Agnieszka Graff
Jesteś urocza, kiedy się złościsz.
Radykalny feminizm drugiej fali a media głównego nurtu 1
![[Rozmiar: 27622 bajtów]](foto/aaa_kob_okl1_mm.jpg)
Jedna z dziewcząt rozwaliła mi mikrofon. Była bardzo zła, ale za to malutka i śliczniutka.
- Doug Johnson, korespondent WABC-TV w Nowym Jorku, wyrzucony ze spotkania Ruchu Wyzwolenia Kobiet w 1969 roku (za: North, 1970, s. 105). (cytaty w tłumaczeniu A.G.)
Wściekłość – to nie jest zbyt mocne określenie na to, co czuła znaczna część feministek wobec medialnego wizerunku ruchu kobiecego...
- Judith Hole i Ellen Levine, autorki Rebirth of Feminism, pierwszej książki o współczesnym ruchu kobiecym w Stanach (1971).
Kontakty amerykańskich feministek radykalnych w latach 1969-71 z mediami głównego nurtu trudno nazwać przemyślaną strategią public relations. Były pełne napięcia, obfitowały w sprzeczności. W opowieściach obu stron, zarówno ówczesnych, jak i późniejszych, czuje się wiele agresji, ale i obustronnej fascynacji. Feminizm, jak każdy ruch społeczny, potrzebował mediów, by zaistnieć w społecznej świadomości; jednocześnie jednak media – jako nośnik patriarchalnych wartości – stanowiły przedmiot jego głębokiej krytyki. Konflikt był zatem nieunikniony już na poziomie wartości i światopoglądu, ale jego przyczyn można szukać także w sferze strategii i oczekiwań, czy wreszcie – jak postaram się udowodnić – na poziomie konwencji narracyjnych. Feministki proponowały własną opowieść o świecie, opowieść, w której „to, co prywatne jest polityczne”. Tymczasem same zostały wpisane w opowieść już istniejącą – taką, w której kobiety i ich losy wymiaru politycznego mieć nie mogą. Niniejszy tekst przypomina kilka medialnych epizodów i zawirowań z przełomu lat 60. i 70.; przyglądam się też bliżej kilku wybranym artykułom prasowym. Jednak moim celem jest przede wszystkim poddanie refleksji napięcia, jakie towarzyszyło relacjom między Ruchem Wyzwolenia Kobiet a komercyjnymi mediami: jego źródeł, dynamiki, wreszcie – uwikłania medialnej opowieści o feminizmie w konwencje kultury popularnej. Interesuje mnie także niepokój i ambiwalencja, jakie problem współpracy z mediami wywołuje (również w Polsce) w samym ruchu kobiecym.
Jak pisze Todd Gitlin w ważnej książce o wpływie mediów na Nową Lewicę w Stanach, media spełniają w nowoczesnym społeczeństwie rolę stabilizującą, funkcjonując w symbiozie z korporacjami – i sądzę, że dotyczy to nie tylko U.S.A. i nie tylko lat 60. Strategia mediów wobec ruchów społecznego protestu polega w dużej mierze na neutralizowaniu ich wpływu na życie zbiorowości: niezadowoleniu i potrzebie zmian nadaje się takie ramy, by wydawały się skrajnym odstępstwem od społecznej normy. W rezultacie, odbiorca ma nikłe szanse na rozpoznanie własnych potrzeb i wątpliwości w poglądach głoszonych przez protestujących. W miarę jak dany ruch nabiera rozmachu, pojawia się jednak tendencja do „oswajania” go poprzez promocję najmniej radykalnych skrzydeł, a wreszcie – do wchłaniania go do głównego nurtu kultury już nie jako zestawu poglądów i celów politycznych, lecz jako specyficznego „stylu życia” (por. Gitlin, 1980, zwłaszcza rozdz. I, IX, X). Każdy z tych etapów, jak się przekonamy, stał się udziałem feminizmu.
Dziennikarze potrzebują prostych opowieści, najchętniej takich, które zbudowane są wokół wyrazistego kontrastu czy też dramatycznego konfliktu. Od ruchów społecznych domagają się efektownych akcji raczej niż subtelnych analiz rzeczywistości, a jeśli już relacjonują czyjeś poglądy, to szukają wyrazistych, dających się zacytować wypowiedzi: smakowitych kąsków, po angielsku zwanych soundbites. W przypadku ruchów społecznych, dziennikarze lubią też wiedzieć, kto jest „przywódcą”, często traktując tę osobę jako symbol danego środowiska. Za sprawą mediów „przywództwo” (wysoka pozycja i prestiż wewnątrz ruchu) zamienia się stopniowo w „sławę” (status postaci publicznej oparty na obecności danej osoby w środkach masowego przekazu, czemu często towarzyszy utrata zaufania wewnątrz ruchu). Badacze mediów wymieniają trzy podstawowe czynniki, które sprawiają, że dany ruch społeczny zdobywa dostęp do środków masowego przekazu i ich przychylność: (1) profesjonalizm, zasoby, koordynacja i planowanie strategiczne; (2) jasny podział obowiązków między działaczy a przedstawicieli medialnych; (3) wąski zakres żądań, który nie stanowi zagrożenia dla systemu, a jedynie jego korektę. Z badań wynika też, że ruchy społeczne często świadomie dostosowują swój przekaz, a także swoją strukturę wewnętrzną, by zdobyć przychylność mediów (Huddy, 1999, s. 184-185). Proces ten niewątpliwie nastąpił w feminizmie liberalnym: organizacje takie jak National Organization for Women, Planned Parenthood, Feminist Majority Foundation, czy Emily’s List postawiły na profesjonalizm, medialność, działanie wewnątrz systemu. Jednak radykalny feminizm nie chciał i nie mógł się do oczekiwań mediów dostosować: anty-hierarchiczność i anty-systemowość stanowiły nie tylko jego strategię, lecz samo serce jego tożsamości.
Ruch Wyzwolenia Kobiet był amorficzny i z założenia nie posiadał przywódczyń. Tworzono „pączkujące” grupki, działające w razie potrzeby na zasadzie koalicji, a działaczki ruchu często nie znały się wzajemnie, nawet w obrębie jednej dzielnicy. Susan Brownmiller jedna z organizatorek słynnej okupacji redakcji pisma „Ladies’ Home Journal” (18.03.1970), wspomina, że wśród kilkuset kobiet, które wzięły udział w akcji znacznej części nie znała osobiście, chociaż wszystkie działały w Nowym Jorku. Do ostatniej chwili nie była też pewna ile osób się zjawi i jaki będzie przebieg zdarzeń. Nie było feministycznego „komitetu centralnego”, a w nim biura prasowego. Istniały rozsiane po kraju grupy kobiet, każda skupiona na zadaniu „podnoszenia świadomości” uczestniczek, niektóre zaś – na projekcie stworzenia całościowej „teorii ucisku kobiet” poprzez analizę kobiecej codzienności. Ruch nie miał spójnej ideologii; teorie powstawały dopiero na bazie kobiecych doświadczeń i od początku było ich wiele. Medialność nie była dla radykalnych feministek celem samym w sobie. Zasadniczo, Ruch Wyzwolenia Kobiet żywił się i napędzał tekstami, teoriami (za: Snitow, 2005). Jego celem było zbudowanie języka, który opisałby to, co ówczesne feministki odkrywały w atmosferze „przebudzenia”, czy „objawienia”, czyli mechanizmy działania patriarchatu. Nie był to język, który sprzyjał komunikacji z mediami głównego nurtu – przeciwnie, jak postaram się pokazać, media często wykorzystywały elementy feministycznego języka, by zasugerować odbiorcom obcość kulturową samego ruchu. Natomiast feministki, jak się przekonamy, wolały się od mediów odciąć, niż do nich dostosować, czy choćby wdawać się z nimi w negocjacje – ideałem była bezpośrednia komunikacja z kobietami za pomocą wewnętrznych gazetek, pamfletów i ulotek.
