![]() |
JOANNA LECH
Za późno
Jest wieczór i rośnie cisza w pokoju, podchodzi pod nogi i osiada na wargach jak brud, którego nie da się zdrapać. Od paru dni już to przeżuwa, połyka ze śliną, ale nie może powiedzieć. Ma w brzuchu grudę ziemi, która łaskocze go i pleśnieje, gdy tylko otwiera usta. Ciągle za mało czasu, za mało powietrza. A jeszcze pamięta kontur jej piersi. Ruch jej bioder, jednostajnie ciepły, lepki, jak wata cukrowa i tak samo się w nim rozpływał. A teraz ona odchodzi. A on się odwraca, przymyka oczy i coraz bardziej wysycha. To jeden z tych dni, mówi, w których wrasta mi w skórę, na wszystkie sposoby, swędzi mnie i dotyka, wbijając palce tak mocno, aż robią się dziury. Wzdycha, a potem milcząc odsłania okno i podejrzliwie podgląda jej skórę, od spodu, od strony światła. Motyw zapalny
Kawałek kradzionej przestrzeni, pod którą rozrzucam sny i zużyte chusteczki. Jakoś od razu się odbarwiają na szaro, jakby na styku podłogi zaczynał się rozkład, którym na dobre przesiąkło powietrze. Po wszystkim zostaje ślad wypalony w pościeli i trochę szybsze tętno, trochę więcej niczego. Poza tym bezruch i światło, które zawsze się sączy gdzieś z boku. Cisza się skrada pomiędzy palcami i kładzie się w poprzek, czekając na słowa, które już się wytarły i wsiąkły pod skórę, jak zimno, które też zawsze przychodzi po wszystkim. Jak stały motyw gaszenia się w obcym łóżku, pod dobrze znajomym dotykiem; on ciągle jeszcze się żarzy, i ciągle odpada od niego popiół. STRONA GŁÓWNA |