Nie lubię chodzić uczęszczanym traktem

Rozmowa z Jerzym Kołaczem


Edward Zyman: - Co sądzisz o pesymistycznych diagnozach, które mówią, że we współczesnym świecie, zafascynowanym rzeczą, wartościami materialnymi, gadżetem wszelkiego rodzaju, potrzeba obcowania ze sztuką zanika?

Jerzy Kołacz: - Rzeczywiście żyjemy w świecie, w którym dominuje konsumpcja. Gonimy nieustannie za „lepszym” życiem, to prawda. Ale prawdą jest również to, że sztuka jest częścią życia każdego człowieka, bez względu na to, czy zdaje sobie on z tego sprawę, czy nie. Potrzeba obcowania z obiektami sztuki, na różnych rzecz jasna poziomach, jest wciąż bardzo żywa i każda myśląca osoba ma momenty zadumy nad czasem, w którym żyje, oraz nad swym miejscem w świecie. I tę funkcję spełnia właśnie sztuka, która jest formą refleksji nie tylko o przeszłości czy teraźniejszości, ale także o tym, dokąd – jako ludzkość – zmierzamy. Nie wyobrażam sobie, by bez tak formułowanych pytań człowiek mógł dojść do czegokolwiek prócz bezsensownej, czysto biologicznej wegetacji. Ludzie, którzy uciekają przed tą refleksją – boją się jej, bo ona zmusza do odpowiedzi na pytania podstawowe, sięgające w głąb naszej egzystencji. Osobiście jednak nie wierzę w totalną dekadencję. Przeżyliśmy ich wiele i zawsze po każdej z nich następowało odrodzenie. Bo taka jest natura, a my, jako ludzie, jesteśmy jej cząstką.

E.Z.: - Gdy mówimy sztuka, niemal automatycznie myślimy o pięknie. Czy związek między tymi pojęciami dzisiaj wydaje Ci się nierozdzielny? Czy nie odnosisz wrażenia, że współczesne społeczeństwo masowe zagubiło poczucie piękna?

J.K.: - Wspomniałem o zakłóceniach, jakie niesie cywilizacja konsumpcji, muszę więc pewne rzeczy dopowiedzieć do końca. Prawdziwa sztuka, bez względu na uwarunkowania, winna być świadectwem życia każdego twórcy i powinna wyrażać jego naturalną odrębność, inność, a nie angażować go w jakieś zbiorowe działania, podporządkowywać określonym modom czy trendom. Ja zawsze tych trendów unikałem i będę unikał. Nie dlatego że jestem konserwatystą, tylko że po prostu nie mogę przestać być sobą. Dla mnie sztuka jest przede wszystkim prawdą, mniej skłonny jestem wiązać ją z pięknem, którego kryteria ulegają zmianie. Prawdziwe dzieło - tak ja je rozumiem - sięga głęboko w naturę ludzką, ukazuje autentyczne związki człowieka z rzeczywistością, z bytem, i to jest dla mnie najważniejsze.

E.Z.: - Heidegger powiedział, że piękno jest formą ujawniania się prawdy.

J.K.: - Oczywiście.To jest dokładnie to, co ja czuję. Celem dla twórcy winna być prawda, która ma walor trwały, z tym, że sformułowałbym to nieco inaczej. Powiedziałbym mianowicie, że w procesie rzeczywistych poszukiwań twórczych, które wiodą artystę do prawdy, rodzi się nowe pojęcie piękna.

E.Z.: - O jaką prawdę tu chodzi? Spróbujmy ją zdefiniować. Co artysta pragnie wyrazić poprzez swe dzieło?