Stosunek radykalnych feministek do mediów był dość naiwny. Po pierwsze, dopiero po latach, w atmosferze backlashu – gdy media „obraziły się na feminizm” i skierowały uwagę na konserwatywne przeciwniczki ruchu kobiecego, wracające do domów, rzekomo unieszczęśliwione nadmiarem równości młode matki itp. – doceniono wcześniejsze zainteresowanie dziennikarzy, uświadamiając sobie, że nawet najbardziej prześmiewcze doniesienia o działalności ruchu przyczyniały się do wzrostu jego popularności – dlatego po prostu, że pełniły funkcje informacyjną. Kładąc nacisk na myślenie, na słowo pisane, na prawdę tekstu, radykalne feministki nie doceniały siły obrazu. W efekcie, po wielu malowniczych akcjach nie pozostały zdjęcia inne niż te, które publikowano w gazetach, bo uczestniczkom nie przychodziło do głowy, że warto swoją działalność dokumentować (za: Snitow, 2005). Tymczasem do gazet trafiały obrazy wyprane z kontekstu i przesycone narzuconym przez media sensem: fotografie z happeningów i manifestacji (tu ulubionym motywem były wykrzywione w krzyku kobiece twarze) oraz migawki z feministycznych szkół walki (groteskowe postacie kobiece w trakcie zadawania ciosu). Zainteresowania dziennikarzy nie przyciągały teorie, argumenty i żądania, do których akcje uliczne miały być ilustracją, lecz zbuntowane kobiety, które je organizowały. Feministki fotografowano tak, by wydawały się brzydkie i niekobiece, a ich stan cywilny komentowano z większą uwaga niż ich poglądy. Przedmiotem opisu nie był problem dyskryminacji i przemocy wobec kobiet, lecz sensacyjny fakt, że kobiety „walczą”, że się „złoszczą”. I że czasem jest im z tym do twarzy, a częściej – nie.
Działaczki ruchu czuły się przez media oszukiwane i wykorzystywane. Tymczasem w opowieściach dziennikarzy, którzy relacjonowali w tym okresie działania ruchu, wiele jest pretensji do feministek. Padały oskarżenia o nadmierną podejrzliwość, o bronienie dostępu do informacji, o wymuszanie obietnic, że część materiału nie zostanie ujawniona, o kradzież filmu z kamery. Wszystkie te elementy zawiera cytowana w magazynie „Atlantic” w marcu 1970 roku opowieść Marlene Sanders, komentatorki ABC-TV, która przygotowywała dla telewizji materiały o ruchu kobiecym. Jej relację kończy zdanie: „Oto jestem – prawdziwa sympatyczka Frontu Wyzwolenia Kobiet – a tymczasem one opresjonują mnie” (North, 1970, s. 106). Jak pisze Flora Davis, na wiele spotkań dziennikarzy po prostu nie wpuszczano, a od czasu do czasu dziennikarze płci męskiej byli wyrzucani przez grupy kobiet, które chciały na kimś przećwiczyć ciosy karate (Davis, 1999, s. 109). Jo Freeman, politolożka, uczestniczka ruchu, autorka jednej pierwszych poświęconych mu monografii, twierdzi, że wrogość feministek mogła paradoksalnie działać jak przynęta, bo „[s]ama myśl, że to mężczyźni mieli być z czegoś wykluczeni, generowała znacznie większe zainteresowanie niż to, które zwykle otrzymują kobiety” (Freeman, 1975, s. 114).
Nieufność feministek wobec mediów, często przedstawiana jako rodzaj paranoi, miała swoje uzasadnienie. Ruch kobiecy od początku był głęboko krytyczny wobec kultury komercyjnej w ogóle, a wizerunku kobiet w mediach w szczególności – i warto pamiętać, że nie dotyczy to tylko nurtu radykalnego. Opisując sytuację kobiet w kulturze amerykańskiej w The Feminine Mystique (1963), Betty Friedan niechętnie wskazuje na „winnych”, jednak z mediami komercyjnymi rozprawia się w sposób bezwzględny. Jej zdaniem cynicznie wykorzystywały one frustracje i kompleksy pań domu, by czerpać z nich zysk. Zadowoloną z życia, pewną siebie kobietę uważano za kiepską konsumentkę; podsycano więc w kobietach poczucie niższości i życiowej pustki – pustki, która miały zapełniać kupując kolejne produkty (Friedan, 1974, zwłaszcza s. 199). Friedan nie widziała w tym spisku, lecz produkt uboczny kulturowego zagubienia, któremu miał zaradzić liberalny feminizm „wprowadzając kobiety do głównego nurtu kultury”. Feministki radykalne do „głównego nurtu” nie miały za grosz zaufania, myślały w kategoriach konfliktu, interesów i władzy, a w dziennikarzach widziały po prostu agentów wrogiej, patriarchalnej kultury. Mimo tej zasadniczej różnicy, można, jak sadzę, zaryzykować tezę, że krytyczny stosunek do mediów był wspólną cechą najróżniejszych nurtów ruchu kobiecego drugiej fali. „Czwarta władza” była w oczach feministek władzą męską z tej prostej przyczyny, że kobieta na stanowisku dziennikarskim czy redaktorskim była w latach 60. wielką rzadkością. Wśród radykalnych feministek wiele było dziennikarek, które dyskryminacji w świecie mediów doświadczyły na własnej skórze. W mediach roiło się od upokarzających kobiety stereotypów, kreowanych na potrzeby komercyjnego rynku.
Jednocześnie jednak, jak każdy ruch społeczny zmierzający do zmiany społecznej świadomości, ruch kobiecy mediów potrzebował. Przy całej swojej niechęci dla kultury komercyjnej, feministki z grup takich jak New York Radical Feminists, Redstockings czy W.I.T.C.H. wiedziały, że bez pośrednictwa dziennikarzy nie uda im się trafić ze swoja wizją rzeczywistości pod przysłowiowe „strzechy” – czyli do kobiet, które nie znały żadnej feministki, ale z racji życiowych doświadczeń były gotowe się feminizmem „zarazić”. Ruch Wyzwolenia Kobiet nie miał jednak właściwie żadnego pomysłu – oprócz odmowy współpracy – na przeciwstawienie się medialnym manipulacjom. Dokumenty radykalnego feminizmu, zwykle buńczuczne i pełne nadziei na rychłą i całkowita zmianę „systemu”, posługują się uderzająco odmiennym tonem, gdy chodzi o media. Uderza tu niepokój, ambiwalencja i lęk, agresja i kryjące się za nią poczucie bezradności. W manifeście grupy New York Radical Feminists z 1969 roku można na przykład przeczytać, że pragnąc dotrzeć do „milionów kobiet w całym kraju”, grupa „nie jest przeciwna (ostrożnemu) posługiwaniu się mediami, chociaż nie jesteśmy ślepe na ich skorumpowanie”, któremu jednak należy się opierać „poprzez – w miarę możliwości – opanowanie technik medialnych i zrozumienie medialnych zniekształceń”. Jakby na potwierdzenie ambiwalencji i lęku drzemiących we wtrąceniach („ostrożnie”, „w miarę możliwości”), na końcu tekstu pojawia się uzupełnienie postanowień w kwestii mediów, dodane jakby po namyśle, oznaczone gwiazdką:
Będziemy współpracować wyłącznie z reporterkami. Zamierzamy przekazywać informacje, ale w razie potrzeby odpowiednio karać każdego dziennikarza i każde medium, które w jakikolwiek sposób, w tonie lub w treści, zaprezentuje zniekształcony obraz lub nieobiektywne informacje o naszej grupie. Będziemy też zabiegać o budowę silnych koalicji z innymi grupami działającymi na rzecz praw kobiet, po to, by efektywniej radzić sobie zarówno z problemami, jak i z potencjałem mediów. (Organizing Principles of the New York Radical Feminists… (1970, s. 119-120, 122. Dziękuje Ann Snitow za udostępnienie mi publikacji.)
