![]() |
Andrzej Niewiadomski
Oda na spadek euro
A. Bądź pozdrowiona, słodka apokalipso, nowa katastrofo, której nie rozumiałem; nie wiedziałem, skąd przychodzisz, skoro nie strajki ani krach na giełdzie, ani wojna były twoją przyczyną. Nie miałem snów proroczych, obudziłem się w świetle czerwca i wiedziałem, że euro spada – na łeb, na szyję. Że spadało, zanim pojawiły się jego szeleszczące, fioletowe, żółte, czerwone budowle i style. Spadało, bo powstał nowy świat i zechciał wyrugować resztki starego, a ten odgryzał się, nawet wtedy, gdy nie znajdował sił ni chęci. Nikt nie wie, kiedy euro zaczęło spadać: być może w dniu, w którym umarła Lady Day (i Lady Di), albo w dniu, w którym runęły wieże, a poeci zaczęli opiewać okaleczony świat (naraz nowy i stary), podczas gdy wielu staruszków nadal przewiązywało pomidory, recytując znaną mantrę. A może w dniu, w którym Jim Morrison utonął pod tonami wosku, kwiatów i łez na paryskim cmentarzu, i w dniu, w którym Abba zagrała po raz pierwszy „Thank You for The Music”. Euro spadało, kiedy wzrosły kursy funta i złotówki, kiedy poeta w czarnej koszulce napisał wiersz z Polską w tytule, a każdy wers na czoło wysuwał „i kiedy”. I kiedy – wcześniej – poeta śmietników opublikował „Spadanie”. I kiedy obrońcy tradycji raz twierdzili, że nic się nie stało, a innym razem, że sprawy zaszły za daleko. Nikt nie wie, jak do tego doszło, który dzień był pierwszy, ale nie ma wątpliwości, że euro spada i teraz, każdego dnia, gdy tryumfuje „duch otwartości i współpracy”, euro spada, gdy o latach osiemdziesiątych można mówić tylko po kilku piwach, a o dziewięćdziesiątych – po amfie. I euro spada, kiedy studentki noszą wielkie krzyże na półnagich piersiach i brzuchach, mówiąc, że tak – ponowocześnie – czytają Morsztyna. I spada euro, kiedy studenci stwierdzają: „to wstyd, żeby pracownicy naukowi mieli w pokojach tak kiepskie komputery”. I spada euro, kiedy A. mówi, że pasę się jego zielonością, nie wiedząc o mojej niewierze w czystą zieleń, w siłę dolara (jena i juana), we wszystkie alternatywy. I spada euro, kiedy Nigella zaczyna udawać gospodynię i burzy nasze pojęcie o angielskiej kuchni, a Niemcy wierzą w gazociąg pod burymi wodami Ostsee. I kiedy pewien polityk mówi: „Proszę wybaczyć, ale większość Francuzów nie wie, że istnieje Estonia” (bo przecież Estonia nie istnieje albo – jak Lwów – jest wszędzie). I spada euro, kiedy wprowadzają je w Bośni i w Czarnogórze. I kiedy geje sprzymierzają się z lesbijkami i feministkami, a skini zaczynają zwalczać nowe sojusze. I kiedy powraca poezja zaangażowana i proza społeczna, i nie ma już pięknych lat, kiedy nie spadało euro, spada bez końca, bez kresu, przełamuje linie oporu i wsparcia, pikuje bez trudu. A gdyby Ségolene Royal zgubiła ulubionego kota, płakałaby zapewne, bo koty są zwinne, mają miękką sierść, a rozmnażają się piękniej niż wersy i ludzie Przygoda na Mariensztacie Miasto niebieskie, widziane rano z okien hotelu, nie, już nie niebieskie, błękit stał się pastelowy, podbarwiony jak na taśmie serialu. Miasto nie śmieszne i nie straszne, w którym słowa rozpływają się, zderzają ze sobą, nie reaguje nikt, syren nie słychać, służby działają pozornie – jak przygoda, to tylko tutaj. Miasto śmierdzące coraz mniej, miasto domyte, w nowych toaletach stare rozrzedzacze słów, nowe trybuny, tarasy, place solowych defilad, wyspa usypana na powierzchni martwego morza, wokół sól w kryształkach, ziemi sól – niskie brzozy, sosny, stare drelichy, stelaże plakatów. Miasto starych taśm, nasycone kolorem, gwarem rzekomo demonicznych głosów, nowych soborów z błyszczącymi szybami, wielojęzycznych zborów, z których nic nie dobiega, głosy stały się szumem. Nie, nikomu się nie udało: za dużo było efektów lokalnych, za dużo point, skrzyżowań o płynnym ruchu. I zbyt wiele prostych tłumaczeń, szybkiego rozwoju, za mało własności, dużo rzeczy niczyich. Teraz będą powtarzać: „tak to jest”, zawsze i wiecznie. Miasto niebieskie, w którym przygody dobrze się kończą, niestety: praca wre, na bilbordach, w tyglach budów, w mocy luksów, kolorów, w świetle praw obracają się spłoszone słowa, ogorzałe twarze robotnic i robotników, śpiewająco szczęśliwych, bełkoczących, już po słowie STRONA GŁÓWNA |