![]() |
ANDRZEJ BUSZA
Hagia Sophia Na Zielone Świątki w dwudziestym drugim roku coraz mroczniejszych rządów Cesarza (Cesarzowa zmarła poprzedniego lata) Arcykapłan Anastazy podarował swemu ukochanemu bratankowi imieniem Menas szkatułę z kości słoniowej z siedmioma srebrnymi łyżeczkami dzieło Argurosa najświetniejszego złotnika nad Mesą Każda łyżeczka posiadała bliźniaczy symbolon w połowie jak ouroboros zwinięty wokół srebrnego wgłębienia w połowie jak szlak biegnący krajem długiej, cienkiej rączki Na pierwszej łyżeczce było napisane Mądrość pustyni tonie w szaleństwie morza Na drugiej było napisane Kto w czas wrzucony ten rozumie wieczność Na trzeciej było napisane Siejesz rady zbierasz plewy Na czwartej było napisane Męstwo to żółw stary, uparty i bez wyobraźni Na piątej było napisane Przestańcie już pytać Kto pomnaża wiedzę pomnaża smutek Na szóstej było napisane Eneasz wlókł za sobą sznur pamięci przez całą drogę aż do wtórej Troi Na siódmej było napisane Kto wynalazł strach? Złotooki lew czy srebrnowełnisty baranek? Trzymając kurczowo dar siedmiorakiej goryczy Menas szedł ku morzu nad którym pozłacana słońcem kopuła Hagii Sophii zdawała się ulatać na fioletach powietrza Karły karły o tak nadchodzą karły chyłkiem przez podszycie stadami i kolumnami szparki ich wąskich ślepi zielonych jak trawa świecą w zielonkawej mroczy lasy rozbrzmiewają głosami licha piski chrupanie obleśne mlaski codziennie znajdujemy w rowach szczurze i wiewiórcze czaszki obgryzione wylizane do szczętu brzegi strumieni i rzek zaściełają wybielone ości na wzgórzu z widokiem na miasto na wpół objedzony trup konia bieleje kiedy syreny wyją z wieżyc zamku szukamy schronienia pod łukami kościoła Lemuelu Rodionie módlcie się za nami bowiem zalakowany na siedem pieczęci pergamin zżółkły i pomarszczony jak skóra ich twarzy obwieszcza że ich jest królestwo i że oni posiądą ziemię Bajka gnostyczna Razu pewnego in illo tempore Bóg się wycofał razem z kwazarami z galaktykami o śliwkowej barwie jedni orzekli że mu się umarło z radością krzyżując nad rozbitą grudą łopaty lecz inni drżeli w gęstniejącym mroku zawodzili pogrzebnie przez zgrzyt i szczęk zębów z jeszcze głębszej ciemności gardlanej pieczary z łkaniem wstrząsanych borów stalagmitów wyszli czarni jak smoła archonci i demony i w piersiach ludzi dom swój uczynili żywiąc się sercami wiedz że hypernatura też nie znosi próżni Czekanie noc zapada zmierzch zachód słońca blady złoty pośnień napięte czekanie w ciszy która gęstnieje na ostatniego gołębia by odzyskał swój gołębnik pełen gruchań trzepot skrzydeł w wyobraźni kojące uspokojenie srebrna gałąź w ciemności Rytuał wiosny Ezra spójrz czarna twarz kobaltowy połysk w migdałowej mgle kolażu jego łokman grzmi bezgłośnie bach don juan kool i dżez w tle chmur barok w piętrach babel aż po krańce nieb błękitu
Andrzej Busza z angielskiego przełożył Bogdan Czaykowski |