Jest oczywiste, że zarówno deklaracje, jak i wtrącenia i uzupełnienia, to ślady po burzliwych debatach w samej grupie. Zdaniem Freeman – która w tamtym okresie bezskutecznie namawiała feministki do racjonalnej współpracy z mediami i do tworzenia przejrzystych struktur, między innymi po to, by skuteczniej bronić się przed medialną manipulacją (Jo Freeman „The Tyranny of Structurelessness” (1973, s. 285-299, patrz też www.jofreeman.com.) – wrogość tych młodych kobiet wobec mediów w dużej mierze była efektem braku doświadczenia. Inny powód to, jej zdaniem, fakt, iż jako uczestniczki protestów studenckich naczytały się i naoglądały stronniczych relacji z własnych poczynań politycznych. Freeman sugeruje też, że jako dziewczyny z klasy średniej, feministki boleśnie przeżyły rozczarowanie mediami. W odróżnieniu na przykład od Afroamerykanów, którzy nigdy nie żywili podobnych złudzeń, wychowywały się w przeświadczeniu, że media są obiektywne, że można im ufać: „Kobiety chciały uczciwej współpracy z mediami; kiedy jej efekty przyniosły zawód, postanowiły nie współpracować wcale” (Freeman, 1975, s. 111).
Sądzę, że warto dodać jeszcze jedną przyczynę medialnych kłopotów radykalnego feminizmu – być może sięgającą głębiej niż te wymienione przez Freeman – a mianowicie wiarę w mądrość kobiecego „doświadczenia” i nieufność wobec wszelkich form reprezentacji, które to doświadczenie mogłyby zniekształcić. W artykule wprowadzającym do Notes for the Second Year (1970), zbioru dokumentów ruchu opublikowanego przez same aktywistki, czytamy:
„... mamy powyżej uszu tego, że nasze idee są przekazywane innym kobietom przez (zwykle nieuczciwych) pośredników. Trzymacie w rękach pierwszą nadziemną publikację stworzoną przez radykalne feministki, a nie na ich temat. Odradzano nam prezentowanie naszych myśli w formie nierozcieńczonej – twierdząc, że to błąd strategiczny, bo część, jeśli nie wszystkie zamieszczone tu teksty mogą odstraszyć kobiety, które nie są zaznajomione z ruchem (...). Odpowiadamy, że kobiety są inteligentniejsze niż sądzą nasi doradcy; że ten ruch należy do wszystkich kobiet i do każdej z osobna, a kobiety nie potrzebują gładkiej gadki reklamowej; że są wystarczająco bystre, by rozpoznać swoje własne interesy; i jeszcze – że mamy dość dobrotliwych pouczeń i przemawiania do nas z góry. Nasza polityka redakcyjna zawiera się w jednym punkcie: autentyczność” (ibidem, s. 2).
Zatrzymajmy się przez chwilę nad tą deklaracją. Autentyczność, bezpośredniość, wiara w życiowe doświadczenie kobiet, które „same wiedzą”, co leży w ich interesie, a feminizm ma im tylko pomóc te wiedzę wyartykułować... Przyznam, że te właśnie elementy radykalnego feminizmu wydają mi się szczególnie ujmujące. Siłą tego ruchu była umiejętność nazywania kobiecego doświadczenia, w taki sposób, że kobiety – uczestniczki licznych grup podnoszenia świadomości – przestawały czuć się nieważne, czy wręcz niewidzialne. „Nie możemy polegać na istniejących ideologiach”, powtarzały radykałki, dowodząc, że kultura patriarchalna oddziela kobiety od ich własnych emocji, ambicji, potrzeb. Dlatego teorie budowano mozolnie, na podstawie kobiecego życia, kobiecej codzienności, kobiecej krzywdy. Zadanie to – i samą kategorię niezapośredniczonego przez język doświadczenia, w istocie przecież utopijną – traktowano ze śmiertelną powagą. Dlatego tak ważne miejsce w retoryce ruchu kobiecego, w jego manifestach, esejach i powieściach, zajmuje nieufność wobec wszelkich pośredników. Rzecz jednak w tym, że nie da się zbudować strategii medialnej masowego ruchu społecznego odrzucając mediację jako taką, stawiając na „autentyczność”, odrzucając wszelkie formy reprezentacji. W „społeczeństwie spektaklu” wszelkie poglądy, wizje i interesy funkcjonują i ścierają się ze sobą nie w sferze „ludzkich doświadczeń”, lecz w kreowanej przez media przestrzeni publicznej. To media nadają „ramy” doświadczeniu, decydują o tym, co wyda nam się istotne, a co absurdalne. Radykalne feministki próbowały kontrolować swój wizerunek medialny, a zarazem wpłynąć na media jako pracodawców, ale nieufność wobec samego pomysłu, że ich myśli mają docierać do kobiet przez pośredników, sprawiała, że te wysiłki nie były skoordynowane.
Trzeba przyznać, że podejrzliwość feministek miała solidne podstawy. W opowieściach dziennikarzy, którzy relacjonowali w tym okresie działalność ruchu kobiecego, często pojawia się postać szefa, „zamawiającego” prześmiewczy tekst czy nagranie. Oto jedna z takich opowieści: „Napisałam [do „Newsday”] serię artykułów o prawach kobiet, a on [redaktor naczelny] mi mówi: »Idź w teren i znajdź mi jakiś autorytet, który powie, że cały ten ruch kobiet to jedno wielkie g.... « To dosłowny cytat. Napisałam o tym, jak ruch kobiecy stanowi odpowiednik ruchu Czarnych, ale to wszystko mi wyciął. [...] Jeśli chcesz się czegoś dowiedzieć o ruchu praw kobiet, to szukaj w moim koszu na śmieci” (Opowieść Marilyn Goldstein za: North, 1970, s.106). Postaci naczelnego, który domaga się prześmiewczej relacji oraz dziennikarza brutalnie wyrzuconego z feministycznych obrad przez bezwzględne karateczki, można jednak przeciwstawić pozytywną bohaterkę wielu feministycznych wspomnień: dziennikarkę, która, wysłana po paszkwil, wraca do redakcji „nawrócona” na feminizm. Kazimierz Ślęczka przytacza obszerne fragmenty jednego z takich „nawróceniowych” artykułów. Autorka nie chce jechać na feministyczny weekend, uważając to za „farsę” i brzydząc się „tymi babami”, po czym doznaje wśród nich olśnienia: „Nic nie pozostało takie samo, – pisze. Teraz każda piosenka w radiu, każda reklama w tygodniku, każde ogłoszenie w TV, każda zwyczajna pogawędka, każde okno wystawowe są dla mnie czymś politycznym” (Cooke, 1969 za: Ślęczka, 1999, s. 115-116). Najczęściej przywoływany akt dziennikarskiego nawrócenia na feminizm, to historia Vivian Gornick, autorki jednego z pierwszych artykułów prasowych o radykalnym feminizmie, opublikowanego jesienią 1969 w opiniotwórczym tygodniku „Village Voice”. W rozmowie ze mną Gornick opowiada: „Spodziewali się, że napiszę złośliwy, ironiczny kawałek, który zrobi z feministek pośmiewisko. Tymczasem ja się w dwie sekundy nawróciłam. Kiedy tylko zaczęłam z nimi rozmawiać, natychmiast zrozumiałam, że to, co mówią, jest słuszne. Natychmiast. To było niesamowite. I to się przytrafiło nie tylko mi. W tym okresie były nas tysiące” (Rozmowa z A.G. Nowy Jork, 26. 10.2004). Zamiast paszkwilu Gornick napisała liryczny esej pod znamiennym tytułem The Next Great Moment in History is Theirs (Następny moment w historii należy do nich) (Gornick, 1969; taż, 1978).
