![]() |
UTA PRZYBOŚ
***
Martwa otchłań przerażenia ostatecznego rozwiera się w nocy nad czaszką. Mroźna cisza czarnej pustki lat świetlnych ogłusza. Jeszcze czepiam się kontaktu, książki, szklanki herbaty, chwilowej ciepłoty innych... Jak swoje metr siedemdziesiąt dwa pięćdziesiąt siedem kilo, lat góra pewno z osiemdziesiąt z nieskończonością zmierzyć? Jak przelotność: ciepły podmuch wiatru w liściach, zapach siana, smak szarlotki tchnąć w kwaśny pot umierania? Czy uda się zmiażdżyć ogrom w maleńkie ziarenko grozy, a w ciemności cień od wahania dostrzec? Dalej jasność. Oczywistość opatrzności
Ja dzień w dzień przechodzień w maju raju mijam w sekundę (śnię?) wiśnię w roztargnieniu niepotrzebne już gubiącą płatki w pośpiechu do owoców owo - cud! i jabłonkę jeszcze w różowości stuloną najskromniej tyleż dobroci ci drobne piąstki pędów paproci widzę li chwilkę rozpierzchnięte po gałązkach listki - - powieczki sadu mrugają: otwórz oczy (i zielenią błękit uchylają) patrz w mgnieniu - znikaniu razem po wieki Ewa
Ukamienowana do mięsa tłuczkiem, spalona w mikrofali, rozpięta na szczotkach, wyssana odkurzaczem do ostatniej zwyczajności, żyje kobieta. Jednak. To ona mnie zwiodła - spycha winę Adam. Niech kurz go przysypie. |