![]() |
TADEUSZ CHABROWSKI Diabeł na smyczy
Z samego rana widziałem Jezuitę w czarnej sutannie prowadzącego na smyczy - diabła: turlał się po trotuarze jak małpa, świecił białymi kłami z porcelany i udawał hardego jeżowca z nastroszonymi kolcami. W głowie zagrały mi fletnie strachu, przykucnąłem jak wątła mysz w bramie. Spostrzegłem, że rozmawiali na migi, jezuita kciukiem pokazywał coś w chmurach, diabeł pchał kciuk ku ziemi, jezuita rękawem jakby zgarniał wiatr w żagle, żeby przyśpieszyć przeznaczenie, diabeł prychał z nozdrzy ciężką mgłą niepokoju i rozczarowań. Coś knują podstępnego - pomyślałem - i nakryłem głowę płaszczem, żeby uniknąć jeszcze jednego zgrzytu: między ich twarzą publiczną i moją prywatną. Kodycyl według Villona
Wiedziałem, ze mnie los nie pobłogosławił, gdy rumaka białego nie było pod oknem a słońce jak młoda wdowa wstydliwie zanurzało się w morze. Wiedziałem, ze biskup pełen czci i sławy też nie pomoże. Jak nieoswojony Cerber skryłem się w mrocznej piwnicy niekontrolowanych nastrojów. W nocy śniły mi się piachy pustynne podrzucane łapami lwów, wypukłe ślepia diabłów wystające ze skały, ćmy ogromne jak nietoperze, małe wyspy z koralu. W świt wkraczałem z lękiem, z nerwami zszarpanymi jak ośle postronki, bliski chęci odłączenia duszy od ciała. Mój umysł mętniał jak woda w studni, gdy w nią grom uderzy. I byłbym nadal niczym, gdyby nie przyjaźń ze słowem; potrafiłem wślizgnąć się w każdą sylabę jak ropucha w mokrą skórę, protestować pełnymi zdaniami przeciw wrzaskom cywilizacji, przeciw tyranii ludzi bez wyobraźni, przeciwko frustracjom, doprowadzającym psychologów do szału. Gorącym oddechem słów można przecież zmienić miskę z cyny w Martwe Morze, miałki żużel w złoconą pszenicę, wołową skórę w deszczodajną chmurę nad miastem, głąb kapusty w małe Himalaje pod Krakowem, a włosek z brody w powróz, którym można aż siedem razy owinąć planetę. Wiem dziś jasno, ze pięknym szalbierstwem słowa można zbawić naród. Staruszek ze skrzydłami
Któregoś ranka Witalis na głównej ulicy spostrzegł staruszka z olbrzymimi skrzydłami, promieniowała od niego osobliwa uległość, być może - starcza świadomość końca wszystkich rzeczy; domy schodziły mu z drogi, gdy przypadkowo zmylił kierunek w lewo lub w poprzek. Zapytany przez Witalisa gdzie podąża, odpowiedział: - razem z dymem z komina chciałbym unieść się ku niebu, moje usta jak tuby dętej orkiestry namawiają do czynienia dobroci, nagromadzoną w sercu życzliwością mogę obdzielić ludzi i zwierzęta, żarem oczu mogę podpalić całe miasto. Nim zmrużę powieki chciałbym na własnych skrzydłach odfrunąć - tam, gdzie Osobowy Byt potrąca rozpędzone koła, trapezy i elipsy, gdzie Cherubini i Serafini na obrzeżach tęczy, śpiewają Alleluja Alleluja Alleluja a wieczność rozżarzony żużel gwiazd sypie w coraz to inne zakątki wszechświata. |