Z perspektywy kilku dekad (i wielu napisanych w tym okresie studiów na temat wizerunku ruchu kobiecego w mediach) widać, że wzajemna nieufność i częsta frustracja to w znacznym stopniu wynik nieprzystawalności konwencji, czy – by posłużyć się kategorią używana przez badaczy mediów i ruchów społecznych – niezgodności ram. Kategoria „ram” dotyczy sposobu, w jaki wydarzeniom nadaje się społeczny sens przez umiejscawianie ich w takich, a nie innych kontekstach i sekwencjach narracyjnych, przez odpowiedni dobór słownictwa i obrazu, czy wreszcie przez eksponowanie jednych, a ignorowanie innych postaci lub zdarzeń. Pojęcie to – oparte na założeniu, że wydarzenia same w sobie nie mają znaczeń, że sensy tworzone są w procesach społecznej, językowej negocjacji – cieszy się dużą popularnością we współczesnej socjologii, psychologii kognitywnej, teorii komunikacji i językoznawstwie; często pojawia się też w pracach dotyczących wpływu ruchów społecznych na świadomość zbiorową i sposobów przedstawiania protestujących w mediach. Łatwo zgadnąć, że redaktor wysokonakładowego tygodnika, czy komercyjnej stacji telewizyjnej może mieć inne poglądy na temat roli kobiety w społeczeństwie niż na przykład radykalna grupa o nazwie W.I.T.C.H. (Women’s International Conspiracy from Hell). Jednak nie o samą różnicę poglądów tu chodzi – nie przeszkadza ona przecież mediom pisać o partiach, z którymi nie sympatyzują, o sektach czy grupach przestępczych, traktując ich poglądy i działania poważnie. Różnica jest głębsza i dotyczy samych kategorii opisu, ram, w jakich media postrzegają zjawiska.
Feministki domagały się, by postulat równości płci traktowano jako co najmniej równorzędny z postulatami innych ruchów społecznych. Tymczasem, z punktu widzenia mediów, kobiety – także te działające w kobiecych organizacjach – z założenia były tematem rozrywkowym, trywialnym, kojarzonym z prywatnością, intymnością, bezradnością. W podobnym kontekście ktoś taki jak Kate Millett – do której jeszcze tu wrócimy – musi budzić zdumienie. Oskarżenie o „brak poczucia humoru” z jednej i poczucie, że jest się ośmieszanym z drugiej strony, wydają się być wpisane w scenariusz relacji feministek z mediami – i to niezależne od tego, że media często świadomie feminizm ośmieszają, a konkretnym feministkom może poczucia humoru istotnie brakować. Rzecz w tym, że ruchy kobiecy, aby zaistnieć w świadomości społecznej musiał zrobić coś więcej niż przedstawić swoje postulaty. Aby stały się one zrozumiałe, sama przestrzeń społecznej komunikacji musiała ulec głębokiej przemianie.
Na razie jednak nie było kontekstu, w którym język radykalnego feminizmu byłby zrozumiały. Ukształtowany w odniesieniu do radykalnych ruchów politycznych i kontrkulturowych, pełen buntu i utopijnych nadziei, pełen słów takich jak opresja, wyzysk, rewolucja, wyzwolenie i siostrzeństwo, język ten zderzył się z językiem komercyjnych mediów, gdzie polityką zajmowali się mężczyźni, a kobiety udzielały sobie nawzajem porad dotyczących sposobów na równomierne upieczenie indyka. Efektem były artykuły i programy telewizyjne pełne agresywnych żartów, wyrwanych z kontekstu groteskowo brzmiących cytatów. Skutkiem „nieprzystawalności ram” była też wściekłość samych feministek, kierowana do dziennikarzy, a z czasem także do namaszczonych przez media feministycznych „gwiazd” (przedmiotem medialnej atencji i agresji „sióstr” były kolejno Kate Millett, Germaine Greer i Gloria Steinem). Wewnątrz ruchu od początku było wiele napięć dotyczących granic kompromisu z mediami. Susan Brownmiller, może dlatego, że sama z zawodu była dziennikarką, dla komunikatywności gotowa była poświęcić więcej niż inne radykalne feministki. Podczas wspólnego redagowania feministycznego dodatku do „Ladies Home Journal” – owocu dramatycznej okupacji z marca 1970 – miała, jak wspomina, „spore trudności z przekonaniem niektórych członkiń grupy, że nie ma potrzeby by słowa »rasistowski«, »imperialistyczny« oraz »opresor« znalazły się wszystkie w tym samym zdaniu” (za: Cohen, 1988, s. 194).
Jak pisze w swojej pracy o medialnych perypetiach amerykańskich i polskich feministek Agnieszka Mrozik, przestrzeń zarezerwowaną w kulturze dla kobiet (feministek nie wyłączając) można z powodzeniem opisać jako świat melodramatu. Wszelkie spory odbywają się tu w aurze wielkich emocji, ale zakończenie jest z góry znane (Mrozik, 2004, s. 68). Fabuła rozwija się według schematu, który w kulturze amerykańskiej zakorzeniony jest szczególnie głęboko: znany jest z klasycznej powieści gotyckiej i jej współczesnej wersji brukowej, z czarnego kina, z telenoweli, a ostatnio także Lynchowskich parodii tych gatunków. Kobieca kobieta (jej niewinność i dobre intencje tradycyjnie oznajmiane są przez błękit oczu i złociste włosy) konkuruje tu o względy mężczyzny i sympatię odbiorcy z kobietą niekobiecą, demoniczną i nadmiernie wyzwoloną (najczęściej jest to tajemnicza brunetka o mrocznym spojrzeniu, choć u Lyncha bywa odwrotnie). Demoniczność jest pociągająca – to na niej zasadza się erotyczna aura całej opowieści, to jej zawdzięczamy suspens. Wiadomo jednak, że ostatecznie zatriumfuje prawdziwa kobiecość. Niewinna królewna, która przecież tylko śpi, doczeka się pocałunku księcia; ambitna macocha nie jest najpiękniejsza w świecie i czeka ją smutny koniec; fatalnie zauroczony Michael Douglas wróci do żony, zaś demoniczna Glenn Close będzie się smażyć w piekle. Logika tej fabuły jest prosta: trzeba wypędzić złą kobietę ze świata męsko-damskiej harmonii. Czy jednak po demonie – i naszej, czyli słuchaczy tej bajki demonem fascynacji – nie zostaje jakiś trwały ślad?
