![]() ![]() ![]() ![]() |
KACPER BARTCZAK
Zdarzenie Pokój wypełniał się przelotnymi obrazami, stosami kolorowych czasopism, w których nie było już nic
ciekawego nawet do oglądania, i szklankami niedopitych alkoholi. Na stołach zalegały obrusy
reklamowanych folderów, które codziennie znajdowali na swojej klamce, albo wycieraczce i których
nie mieli już sił wyrzucać. Najprzedziwniejsze narzędzia Boscha walczyły o ich spojrzenia z
frytkownicami, muszlami fantastycznych mięczaków, pluszowymi tygrysami i owieczkami. Co pewien
czas docierała do nich świadomość, dość jednak nikła, że trzeba pozbyć się stosów kłamstw, choćby
najpożyteczniejszych, nawet jeśli ktoś poświęcił im już całą wieczność, w której były najprawdziwszą
prawdą. Na ścianach wisiało coraz więcej tablic korkowych z łuszczącymi się warstwami ważnych
informacji, o których mieli pamiętać, i o których zapominali na zmianę. Co jakiś czas któreś z
nich z triumfalną miną wyłuskiwało z pstrokatego kożucha kartoników wizytówkę
jakiejś ważnej szychy, której drugie nie mogło znaleźć przez cały wieczór
w najzasobniejszych w stare skoroszyty i notatniki szufladach. Zdawało się,
że każdy zapisek, każda notatka poczyniona w pośpiechu mogła równie dobrze
dotyczyć jego jak jej. W łazience wyrastało coraz więcej poskręcanych do granic
wytrzymałości tubek po pastach do zębów, a zapachy kosmetyków łączyły się w powietrzu.
Źle domknięte wody po goleniu nabierały zapachów roślinnych balsamów do ciała. W takich
chwilach obiecywali sobie, że zrobią porządek w szafkach, segregatorach i teczkach z papierami.
Ich dokumenty mieszały się, podobnie jak części garderoby w przepełnionych szafach i na krzesłach.
A przecież były to dni pełne lenistwa i wypoczynku, bo ferie dopiero się zaczęły i nie było widać
ich końca, a oni bez końca nie wiedzieli co robić. Wciąż zdawało mu się, że jest za późno, albo
za wcześnie, ale nigdy nie mógł zweryfikować tych wrażeń. Zegarek przepadł bez śladu. Sypiali
ciężkim, pogmatwanym snem w ciasnych splotach włosów, spojrzeń i nieskazitelnie czystej bielizny.
Budził ich telefon albo dzwonek do drzwi i wchodzili
znajomi, Adam i Ewa, oczywiście niezapowiedziani, podając im świeżą reklamówkę wołowych żeberek zdjętą
z klamki i okazywało się, że rzekomy bałagan był pomyłką w nazewnictwie. I wy to nazywacie bałaganem.
Nazwijcie to inaczej. Mieszkanie przestronniało, odnajdywało się w nim drugie pokoje, które narzucały
inne refleksje. Ojej, macie nową lampę. Pokój bawialny zaskakiwał ich pełnym opanowania ładem i na
jakiś czas zapominali o nieporządkach w sypialni. Znajomi nie wiedzieli, czy wolą kawę czy herbatę,
a pić nie mogli, bo byli samochodem. Mgliście zarysowała się możliwość przyszłości. Pomyślał, że
tak będzie lepiej, że w zmiennych kontekstach świateł i twarzy będzie mu łatwiej przemyśleć
niepokojące podobieństwo jej słów do jego snów i pełne milczenia rozmowy, które zdarzały im
się bez zapowiedzi o różnych porach dnia i nocy. Być może musieli się zatopić w kilku płytkich
przypadkowych spotkaniach, nie tylko w swoim gronie, by później zanurkować i zachłysnąć się
ciszą, żeby ich wypełniła, aż pojawi się w niej nowy głos i pozwoli lepiej zrozumieć pusty
słownik wyrazów i wyrażeń podręcznych, którymi wspierali się ostatnio, a które odkładały
się w zupełnie nieoczekiwanych miejscach.
W sekretarzyku w przedpokoju znalazł zeszyt
z wykładami z neoplatonizmu, na które przestał chodzić całą wieczność temu i już słabo je pamiętał.
Musiał położyć się na podłodze, by wydostać zeszyt spod stosu jej atlasów botanicznych i
niezliczonych roczników poradników meblarskich. Gdy już miał go w dłoniach, stanęła nad nim
i popatrzyła z politowaniem na jego znalezisko. Zginiesz beze mnie. W takich wypadkach
przepadał na całe godziny w swoim fotelu pośród albumów z malarstwem religijnym, a ona
słuchała radia, ustawiając buteleczki po egzotycznych przyprawach na swoim biurku i
wklejając liście do zielnika. Cały czas był piątek wieczór i znajomi dzwonili od nich
do swoich znajomych i wszyscy chcieli się gdzieś wyciągnąć, ale godziny seansów i
kulinarne preferencje kłóciły się ze sobą zajadle. Może gdzieś pójdziemy.