J.K.: - Prawda w sztuce wizualnej, w malarstwie czy rzeźbie, jest odczuwalna; ona nie jest czytanaI, tak jak się czyta myśl zawartą w książce. Możemy spotkać się z jakimś faktem artystycznym, który będzie dla nas czymś zupełnie nowym, i będziemy czuć jego wagę. Każdy obraz czy rzeźba żyje własnym życiem. I to jest odczuwalne dla ludzi, którzy niekoniecznie muszą być ekspertami w dziedzinie sztuki, wystarczy, że są otwarci. Każdy z nas ma ma moment fascynacji jakimś dziełem. Prawdziwe dzieło zaskakuje czymś, co trudno określić. Na dobrą sprawę dzieła sztuki nie można opowiedzieć. Każda taka próba musi okazać się zabiegiem płaskim, nie przystającym do emanującego z owego dzieła przekazu. Inaczej mówiąc, dzieło należy kontemplować.

E.Z.: - Co dziś jest największym zagrożeniem dla artysty, dla jego autonomii? Owe zagrożenia tkwią głównie w nim samym czy raczej w świecie zewnętrznym?

J.K.: - I tu, i tu. Jeśli artysta ulega zewnętrznym naciskom, rezygnuje z własnej niezależności i mówi pod dyktando, przestaje być sobą. Staje się medium, powtarza to, co mówi, a raczej czego oczekuje rynek i co nakazuje moda. Jest to równoznaczne z zaakceptowaniem pewnej funkcji propagandowej, co z kolei sprawia, że staje się on częścią jakiejś ideologii, a ja wobec ideologii, każdej bez wyjątku, jestem bardzo sceptyczny. Dotyczy to również przynależności do różnych grup, które zakładają pewną unifikację, podporządkowanie się rygorom programowym, a przecież prawdziwy twórca jest indywidualnością odrębną i w tym sensie – niepowtarzalną. Napawa mnie smutkiem, że sztuka współczesna jest w poważnym procencie skomercjalizowana i schlebia oczekiwaniom odbiorcy. Ja po prostu nie wierzę w myślenie grupowe. Dla mnie poczucie absolutnej niezależności i wolności wypowiedzi jest jak tlen, bez którego żaden organizm nie może funkcjonować.

E.Z.: - Wspomnieliśmy o mechanizmach rynkowych. Czy nie zauważasz niebezpieczeństwa w tym, że twórca ulega potrzebom masowego odbiorcy?

J.K.: - Myślę, że pojęcie rynku było zawsze i zawsze będzie. Od nas samych, artystów, zależy, jak my się do tego rynku ustosunkujemy. Czy ocalimy siebie, przeciwstawiając się jego regułom, czy będziemy mu się poddawać? W tym drugim przypadku, mimo doraźnych korzyści, cena, jaką twórca musi zapłacić, jest bardzo wysoka. Stwierdziwszy to, muszę powiedzieć, iż mam świadomość, że rynek był dla artysty zawsze wielką pokusą i niekoniecznie był czymś negatywnym. Często pomagał indywidualnościom ukazać ich oryginalność. Powiadam jednak i podkreślam to: indywidualnościom, co znaczy, że twórca, świadomy wpisanych w rynek zagrożeń, musi prowadzić z nim nieustanną walkę, musi mu się przeciwstawiać, korzystając równocześnie z szans, jakie on stwarza. Dopowiedzmy bowiem rzecz do końca: rynek współczesny to nie tylko masowy odbiorca o niewyrobionym guście, ale także autentyczni miłośnicy i znawcy sztuki, którzy nie tylko wiedzą, na czym polega niezależność artysty, ale którzy równocześnie cenią sobie niezależność własną.

E.Z.: - Ponieważ mówimy o pryncypiach, pozwolisz, że zapytam: jak zdefiniowałbyś swą aksjologię twórczą i cele, które sobie stawiasz? W jakim obszarze współczesnej sztuki znajdujesz dla siebie miejsce? Jak sytuują twoją twórczość znawcy przedmiotu? Gdzie jest ten osobny Jerzy Kołacz?