Zdaniem Susan J. Douglas, autorki znakomitego studium Where the Girls Are, poświęconego kobietom i kobiecości w amerykańskiej kulturze popularnej, medialny przekaz dotyczący ról płci jest głęboko ambiwalentny, a dobrze znana opowieść o backlashu autorstwa Susan Faludi stanowi jego niefortunne uproszczenie. Douglas odrzuca prostą chronologię, w której po tradycyjnych latach 50. nastąpiła era medialnych zwycięstw feminizmu, po czym przyszedł ponury czas patriarchalnego kontrataku. Dowodzi, że od czasu drugiej wojny światowej amerykańskie media cierpią na swoistą schizofrenię w kwestii płci, przekazując na zmianę, a często jednocześnie, skrajnie różne wzorce i poglądy. „Nieustannie znajdowałyśmy się między dwoma głosami, z których jeden powtarzał nam, że jesteśmy równe mężczyznom, a drugi upierał się że jesteśmy im podległe. Po pewnym czasie to napięcie stało się nie do zniesienia” (Douglas, 1995, s. 10). To napięcie – czy raczej powstała w jego efekcie potrzeba opowiedzenia się po jednej ze stron – sprawiło, że w połowie lat siedemdziesiątych miliony amerykańskich kobiet identyfikowały się z postulatami ruchu kobiecego, mimo (a może właśnie dlatego), że był on w mediach ośmieszany i demonizowany. W argumentacji Douglas kluczowa jest teza, iż medialny obraz feminizmu (nieustannie zderzanego z „prawdziwą kobiecością”) to tylko jedna z wielu wersji dramatycznego sporu o kobiecość, w którym uległe dobro jest, co prawda, zwycięskie, ale za to nieodparcie nudne. Od połowy lat 70. amerykańska telewizja przedstawiała spór o ERA (równościową poprawkę do konstytucji) jako walkę między dwiema kobietami. Feministki reprezentowała piękna i niezamężna Gloria Steinem, która – odgarniając długie włosy i poprawiając mini-spódniczkę – porównywała małżeństwo do prostytucji. Natomiast medialnym uosobieniem tradycyjnej kobiecości, czyli rzekomo nie zainteresowanych równością matek i żon, była Phyllis Schlafley, matka sześciorga dzieci, której feministki wydawały się zgorzkniałe i antykobiece. W rzeczywistości walka o E.R.A. toczyła się między zwolennikami poprawki (w większości kobietami), a przeciwnymi jej konserwatywnymi ustawodawcami i lobbystami (tu kobiety stanowiły raczej wyjątki). Była to walka polityczna, walka o prawo i wartości. Jednak w mediach mogła ona zaistnieć wyłącznie w narracyjnych ramach rytualnej „walki kobiet”: Steinem i Schlafley pojawiały się na szklanym ekranie na podobnych zasadach, co Kristal i Alexis, antagonistki z kultowego w tym okresie serialu Dynastia.
Radykalny feminizm nie był pierwszym masowym ruchem społecznym swojej epoki, który media lekceważyły i wyśmiewały, którego przesłanie było nagminnie zniekształcone – w podobny sposób traktowano ruch przeciwników wojny w Wietnamie. Wiele późniejszych feministek zbierało tu pierwsze polityczne doświadczenia. Demonstracje organizowane przez tzw. Nową Lewicę (SDS – Students for Democratic Society), w których brały udział dziesiątki tysięcy ludzi przedstawiano jako wybryki organizowane przez „garstki rozwydrzonej młodzieży” i sugerując, że ich poglądy to jakiś wariacki margines. Wiosną 1965, kiedy działalność Nowej Lewicy trafiła na pierwsze strony gazet, pojawił się również pewien stały repertuar strategii medialnych w przedstawiania protestów. Gitlin wymienia sześć takich strategii: (1) trywializację (umniejszanie i ośmieszanie języka, strojów, wieku, stylu i celów ruchu); (2) polaryzację (podkreślanie kontrdemonstracji; przeciwstawianie ruchu antywojennego grupom ultra-prawicowym i neonazistom, jako równoważnym „ekstremistom”); (3) nacisk na konflikty wewnętrzne; (4) marginalizację (przedstawianie demonstrantów jako nienormalnych i niereprezentatywnych); (5) pomniejszanie liczebności (np. w szacowaniu liczby demonstrantów); (6) lekceważenie wpływu ruchu na rzeczywistość (Gitlin, 1980, s. 27-28). Każda z tych strategii stosowana była nie tylko w medialnych relacjach o SDS, ale także w późniejszych przekazach o radykalnym feminizmie. Jak pisze Jo Freeman, opór mediów wobec feminizmu był jednak silniejszy niż wobec innych ruchów politycznych i kontrkulturowych, bo na wrogość mediów wobec przejawów społecznego protestu nakładał się tradycyjny seksizm. „Dziennikarze przyglądali się uważnie politycznym przesłaniom, które stały za wybrykami grup takich jak Yippies – pisze Freeman – tymczasem na akcje feministek zerkano pobieżnie, używając ich potem jako ilustracji do tezy o śmieszności i głupocie kobiet. Media traktowały ruch wyzwolenia kobiet tak samo, jak społeczeństwo traktuje kobiety – jako rozrywkę, której nie należy traktować serio” (Freeman, 1975, s. 112). W takim tonie relacjonowano już pierwszą medialnie nagłośnioną akcję radykałek: protest na wyborach Miss America w Atlantic City z września 1968 – wydarzenie, dzięki któremu feminizm trafił do mediów głównego nurtu i które dało początek mitowi o paleniu staników.
Dla kogoś, kto śledzi medialne przygody polskiego feminizmu ostatnich lat, uderzające jest, jak bardzo podana tu za Gitlinem lista medialnych strategii „neutralizowania” ruchów społecznych pasuje do artykułów prasowych i materiałów telewizyjnych dotyczących tzw. Manif (manifestacji organizowanych w Warszawie przez Porozumienie Kobiet 8 Marca od 2000 roku), czy wydarzeń, jakie mały miejsce latem 2003 roku we Władysławowie podczas wizyty w Polsce holenderskiej grupy Kobiety na Falach. Zważywszy na „karierę” Młodzieży Wszechpolskiej, konsekwentnie pokazywanej jako „oponenci” feministek w mediach, szczególnie ciekawa wydaje mi się kategoria polaryzacji. Warto też może odnotować, że uczucie bezradności i frustracji podobne do tego, które opisałam wyżej, w oparciu o dokumenty amerykańskiej drugiej fali, towarzyszy też rozmowom na temat „medialnej strategii” (czy raczej jej braku) toczonym dziś przez polskie feministki. Myślę tu o internetowym forum dyskusyjnym Porozumienia Kobiet 8 Marca, którego sama jestem uczestniczką. Oto list Sylwii Chutnik, jednej z organizatorek Manif (i jednej z najczęściej fotografowanych i cytowanych przez media polskich feministek):
„Myślę, że niezależnie od tego, jak wiele ma się doświadczeń z dziennikarzami, to zawsze się da ciała. Ale co robić w sytuacji, kiedy dzwoni pan/pani i prosi o komentarz/wywiad? Nie dać, nie odzywać się – znajdzie sobie wreszcie kogoś, kto może nie będzie zbyt dobrą osobą do rozmowy. Albo nikogo nie znajdzie i dopisze wypowiedzi (nagminne). Dać: być ostrożną, podejrzliwą, a potem i tak przeczytać w efekcie wersję dziennikarską i redaktorską (bo trzeba też pamiętać, że czasem artykuł po zredagowaniu wygląda inaczej, niż został napisany pierwotnie). Poza tym, jak jest informacja, że poszukują do radia/telewizji/gazety to żadna się nie zgłasza. A jak się zgłaszają to te same osoby, co potem komentowane jest jako »monopolizacja medialna«. Wydaje mi się, że powinna być grupa medialna od tego. A poza tym... jedyna bezpieczna opcja to bojkot medialny. Wszelki. Tylko czy Młodzież Wszechpolska dobrze wychodzi np. na nierozmawianiu z »Gazetą Wyborczą«? Przecież i tak o nich piszą... (Lista dyskusyjna „Porozumienie Kobiet”, post Sylwii Chutnik z 2 marca 2005 roku).
