![]() |
MACIEJ MELECKI
Język oczu
Błędne zapowiedzi nie mogły powstrzymać błędnego Koła tego, co teraz się dzieje, bo dzieje się aż nadto dużo, Więc możesz bywać i tu i tam, u nas i u nich, Za murkiem, gdzie zawsze siadasz, przecinać wzrokiem tętnicę Najbliższego, skośnie mrugającego do ciebie Narożnika gwiazd, z którego żadna cię nie wzięła, spod jakiego Więc znaku mógłbyś jeszcze raz przybyć i wejść za kulisy Głowy, która upatruje w tobie dalszy dla siebie szlak? Skacze mi w lusterku dłoni nieuchwytny kąt pochylenia Każdej chwili, rozmazuje się kontur i rys Blednącej na widok dołu twarzy, nie mamy czego szukać więcej W tych zakamarkach kropli wieczoru, wszyscy bowiem Poszli w kierunku przystani, odbijając teraz od brzegu, jakby Czekano na nich od dawna po drugiej stronie tego krótkiego Zaćmienia, błędnie więc odprowadzam swój skrawek cienia W pole twojego skrycia, a orbita, która nas wiodła na Ten połów, zamienia się w schody i wychodzi z czyichś oczu Żyłką z haczykiem. W tym oddalaniu innych od siebie nie ma Ani nęcącej reguły, ani parszywego zaklęcia, oddaleni przychodzą Prawie codziennie i kołysząc się na złamanym ramieniu Przepowiedni, proszą o przychodzenie dalsze, aż do ostatniej dawki Spełnionej prośby, kiedy oddalą mnie od siebie, nie mogąc już Dalej być w tak groteskowo umownym splocie. Nie ryzykuję tedy Żadnego opuszczenia, nie przybywam też znikąd do czegoś. Jestem tylko w pokoju bez ścian, nie zatrzymuje mnie żaden Przeciąg i drzwi uchylają się wtedy, gdy nie można już wyjść poza Krąg najprostszych mniemań o wszelkiej łapczywości stałych gestów, W tej kapsułce sekundy, która każe przeglądać się oddechowi W lustrze. Jeśli mamy gdzieś jeszcze wracać, to nie wracamy tam Z niczym. Tlą się ostatnie sadze, jakie spadły z ustrzelonych wyobrażeń O koniecznej zmianie toru, bowiem życie domaga się rzekomo Świeżych racji dla przedłużenia swojego promienia, w tym Pnącym się dryfie, który pochłania uwagę przedostania się do sedna Bez reszty. Cóż, w tak niewidomym położeniu Garną się do siebie blokowane wcześniej echa, mówię ci o tym W podmokłej ciszy, i wtedy, gdy jedyną potrzebą jest podtrzymanie Tego zawieszenia i nietracenie szansy manewru zaniku, marnieje Każda pozostała garstka światła, a niebo odwracając się na Drugi bok, pozostawia mnie z kretesem. Luki wypełniają się mgielnym Wrzaskiem, człowiek, który budził się długo, budzi się raz jeszcze, I kiedy wchodzi na swój niewidzialny pokład, żeby Potem wrócić jak po sznurku tą samą stroną, przepada wreszcie Dla innych, na łyżwach w śnie jeżdżąc tylko pod górę. STRONA GŁÓWNA |