![]() |
Wojciech Sołtys ***
Czasami w dzień widzę gwiazdy a to dlatego, że nieumiejętnie uciekam od snu przez telewizję, internet, obraz matki i rozlaną wodę w łazience. Nigdy się nie wyśpię. Spekulacje na temat początku i końca trafiają w końcu do pijalni piwa. Stoję na rynku wtłoczony między niedojrzałe miasto i papieros. Antidotum w straganach i starych kobietach. Atmosfera zawęża się bez kierunku. Pod wieczór na rynku ścięty czekaniem rozpinam przyciasną koszulę pokazuję płuca i stopy. Preludium tragedii
Zajęliśmy się zębami i tym co zostało pomiędzy nimi. Wczorajsza kolacja i wczorajsza miłość. Później lustro i kłopoty z identyfikacją. Nie pomogły dokumenty i zdjęcia z wakacji. Lecz to zdarza się często i zdążyliśmy się już przyzwyczaić do powtórzeń, biorąc je za nowość, to coś jak oglądanie wiadomości i chodzenie na pogrzeby. Zajęliśmy się śniadaniem i zabawą w chowanego. Ukryliśmy kilka lat i kilka sytuacji. Gra bez przebiegu i wygranych. Nareszcie to co się miało stać, się stało, a raczej upadło. Ciepłe skarpety, a w nich zimne stopy. Zeschnięty chleb przypomniał nam, że kończy się tymczasowy pobyt. Ale kto za to zapłaci, na pewno życie i coś pomiędzy nami. Zostawiłaś szczoteczkę ja w miejsce lustra niedokończony sen wiecznych pobytów. ***
Trzy beznadziejne wiersze i prośba. Zaśnij już. Nic tu po tobie i coś. Sprzątam ślady po sobie i własnych odruchach popiół, miłość, zarost. Gwiazda półmroku, lampka zapalona w kącie. Rzut ciałem w boisko mieszkania. Aut. Ktoś ucieka w trybunach miasta. To ja albo wieczne chyba. Prześpij się trochę a opowiem ci bajkę o tym co po tobie zostało. Tylko nie wierz mi że stracisz znaczenie. O to nam przecież chodzi. Wojciech Sołtys
|