wiele do zrobienia. Ale ta deklaracja wydaje się warta uwagi: artystka twierdzi, że feminizm stał się modny, zainteresowanie nim okazuje wiele osób z powodów często niewiele mających wspólnego z bezinteresownością czy autentycznym zaangażowaniem. Magda mówi, że feminizm zwulgaryzował się, zasklepił w jednej formule. Ona zaś pragnie przede wszystkim wolności. Dla wszystkich. Dlatego, przez mówienie o kobietach, przez wychodzenie od doświadczenia swojej płci, chce dotrzeć także do mężczyzn i do ludzi w ogóle.

Uniwersalizacja doświadczeń kobiecych - ten eksperyment wydaje mi się ryzykowny. I faktycznie, artystka nie jest zadowolona z odbioru swoich prac, bo ten wymiar nie jest zauważany.

Na usta rwie mi się "a nie mówiłam", ale kibicuję Magdzie i naprawdę chciałabym, żeby jej się udało.

19 czerwca 2001


Magdalena Ujma