Młode kobiety, które na przełomie lat 60. i 70. „zarażały się” feminizmem, często miały za sobą lata protestów antywojennych, a także aktywność w ruchu na rzecz praw obywatelskich Afro-Amerykanów – i frustrację związaną z obserwowaniem tych wysiłków odbitych w krzywym zwierciadle mediów. Opisując medialne przygody SDS w roku 1965, Todd Gitlin dokumentuje liczne manipulacje: na przykład dobór zdjęć, który sugeruje, że demonstracja prowojenna i antywojenna były równie liczne (w rzeczywistości proporcje demonstrantów w opisanym przypadku były jak 1: 150) (1980, s. 48). W medialnych relacjach dotyczących feminizmu powtórzyły się wszystkie zabiegi z listy Gitlina, z tym, że lekceważenie i samowola mediów były szczególnie wyraziste, dlatego po prostu, że chodziło o kobiety. Konflikty wewnątrz ruchu z upodobaniem przedstawiano jako zapasy w kisielu. Oprócz żartów dotyczących stroju, pojawiły się przytyki do wyglądu fizycznego, a także język rodem z popularnej mizoginicznej psychoanalizy: feministki przedstawiano jako histeryczne, sfrustrowane, narcystyczne, ekshibicjonistyczne, niedojrzałe do kobiecości, nieatrakcyjne, w istocie spragnione męskiej atencji, a przede wszystkim agresywne. W tym kontekście warto zacytować wypowiedź telewizyjną Glorii Steinem z 1970 roku: „na własne oczy widziałam instrukcje dla »łowców talentów« do programów Johnny’ego Carsona i Davida Frosta, gdzie kazano im »szukać oszołomów«” (oryg. get the nuts) (za: Davis, 1999, s. 108).
Podobnie jak w przypadku SDS, media domagały się od feministek kontaktu z przywódczyniami lub wyznaczonymi do tego rzeczniczkami. Kiedy głęboko anty-hierarchiczne organizacje takie jak SDS odmawiały, żądając, by przedstawiano je jako grupy, media same typowały „liderów”, same też decydowały, co w ramach danej grupy jest „sensowne”, co zaś można odrzucić jako „wariacki margines”. W przypadku feministek wybór „przywódczyń” był szczególnie arbitralny: gwiazdami zostawały osoby fotogeniczne, pasujące do medialnej fantazji o „nowej kobiecie”, jednak często nie mające wiele wspólnego z ruchem feministycznym. Namaszczona przez media Gloria Steinem do dziś funkcjonuje w potocznej wyobraźni jako przywódczyni feminizmu drugiej fali, i do dziś traktowana jest przez niektóre feministki radykalne jako zdrajczyni, która „zawłaszczyła ruch” (współpracując, jak twierdzą członkinie grupy Redstockings, z CIA). W przypadku Steinem napięcie między przywództwem a sławą okazało się szczególnie bolesne.
Zanim symbolem feminizmu stała się Gloria Steinem, odbyła się krótka i dramatyczna przygoda medialna feministki prawdziwie radykalnej: Kate Millett. W sierpniu 1970 „Time” obwieścił, że książka Sexual Politics uczyniła z niej „Mao Tse Tunga Ruchu Wyzwolenia Kobiet”, a ją samą (wbrew wcześniejszym ustaleniom) zamieścił na okładce („Who’s Come a Long Way, Baby?”, „Time”, 31.08.1970, s. 31). Kilka miesięcy później ten sam tygodnik ogłosił, że, jako zdeklarowana lesbijka, Millett nie może jednak reprezentować feministycznej sprawy, ponieważ – tu „Time” powołał się na autorytet krytyka literackiego, Irvinga Howe’a – „Kate ma w sobie niewiele ciepła wobec kobiet i niewiele wie o ich doświadczeniach. Chwilami ma się w wrażenie, że jej książkę napisał przebrany za kobietę mężczyzna” (Women’s Lib. A Second Look, 1970, s. 50). O kulisach „demaskacji” Millett na łamach „Time” i konsekwencjach tych zdarzeń dla niej samej i dla ruchu kobiecego pisały ostatnio ciekawie Kristan Poirot (2004, s. 204-235) i Carolyn Dever (2004, s. 2-7), traktując tę historię jako punkt wyjścia do refleksji na temat powiązań między feministyczną teorią a praktyką, wskazując, jaką rolę w feminizmie i w jego medialnym wizerunku pełni figura lesbijki. Kluczową rolę w przypisaniu Millett autorytetu odniosło uznanie jej książki za dzieło „naukowe” i „abstrakcyjne” (a zatem w jakiś sposób niekobiece), natomiast erotyczna „odmienność” (znowu kodowana jako „niekobiecość”) pozwoliła ten autorytet obalić. W obu poświęconych jej przez tygodnik „Time” artykułach Millett pojawia się zatem przede wszystkim jako płciowy odmieniec. Feministka to zaprzeczenie kobiecości – czy się ją za to chwali, czy gani, to rzecz wtórna. Co ciekawe, dramatyczne „ujawnienie” preferencji seksualnych Millett było wydarzeniem od początku sfabrykowanym przez dziennikarzy, bo ona sama nigdy nie ukrywała swojego biseksualizmu. Jak pisze Dever, „»Time« stworzył feministyczną gwiazdę budując wokół niej homofobiczną szafę” (2004, s. 2), której drzwi następnie wywarzył ujawniając szokującą prawdę. Opisany przez Gitlina mechanizm medialnego namaszczanie i obalania przywódców Nowej Lewicy miał w przypadku feminizmu wymiar niemal groteskowy.
Powtórzył się też mechanizm pozytywnego odbioru negatywnego przekazu – zjawisko z pozoru paradoksalne, ale charakterystyczne dla lat 60., kiedy to znaczna część odbiorców czytała media wbrew intencjom nadawców, identyfikując się właśnie z tymi, których demonizowano. Negatywny obraz ruchów anty-systemowych w prasie czy telewizji zamiast odstraszać potencjalnych zwolenników raczej ich przysparzał. Douglas uważa, że mechanizm ten dotyczył feministek w większym stopniu niż innych ruchów społecznych. Nieustannie mrugano do czytelniczek, dając im do zrozumienia, że one same różnią się od feministek całkowicie. Mimo to wiele kobiet odbierało przede wszystkim sygnały, że oto gdzieś w Ameryce są buntowniczki, które dają wyraz zakazanym, stłumionym emocjom i aspiracjom. Otwarty gniew feministek – tak jak piosenki Janis Joplin – pozwolił im skonfrontować się z własnym niezadowoleniem.
Medialny wizerunek feminizmu przeszedł w pierwszych latach istnienia ruchu pewną ewolucję. W początkowej fazie feminizm przede wszystkim ośmieszano. Aktywistki określano lekceważąco mianem „women libbers”, wciąż wracano do groteskowej wizji płonącego stanika, z lubością skupiano się na feministycznych kursach karate. Taki ton dominuje w jednym z pierwszych artykułów o feministkach, jakie pojawiły się w prasie głównego nurtu: „You’ve Come a Long Way, Baby” autorstwa Julie Baumgold, zamieszczonym w czerwcu 1969 roku w popularnym tygodniku „New York”. Jedna z moich rozmówczyń w Nowym Jorku wspomina, że tekst ten zraził ją do feminizmu, o rok opóźniając jej spotkanie z ruchem (rozmowa A. G. z Sonią Jaffe Robbins, 2005). Jest to prześmiewcza relacja – ni to reportaż, ni to paszkwil – z dwudniowej konferencji feministycznej. Ton jest niezmiennie sarkastyczny, przez opowieść przewijają się kolejne groteskowe postacie – ideolożki, karateczki, a także przywołane zza światów za pomocą karykatur postacie mityczne i historyczne; Diana, George Sand, Joanna D’Arc, Susan B. Anthony, Elżbieta I. Wyrwane z kontekstu wypowiedzi mają świadczyć o głupocie feministek, ich braku poczucia humoru, zacietrzewieniu. Co pewien czas w centrum zainteresowania narratorki pojawia się odporna na feminizm „normalna kobieta”: młoda matka, która od ideologii woli własne dziecko, rozsądna Afro-Amerykanka, która nie rozumie, o co w tym wszystkim chodzi itp. Baumgold szczególnie bawi fakt, że jedną z obserwowanych feministek jest Abby Rockefeller, najwyraźniej pragnąca „zemsty na tatusiu” (Baumgold, 1969, s. 27). Dla kobiet, które jak Roxanne Dunbar poświęciły Baumgold czas i uwagę, artykuł ten był ciosem w plecy – utwierdził je w przekonaniu, że prasie nie wolno ufać (Dunbar-Ortiz, 2001, s. 193).