Adam i Ewa znów chcieli iść na pizzę.
Tylko nie Pizza Hut. Trzeba było po prostu się ruszyć, a sprawy wyjaśnią się same. Z Adamem
przyjaźnił się od dawna i nie mieli już sobie wiele do powiedzenia, ale przynajmniej mogli
sobie mówić wszystko, choć tylko pozornie. Czasem wymieniali narzędzia do samochodów, uwagi o koleżankach z liceum i nigdy nie rozumieli, czego w danej chwili chcą od życia ich kobiety. Kończyło się na żartach o sekcji filmów erotycznych w najbliższej wypożyczalni kaset video i wtedy podnosili się z ciężkimi westchnieniami z foteli, by przejść w mrok samochodu, który był markowy, służbowy, umyty, pachniał nowością, a komfort jazdy mógł przyprawić o mdłości co bardziej skłonnych do choroby lokomocyjnej. Miasto otwierało przed nimi swoje możliwości, nieograniczone w suchym podmuchu gorącej letniej nocy. Choć z drugiej strony miał wrażenie, że zrobiło się ciut chłodniej, że owiało go ożywcze tchnienie, jakby ktoś nieoczekiwanie wypowiedział myśl, której sam nie potrafił z siebie wydobyć. Po ulicach krążyła miłość, ale było to ulotne wrażenie i nie miał się z kim nim podzielić, bo żona akurat coś mówiła. Zawsze podejrzewał, że życie uczuciowe jest kwestią synchronizacji. W tym sklepie lubię kupować porcelanę, bo sprzedawczyni to prawdziwy anioł. Skończyło się na tureckiej restauracji, w której przy trzech złączonych stolikach po przekątnej od nich siedziało już kilku śniadych blondynów w ciemnych marynarkach, białych golfach i złotej biżuterii w towarzystwie dziewczyn w opiętych spodniach z lycry i ciasnych bawełnianych sweterkach, których twarze były jak wizytówki miejskich solariów. Nad stołami, w palmiarni zaaranżowanej w rogu sali, przemykały sród listowia papugi i jakieś inne kolorowe ptaki. Na ścianach zobaczyli obrazy drzew i fontann. Między nimi wisiały pięknie oprawione lustra. Kobiety blondynów były blondynkami prosto z salonu wziętego fryzjerskiego mistrza.
Podniecenie jest funkcją gry kulturowych
obrazów, ale co z męskością. Prawdziwa męskość weźmie w siebie niewierność i przemieni ją w
wierność. Pewien bohater słynnej powieści latynoamerykańskiej miał tak ogromnego, że mógł go
sobie wytatuować i dziwki chciały go oglądać za pieniądze, a mężem i tak był wspaniałym. Żona
i Ewa chciały tego samego i zamówiły baraninę. Adam nie mógł się zdecydować na nic konkretnego,
bo męczyła go zgaga, więc na razie wziął tylko niegazowaną wodę mineralną. Po chwili jednak też
zdecydował się na coś ostrzejszego. Co ci mówi twój gastrolog? Już nie te lata. Teraz będzie
tylko gorzej. Opaleni blondyni w złotych sygnetach i ciemnych okularach śmiali się z czegoś w
głos, ich panie szperały w złotych torebkach, a kelner miał z nimi cos wspólnego. Pod stołem
przechadzały się rozleniwione koty, ocierając się o nogi kobiet. To miasto to pralnia
pieniędzy. Pewien kumpel wyznał mu kiedyś, że nie znosi prezerwatyw, bo na nim pękają.
Dobry powód do złożenia reklamacji w aptece, szczególnie jeśli w kolejce do okienka
stoją jakieś siksy. Spojrzała na niego z pobłażliwym uśmiechem Czy zamiana kompleksów
w żart oznacza pozbycie się ich, czy też ich niezręczne maskowanie? A może pomaga
przyjrzeć się sobie uważniej? Jedzenie było dobre, było go dużo i było śmiesznie tanie.
W końcu skusił się na kebaba. Przyjechały sosy. Nad talerzami i miskami unosiły się
uwagi o poszczególnych daniach, które krążyły przed nimi na obrotowym stole i każdy
mógł skosztować potraw wybranych przez innych. Ewa zamówiła drugą porcję soku pomidorowego.
