![]() |
Tomasz Ważny
Ga Ga
Zalęgła się w nim pleśń. Migoczą przeźrocza, na których matka szła wśród niskiej trawy jak niezdarne zwierzątko. Parne lato; wieści siadały okrakiem na płocie, podniebne harce myśliwców. Stąd nie widać Palermo, a chce się sięgnąć i popełnić ten sam błąd zamiast iść po torach, jeść świeży chleb, nucić głupiutkie piosenki. Przyszła Karolinka, Gogolin szykuje zmiany, nawiedzony przez myśl, że to będzie moment, w którym warto ułożyć spis treści od nowa. Znajdzie się w nim miejsce dla znajdy jak na taniej stancji. Jednak nie wszystko jest względne. Karolinka zawodzi, nie wraca z Palermo. A czy to się kłóci z rzeczonym prawidłem? Matka jest jak constans: miejsce zna na pamięć, nie budzi zastrzeżeń. Skurcz nerwu dba o wyraz żalu w jej suchych źrenicach. Znajda ma swój dzień, wie co robić. Podejdź, ach podejdź Karolinko! W pokoju lęgnie się pleśń. Jednak zwolnił spust. Z jej ust wyjmujemy bilardową bilkę. Georgia song Jedyne co, to te krówki z Polski. Że doszły? Marzy się bułka z grubym plastrem szynki. Wspomnę Bukowskiego, bo taki mam nawyk. Zimne piwo, wszystko jedno, z kija, puszki, butelki. A tak bida i strach. Studentki przenocują, studentki cenią sztukę, szczególnie niełatwą, przy której można się spotkać z lampką wina, odlecieć. Rzeczywiście, dobierają nam się do skóry. Wczoraj malarze, dzisiaj pisarze i poeci. Ci ostatni kazali czytać swoje z a j e b i s t e wiersze, mówili zwróć uwagę na dykcję, ile w tym życia, tlenu, a jednocześnie konstrukcji, klasyki albo przynajmniej jazzu, rytmu, składni, odniesień, w ogóle wszechświata. I Bukowskiego, niejako z przyzwyczajenia. Jutro wyjadą i ślad po nich jedynie w książkach. Każdy może, tak by the way. No ale. Kiedy wyciągali za fraki studenta Deonidze, z kieszeni wypadła mu kartka. Ruski ma kompleks, ruskiemu staje tylko służyć – tak było napisane. W bebechy, gębę i nie pomyśli, że z władzą można jak z rymami, raz tak, raz śmak. Bukowski miał to z płcią piękną. Jest embargo na wino, wszelkie produkty z Zakaukazia, blokada informacji. Dobierają się do nas coraz bardziej. Jutro odwiedzę znajomego rzeźbiarza, o ile go oszczędzili. Uprzedzić telefonem? Nic z tego. Nagląca kartka w moich drzwiach prosi „Nie dzwoń do mnie, nie dzwoń na ten numer, bo wrócą!” Sprawy zaszły daleko. Charles rzekłby, że wielka lipa. STRONA GŁÓWNA |