J.K.: - Będąc nawet największym indywidualistą jako twórca, jestem jednocześnie członkiem pewnej zbiorowości. W związku z tym sprawy społeczne nie są mi obce, co łatwo dostrzec w języku, którym operuję, by wyrazić siebie. Ma on oczywiście określone, rozpoznawalne społecznie konotacje, ale operując współczesnym językiem wizualnym, mówię o sprawach, które mnie interesują; nie musi on służyć „dobru” grupy. Na tym polega niezależność. Pytasz, jak widzą mnie znawcy przedmiotu. Odpowiem w ten sposób: krytyka lubi dość ostre kategorie, ma skłonności do szufladkowania, co jest bardzo niebezpieczne, może bowiem prowadzić do spowolnienia twórczego rozwoju artysty. Wystarczy tylko bezkrytycznie zawierzyć rozpoznaniom krytyki, lub - co jeszcze gorsze - ulec akceptacji rynku, zapominając choćby na chwilę, że tak zwana popularność na pstrym koniu jeździ.

E.Z.: - Tu nie ma sporu, ale chciałbym, byśmy w naszych rozważaniach poszli nieco dalej. Są pewne kategorie, które pozwalają opisać stan współczesnej sztuki, zarysować mapę jej artystycznych poszukiwań.

J.K.: - Nie ma kogoś takiego, kto by dziś określił sensownie stan współczesnej sztuki. Kryteria istnieją, ale są ciągle podważane po to, by budować coś nowego. I nie ma w tym żadnego planu. Jest chaos, który za ileś tam lat może okazać się zbawiennym, dlatego że pozwoli zrozumieć, czym jest indywidualność twórcza, i z którego, być może, wyłonią się nowe jakości.

E.Z.: - No, tak, ale twoja twórczość wynika przecież z pewnych tradycji, z pewnego zespołu wartości, które są ci bliskie. Jak byś je określił? Gdzie się po prostu sytuujesz sam?

J.K.: - Wybacz, że wymigam się żartem, ale gdy maluję, sytuuję się przed płótnem. Ja nie kontempluję swojej pozycji w społeczeństwie, wśród innych twórców. Nie czynię tego nigdy. Robię po prostu to, co chcę robić.

E.Z.: - Szanuję takie stanowisko, ale sztuka nie jest czymś niezmiennym. Artysta z natury rzeczy przeciwstawia się zastanym konwencjom. Burzy je, by budować nowe, dokonuje określonych wyborów estetycznych.

J.K.: - To, o czym mówisz, jest domeną nie artysty, lecz krytyki. To ona usiłuje definiować, wprowadzać kategorie i pojęcia porządkujące ową dynamikę zmian i poszukiwań, jaką wyznacza każde autentyczne dzieło. Ja czuję się z tego obowiązku zwolniony. Wiem, że są pewne konwencje, szkoły i kierunki. Jest tak, że albo się ktoś w nie włącza, albo nie. Ja się nie włączam. Dla mnie trendy nie istnieją. Nie lubię chodzić uczęszczanym traktem.

E.Z.: - Jesteś twórcą, ale jesteś równocześnie widzem, odbiorcą sztuki. Jakie obszary sztuki cię fascynują i inspirują?

J.K.: - Jak każdy widz, lubię to, co znam, co widziałem i z czym się w jakiś sposób identyfikuję, ale największy szacunek mam dla rzeczy poszukujących, nowych, o których wiem, często podświadomie, instynktownie, że są prawdziwą wartością i przed którymi czuję respekt, jaki wywołać może jedynie autentyczne dzieło.

E.Z.: - Zadeklarowałeś przed chwilą całkowite desinteressement dla konwencji, szkół i kierunków. Czy można to rozumieć jako całkowite odcięcie się od tradycji?

J.K.: - Wręcz przeciwnie. Uważam, że rozwój sztuki jest ewolucją, a nie rewolucją. Jak informuje historia, rewolucje przynosiły najczęściej ogrom problemów, dramatów i szkód, natomiast ewolucja jest efektem poznawania świata i reagowania na ten świat bez niepotrzebnych zakłóceń, które zabijają naturalny rozwój zarówno stosunków społecznych, jak i sztuki.

E.Z.: - Jak zatem oceniasz ruchy awangardowe? Zgodzisz się zapewne z tezą, że będąc wyrazem buntu, sprzeciwu wobec zastanych form ekspresji i drwiąc z ustalonych hierarchii wartości – były one ważnym impulsem rozwoju sztuki.