Nikt nie wiedział, co przyniesie przyszłość, ale wszyscy liczyli na zapamiętanie w rozmowie
i na to, że będą mogli zostać tu dłużej. Zdania wplatały się wdzięcznie w kolejność dań i
nasuwały kolejne zdania. Pomału kończyły się mięsa, frytki, sosy i sałatki. Zaczęli się
zajadać owocami. Adam wyjął papierosy i pokazał swoje nowe wizytówki. Awans zmienia
personalia, ale jesteśmy ponad to. Zresztą, im wyżej siedzisz, tym boleśniej upadasz.
Ewa marzyła o Majorce, a Adam pierwsze słyszał. Żona mówiła, że ma dość południowców,
ale jedzenie było dobre. Wpadnijcie do nas na prawdziwy polski miód pitny. Bardzo
opalony kelner, prawie Murzyn, który miał coś wspólnego z miejscową mafią, giął
się w bogatych układach uprzejmych póz polecając desery i najprzeróżniejsze
słodkości. Wreszcie zaproponował herbatę po turecku na koszt firmy i kobiety
nie odrzuciły jego oferty, a mężczyźni zgodzili się z nimi. Czy nie uważacie,
że filmy Coppoli gloryfikują zbrodnię? Ta ojcowsko-mężowska męskość jego
gangsterów: spaghetti, wino, żona w ciąży, mord w restauracji, a w niedzielę
kościół. Jeden ze śniadych facetów, gość w złotej bransolecie na owłosionym
przedramieniu wyraźnie przyglądał się żonie, rzucając ukradkowe spojrzenia
na niego. Zastanawiał się, czy była w nich pogarda, czy tylko politowanie.
Na przegubie nie miał nawet zegarka, ale nawet gdyby, to i tak pasek był
wytarty, rachityczny i skórzany. Właściwie jego zegarek miała na sobie
akurat żona i dobrze, bo na niej wyglądał lepiej. Po tej herbacie chce
mi się czegoś słodkiego, a tobie? Podała mu jakiś owoc i wgryzł się
w niego bez zastanowiena.
Zdał sobie sprawę, że Ewa
bardzo go pociąga. Zdziwił się, bo zrozumiał, że było tak od dawna. Spojrzał
na Ewę i ze zdziwieniem skonstatował, że jej bluzka jest prawie przezroczysta,
a pod nią widać wyraźnie jej dorodne, białe piersi. Przypomniał sobie, że żona
ma na sobie podobną kreację. Któryś z młodszych kelnerów przemknął pod ścianą,
niosąc pięknie oprawione lustro. Nazywam się Adam, powiedział Adam do telefonu
komórkowego, patrząc na niego z uśmiechem. Rachunkiem nie należy się przejmować,
w końcu nie po to tu przyszli. Kelner podał go na eleganckim spodku z wzorkiem
w złote kindżały, ale zanim ktokolwiek zdążył po niego sięgnąć, do ich stolika
zbliżył się jeden ze śniadych młodzieńców. Czarną marynarkę zostawił za sobą
na krześle i stał nad nimi milczący, potężny, z pieczołowicie wyrzeźbioną w
osiedlowej siłowni muskulaturą wyraźnie rysującą się pod białym golfem. Powoli
sięgnął po rachunek i nim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, podarł go na strzępy
zdecydowanym ruchem. Zapłaci kto inny, ale wy już stąd idźcie i nigdy nie wracajcie. Restauracja
jest zamknięta. Do odwołania.
Zimno. Zimniej niż przedtem. Ulica dmuchnęła
w nich suchym i chłodnym wiatrem. Żona przylgnęła do niego, a on objął ją ramieniem i przytulił
do siebie. Zobaczył jej twarz, brązowe oczy i pełne usta. Ciała z jego snów uleciały w przestworza.
Zdawało mu się, że słyszy każdy puls w jej tętnicach, że czuje zapach i smak jej skóry, a jej sny
były odległe, niedostępne i kuszące. W taką noc można spotkać samego siebie, jakiego nigdy się
jeszcze nie znało. Jest zimno, a ich mieszkanie jest skromne, ale przyjemnie urządzone i ciepłe.
Nie potrzebował cudować z żeberkami kaloryferów. Adam i Ewa zniknęli za rogiem. Nie możemy was
podrzucić, bo rano idziemy do pracy. W pobliżu nie widać było żadnych taksówek. Szli pieszo, samotni,
ale już dawno nie czuli się tak na siebie napaleni. W domu nastawią zegary i będą się kochać jak
nigdy, do upadłego, rozpaczliwie, nie mogąc spożyć swego pożądania, w powtarzanych wciąż od nowa
objęciach, kosztując swych ciał w
nienasyceniu, łapczywie, jakby chcieli sobie coś wydrzeć, coś przypomnieć.
Kacper Bartczak |