W miarę jak ruch kobiecy stawał się zjawiskiem masowym, popularne tygodniki zmieniały ton i teksty takie jak Baumgold przestały się pojawiać. Zdaniem Freeman, niemal wszystkie artykuły o feminizmie zamieszczone w 1969 w wysokonakładowych tygodnikach („Time”, „Life”, „Newsweek”), to de facto opowieści o „nawróceniu” na feminizm ich początkowo sceptycznych autorek (Freeman, 1975, s. 114). Chociaż osobiście doczytuję się w nich więcej dystansu niż Freeman, to jednak nie ulega wątpliwości, że jest w nich także nuta fascynacji. Artykuły te wywarły zresztą wpływ na atmosferę w redakcjach – dziennikarki, zbieraczki materiałów, a nawet sekretarki uświadomiły sobie dzięki nim podrzędność własnej pozycji w świecie mediów. W 1970 roku zaczęła się fala protestów przeciw dyskryminacji kobiet w mediach, wśród których najsłynniejszy odbył się w „Newsweeku” w tym samym tygodniu, w którym tygodnik zamieścił artykuł o feministkach autorstwa Helen Dudar. W ciągu kilku miesięcy pozwy o dyskryminację złożyły przeciw swoim pracodawcom kobiety zatrudnione w „Time”, „Life”, „Fortune” i „Sports Illustrated”.
Czytając artykuły o feministkach drukowane w wysokonakładowych tygodnikach amerykańskich w latach 1969 i 1970, można odnieść wrażenie, że nie bardzo wiedziano, co z feminizmem począć, jak go zakwalifikować. Nie można sobie było pozwolić na zbyt agresywny mizoginizm i lekceważenie samego problemu nierówności płci, nie było bowiem jasne, jaki stosunek do feminizmu mają czytelniczki. Znaczną ich część stanowiły wszak tzw. „nowoczesne kobiety”, zarabiające na siebie i borykające się z dyskryminacja na rynku pracy. W efekcie ukształtował się głęboko ambiwalentny obraz feminizmu, podobny do tego, jaki znamy z polskich mediów ostatnich lat. Przekaz ten można streścić następująco: „feministki są dziwaczne, niekobiece, agresywne..., ale mają sporo racji. My tu w redakcji rozumiemy Twoje, droga czytelniczko, problemy. Wiemy, że jesteś kobieca, chcemy żebyś była równa, a na następnej stronie specjalnie dla ciebie zamieściliśmy reklamę kosmetyków firmy X”.
Na podstawie lektury tych artykułów trudno też ustalić, kogo widziano jako odbiorcę materiałów o feminizmie: odporną na „ideologię”, ale przecież niechętną otwartej mizoginii czytelniczkę czy też spragnionego quasi-pornograficznej rozrywki czytelnika. Może dlatego dla redaktorów tygodników nie było oczywiste, kto ma o feminizmie pisać – i w jakim tonie. Artykuł Lynn Young, która w 1969 roku pisała o Ruchu Wyzwolenia Kobiet dla „Newsweeka”, został odrzucony, bo – jak jej powiedział redaktor – nie był wystarczająco „obiektywny”. Tekst poprawiano przez dwa miesiące, a wreszcie oddano zlecenie mężczyźnie, ponieważ, jak stwierdzono w redakcji, „tylko mężczyzna może oddać sprawiedliwość absurdalnej duszy tej całej historii”. Męskość jednak nie wystarczyła – ta wersja tekstu również została odrzucona. Po niemal pół roku „Newsweek” opublikował bardzo osobisty i życzliwy feministkom tekst, napisany przez osobę spoza redakcji (żonę jednego ze starszych redaktorów tygodnika), płacąc jej z góry i nie poddając jej relacji większym ingerencjom (Freeman, 175, s. 114-115 i przypis 20). Z kolei nota redakcyjna zapowiadająca wspomniany wyżej tekst z „Time’a” z listopada 1969 informuje, że jego autorka, Ruth Brine, jest matką trójki dzieci, tak jakby miało to stanowić gwarancję obiektywizmu. Same feministki również starały się wpływać na płeć autorów – wiele grup odmawiało przecież kontaktów z mężczyznami.
Jednym z najczęściej stosowanych przez media zabiegów było dystansowanie się od dyskursu feministycznego za pomocą cytatów i quasi-cytatów, zwłaszcza w tytułach i śródtytułach artykułów, a także w podpisach zdjęć. Co ciekawe, dotyczy to także tekstów przychylnych ruchowi kobiecemu. Na przykład materiał o przygotowaniach do Kobiecego Strajku dla Równości, wielkiej manifestacji, która 26 sierpnia 1970 roku przeszła ulicami Nowego Jorku, opublikowany w niedzielnym dodatku do „New York Times’a”, zatytułowano „Coming Wednesday – a Herstory-Making Event”. Określenie to pochodzi z przemówienia Friedan, organizatorki marszu i ówczesnej przywódczyni liberalnego feminizmu, która stwierdziła, że miliony kobiet będą teraz tworzyć własną historię (herstory), że wprowadzą kobiety do historii Ameryki. Jednak wyrwane z kontekstu i wyeksponowane w tytule słowo herstory zdaje się sugerować coś wręcz przeciwnego: feministki być może tworzą herstorię, ale na pewno nie historię. Ironiczny przekaz jest tym bardziej wyrazisty, że w samym tekście autorka konsekwentnie trzyma się patriarchalnych konwencji językowych: Friedan określana jest mianem „Miss Friedan” (panna Friedan). Skoro matka i żona – a w 1970 roku nie było dla nikogo tajemnicą, że Friedan ma męża i trójkę dzieci – zostaje feministką i nie życzy sobie występować jako Mrs. Carl Friedan, to dla „Times’a” pozostanie „panną”.
A oto inny przykład: jeden z pierwszych artykułów poświęconych feminizmowi w prasie amerykańskiej „The New Feminists: Revolt Against »Sexism«” opublikowany w tygodniku „Time” w listopadzie 1969 roku w dziale obyczajowym (Behavior). Opatrzenie słowa „seksizm” w tytule cudzysłowem stwarza bezpieczny dystans – czytelnik (czytelniczka?) może spać spokojnie, pewien, że ulubiony tygodnik nie da się feministkom nabrać. Douglas ocenia sam artykuł jako „oscylujący w szaleńczy sposób między lekceważeniem i legitymizacją części feministycznych postulatów” i stwierdza, że jest on typowy dla „schizoidalnego” stosunku mediów do feminizmu w tym okresie. Redakcje z lubością igrały z określeniem women’s liberation, zamieniajac poważnie brzmiące liberationists w żartobliwe libbers, i groteskowe liberator. Wokół ruchu budowano klimat monstrualnego żartu językowego – a czytelnicy chętnie ten ton podchwytywali. W „Time’ie” z 21 września 1970 roku można przeczytać list do redakcji, skierowany za jej pośrednictwem do samych feministek, w którym niejaki Roland Glass natrząsa się z rzekomych tortur, jakie ruch kobiet zadaje angielszczyźnie.