J.K.: - Autentyczna awangarda jest dla mnie przeciwieństwem bezruchu, zastoju i w tym sensie jest zjawiskiem koniecznym. Jest to bowiem nic innego, jak dialog, to prawda, że często gwałtowny i burzliwy, nowego z tradycją. Jest tu wszakże jeden zasadniczy warunek: musi to być rzeczywisty ruch idei a nie swoista maskarada czy zręczna imitacja. Awangarda prawdziwa to twórcze burzenie starych konwencji, łamanie pewnych stereotypów, wyznaczanie nowych tropów w sztuce. Jeśli widzę coś, co stanowi repetycję tego, co już było, a co występuje w glorii nowości, to jestem po prostu zdegustowany. Modny dziś postmodernizm odrzuca indywidualność twórczą, liczy się dla niego wyłącznie obiekt i jego czasem wątpliwej jakości przekaz. Na współczesnym rynku jest wiele usiłowań, które zasługują na miano najzwyklejszego bełkotu. Okresem znaczących przewartościowań, pojawienia się inspirujących koncepcji i idei, które złożyły się na niewątpliwą rewolucję twórczą, ukazującą nowe czasy w nowej formie, był początek dwudziestego wieku. Można tu wymienić takich twórców jak Picasso, Braque, Vasarely czy Kandinsky, których eksperymenty są wciąż aktualne. Równocześnie jednak nie sposób nie zauważyć, że wiele z tego, co powstało później, było ledwie namiastką. Muszlę klozetową można wystawić tylko raz. To, co zrobił Duchamp, było formą prowokacji, która stworzyła nowe możliwości, przewietrzyła sztukę uśpioną w pewnych konwencjach. Wymienionym artystom, a można tu przytoczyć jeszcze sporo innych nazwisk, o coś chodziło, ich szokującym często działaniom towarzyszyły pewne idee. Niebezpieczeństwo pojawia się wówczas, gdy z autentycznej prowokacji artystycznej pozostają tylko formalne chwyty, a tak to często wygląda dzisiaj. Jest niedobrze, gdy każdą próbę uważa się za przejaw sztuki współczesnej czy nowoczesnej. Próby są tylko próbami. Ważne jest to, czym się te próby kończą, co one wnoszą.

E.Z.: - Mówimy chyba o trudno definiowalnym zjawisku talentu.

J.K.: - Masz rację.Tu chodzi o talent, o pewną wizję, istotny dialog z otaczającym nas światem. Czyli, inaczej mówiąc, o oryginalną osobowość twórczą. W tym sensie nawet niezwykle modna dziś instalacja, która w gruncie rzeczy nie jest niczym nowym, jeżeli zwraca uwagę na zjawiska i obszary dotąd przez sztukę nie dostrzeżone, ma sens.

E.Z.: - Sztuka współczesna jest obszarem dość enigmatycznym, polem nieustającego eksperymentu, prowokacji i mistyfikacji, ale również autentycznego talentu. Dzisiaj, w epoce żywiołowego rozwoju elektroniki ów talent jest wspomagany przez technikę. Są artyści, którzy nie uprawiają sztuki w sposób tradycyjny, odwołują się do komputera, w nim szukają inspiracji i środków wyrazu. Czy można być artystą z prawdziwego zdarzenia korzystając wyłącznie z rozwiązań nowoczesnej techniki?

J.K.: - Uważam, że tak. W sztuce chodzi bowiem nie o to jak, lecz co artysta wyraża. Jeśli technika używana jest przez niego z talentem, po to by mógł wyrazić siebie, swój stosunek do świata i osiąga nowe jakości, słowem jeśli technika nie dominuje, lecz stanowi środek ekspresji, to wszystko jest w porządku. Chodzi o to, by nie zagubić się w technologicznych nowinkach, które same w sobie potrafią być fascynujące.


>>> Ciąg dalszy >>>



STRONA GŁÓWNA