Po erze demonizacji i ośmieszania nastąpił – zgodnie z opisanym przez Gitlina scenariuszem – etap oswajania i wchłaniania feminizmu przez główny nurt kultury. Żaden ruch społeczny lat 60. i 70. nie był tak konsekwentnie anty-konsumerystyczny, tak podejrzliwy wobec mediów i reklamy jak feminizm. Z drugiej strony, żaden ruch nie został w takim stopniu przez media zawłaszczony, czy – jak kto woli – spopularyzowany. Lata 70. to faza „de-radykalizacji” ruchu z istotnym udziałem mediów, jak pisze w swojej historii amerykańskiego ruchu kobiecego dbająca o dystans badawczy Flora Davis (1999, s. 118-120), czy też – jak ujmują to radykalne feministki – sprzedaży feminizmu, przejęcia go podstępem przez wspomagane przez medialny establishment zdrajczynie, zaprzepaszczenia jego radykalnych ideałów i ambicji (zob. Redstockings..., zwł. artykuły w dziale „The Liberal Takeover of Women’s Liberation”, s. 163-180).
„Ruch Wyzwolenia Kobiet to nie jest pomysł jakiegoś sprytnego speca od reklamy; w ciągu najbliższych paru lat feminizm stanie się centralną kwestia w życiu Ameryki” – pisały redaktorki Notes from the Second Year w cytowanym już tutaj artykule wstępnym. Jednak spece od reklamy – mimo iż feminizmu nie wymyślili, to potrafili go świetnie sprzedać – czy raczej posłużyć się nim, by sprzedać to, co akurat było do sprzedania. W połowie lat 70. bohaterki omawianych wyżej zdarzeń były już w większości zapomniane, często też czuły się zdradzone, oszukane. Jednak język, którym posługiwały się „palaczki staników” wszedł do głównego nurtu kultury amerykańskiej. Stało się to przede wszystkim za pośrednictwem reklamy. Jednym z wczesnych studiów tego zjawiska jest artykuł Elizabeth Cagan pt.: „The Selling of the Women’s Movement” (1978, s. 4-12). Zdaniem autorki, o „sprzedaży” ruchu kobiecego w Stanach zadecydowała pewna zbieżność historyczna: feminizm pojawił się w epoce rozkwitu kultury konsumpcyjnej, w okresie, gdy zaczęto prowadzić profesjonalne badania rynku, poważnie traktować marzenia i samoświadomość konsumentów, a także kreować te marzenia w oparciu o odkrywane „trendy”. W latach 50. i 60. jedną z centralnych postaci świata reklamy była Szczęśliwa Pani Domu – przypominająca zresztą kobiety z wielu współczesnych polskich reklam. Do wyobraźni (i portfela) Pani Domu trafiano przede wszystkim uruchamiając jej poczucie winy, brak pewności siebie: dzieciom nie smakują ciasteczka, podłoga kuchenna sąsiadki ma piękniejszy połysk niż Twoja, a biel jej prześcieradeł jest bielsza od Twojej bieli. Feminizm – jako przestrzeń kobiecości pewnej siebie, odrzucającej etos poświęcenia dla rodziny i zamknięcia w domowych pieleszach – przyjmowano w świecie reklamy z nieufnością. Jednak bynajmniej nie z przyczyn ideologicznych, lecz dlatego, że trudno sobie było wyobrazić kobiety jako „target” dla produktów innych niż tradycyjnie kobiece (kosmetyki, środki czyszczące, produkty dla dzieci, itp.). Zaczęło się to zmieniać w połowie lat 70. – Cagan za moment przełomowy uważa konferencję pt. „Marketingowe znaczenie zmieniającej się roli kobiet” zorganizowaną w 1976 roku przez Amerykańskie Stowarzyszenie Marketingu. Od tego momentu wizerunek „kobiety wyzwolonej” stworzony przez feministki, z założenia przecież anty-konsumerystyczny, zaczął żyć własnym życiem w świecie reklamy... jako model nowego rodzaju konsumentki. Szczęśliwa Pani Domu kupowała środki czyszczące; Kobieta Wyzwolona miała kupować samochody i aparaty fotograficzne. W reklamach (Cagan przytacza ich kilka) zaczęła dominować kobieta niezależna, pewna siebie, dysponująca znaczną ilością gotówki. Nikt jej nie zawstydzał, nie odwoływał się do kompleksów – przeciwnie, zachęcając do zakupów, prawiono jej komplementy: „zasłużyłaś na to”, „wyraź całą siebie”, „jesteś wolna”.
Tekst Cagan jest interesujący jako opis pewnego zjawiska, ale także jako dokument zmierzchu radykalnego feminizmu. Autorka opisuje proces przejmowania ideałów ruchu kobiecego przez kulturę konsumpcyjną z pozycji lewicowych, otwarcie tej kulturze wrogich. W „sprzedaży ruchu kobiecego” widzi swoistą katastrofę, zaprzepaszczenie ideałów. Apeluje, by wrócić do korzeni, odciąć się od „nurtu indywidualistycznego, który dominuje w wielu sektorach ruch kobiecego, i który świetnie współbrzmi z wizją »wyzwolenia« proponowaną przez kulturę komercyjną” (ibidem, s. 12, przypis 32). Feminizm, pisze Cagan, musi jasno odróżnić własną wizję wyzwolenia kobiet od tej komercyjnej, musi wrócić do etosu walki o sprawiedliwość – kolektywnej i zawsze politycznej. Wezwanie to z dzisiejszej perspektywy wydaje się równie naiwne jak wiara radykalnych feministek, że domagając się obsługi medialnej wyłącznie przez kobiety, podkradając nielojalnym dziennikarzom telewizyjnym film, czy miażdżąc mikrofony, poddadzą medialny wizerunek ruchu kobiecego skutecznej kontroli.
Sama teza o „sprzedaży” feminizmu wydaje mi się jednak bardzo trafna i nadal aktualna. Kilka dni temu znalazłam się w sklepie ze sprzętem gospodarstwa domowego, otoczona ze wszystkich stron apelami: „Nie bądź zmywarką, zatrudnij ją” i „Uwolnić rękawiczki” (na zdjęciu: rękawiczki gumowe odlatujące jako balony). Obietnica, że świat maszyn wyręczy mnie w obowiązkach domowych, że „zmywarka” wyzwoli mnie od tradycyjnych kobiecych zajęć (przyjdzie do mnie niejako na służbę), to typowy przekaz epoki „sprzedaży feminizmu”. Ja będę wolna. Zmywarka pozmywa. Nikt na tym się straci. Nie ma tu miejsca na myśl, że „wyzwolenie kobiet” może zagrażać porządkowi świata, że chodzi tu o coś więcej niż „zatrudnienie” kolejnych sprzętów, o coś innego niż wygodniejszy styl życia. W polskiej telewizji pojawiła się też ostatnio reklama, wyraźnie skierowana do kobiet i epatująca retoryką emancypacyjną. „Uwolnij swoje myśli! Uwolnij swoje poglądy! Uwolnij swoje ciało!” – nawołuje głos z off-u i napis na ekranie, a kolejne postacie wykonują gesty świadczące o tym, jak bardzo są „wolne”. Po chwili okazuje się, że uczucie to zawdzięczają miętowym cukierkom: „Ale najpierw uwolnij swoje gardło”.
1. Tekst ukaże się w książce „Kobiety, feminizm i media”, red. E. Zierkiewicz, I. Kowalczyk, Konsola, Poznań-Wrocław 2005
___________